Dotknąć serca

 

Mowa Dharmy wygłoszona przez roshiego Kwonga w Sonoma Mountain Zen Center 12 stycznia 2002.

 

Wczoraj wypadła rocznica dnia, w którym zostałem ordynowany. To było 11 stycznia 1970 roku. Ostatni rok, jaki spędziłem z moim nauczycielem. Myślałem, jak bardzo czuję się niegotowy i niegodny - wszystko to słabe i niechciane, z czym nie chcemy mieć nic wspólnego, ponieważ zależy nam, by być po jasnej i silnej stronie życia. Jednocześnie wierzyłem w sposób życia mego nauczyciela, jak i w to, co starał się nam przekazać, czy powiedzieć.

Wierzyłem w to, co dotykało naszych serc. Chodzi o czystość, którą ma każdy z nas i która nie opuszcza nas nawet na starość. Dotknięcie serca powoduje, że ta czystość się odradza i ożywa na stałe.

Zastanawiam się też nad wdzięcznością, jaką potrafimy odczuwać. Początek roku obecnego powstaje z poprzedniego, a poprzedni z tego wcześniej, i wcześniej, i wcześniej. Ta stodoła ma ponad sto lat, ktoś ją zbudował. Wszystko zależy lub pozostaje w związku z tym, co było przedtem. To, co tu widzicie - i nawet czego nie widzicie - powstało dzięki starożytnej tradycji. Nie mówię o kulturze, ale o czymś bardzo, bardzo starym, co jest tu, w nas samych.

Pamiętam zdjęcie, które zrobiono mi w czasie ordynacji. Miałem 35 lat. Młody człowiek, dobrze się prezentujący (śmiech), pełen lęku, że popełni błąd. Lecz gdy popełniasz błąd, rób dobry błąd. Kiedy jesteś młody, nie chcesz, by dostrzeżono twe słabości. Wkładasz tyle wysiłku w to, by pokazać się w określony sposób.

Roshi Yoshida była mistrzynią Zen. Roshi Suzuki prosił, by przyjechała i uczyła szycia. To było wydarzenie historyczne - przywiozła ze sobą dharmę szycia, która różni się od sposobu, w jaki na ogół szyjemy. To zazen praktyki szycia. Z każdym oczkiem mówisz "Przyjmuję schronienie w Buddzie".

Roshi Yoshida zmarła, lecz wcześniej nauczyła dharmy szycia Tomoe, żonę roshiego Katagiriego. Z kolei Tomoe nauczyła szyć Shinko. Pracowały po dwanaście godzin przez pięć dni. Uszyły szaty i inne rzeczy potrzebne do ordynacji czworga ludzi. Ilość tego, co udało im się uszyć, graniczyła z cudem - choć jednak wykonały ogromną pracę, wcale nie zmęczyły się tak, jak można by się spodziewać, ponieważ nie szyły, ale praktykowały szycie.

Z drugiej strony moje doświadczenie z szyciem nie było najlepsze. Raczej niedobre. Kojarzyło mi się z moją matką i okresem, gdy moja rodzina miała mało pieniędzy. Matka często musiała szyć nam ubrania - choćby spodnie w szachownicę (śmiech). Nie mogę sobie przypomnieć, ile miałem wtedy lat, natomiast pamiętam czas, jaki spędzałem w "wielkim parku". Czy gdy byliście dziećmi, też się w czymś takim bawiliście? Park był olbrzymi! Kiedy odwiedzacie podobne miejsca teraz, gdy jesteście dorośli, okazuje się, że to mały park! Ale kiedyś wydawał się gigantyczny. Jeśli się nie uważało, można się było w nim zgubić. Na ławkach siedzieli starsi ludzie i gdy ich mijałem, mówili: "Złapmy go, obróćmy i zagrajmy na nim w warcaby".

Szycie nie porywało mnie specjalnie (śmiech), a tu musieliśmy szyć! Miałem szczęście, bo na początku musiałem pracować przez 40 godzin tygodniowo, więc nie miałem zbytnio czasu na szycie. Inni uczniowie szyli za mnie. Musiałem uszyć sobie rakusu, buddyjski śliniaczek. Wydaje mi się, że musiałem w tym celu dwa razy chodzić na całe zajęcia. W końcu mi się udało, ale gdy szyliśmy, instruowani przez Tomoe, przyszyłem sobie rakusu do spodni (śmiech). Nie zbyt dobra uwaga, jak na mistrza zen! Rany! Ciekawe!

Gdy przystępowaliśmy do siedzącej praktyki szycia, słyszałem igłę naszej nauczycielki przekłuwającą materiał, a potem szpilki wrzucane do małego pojemniczka. To była czystość, tak właśnie dotyka się serca - robisz coś, czego nie lubisz, robisz coś monotonnego. Roshi Yoshidę uznaje się za osobę, która przekazała sztukę i dharmę szycia Amerykanom.

Niedawno czytałem fragmenty Genjo Koan Dogena Zenji. Tłumaczami byli Tanahashi San i roshi Aitken. Dokonali tego z roshim Suzukim w 1967 roku. Jednym z głównych tematów jest bezkresność (endlessness).

Genjo, jak w nazwie naszej świątyni Genjo-ji, oznacza wszystko, innymi słowy - nasze codzienne życie. Wszystko to Genjo. A "koan" oznacza "pierwsza zasada". Tak więc Genjo Koan to rozmaite działania, jakie podejmujemy, gdy nasza praktyka rozszerza się stąd dotąd, w naszym codziennym życiu. Dzięki praktyce pojawia się most prowadzący z wnętrza zendo na zewnątrz. A związek między tym, co na zewnątrz i tym, co wewnątrz, stanowi jedność, a nie dwoistość.

"Kiedy ryba pływa w oceanie, wodzie nie ma końca, niezależnie jak daleko ryba płynie. Kiedy ptak leci w niebo, powietrzu nie ma końca, niezależnie jak daleko ptak leci. Jednak ani ryba, ani ptak nie opuszczają swego żywiołu. Jeśli wykorzystują go w dużym stopniu, w dużym stopniu zostaje ono wykorzystane. Jeśli w małym, jest ono wykorzystane na małą skalę. Choć ptak lata, gdzie się da, gdyby opuścił powietrze, natychmiast by zginął. Woda tworzy życie. Powietrze tworzy życie. Ptak tworzy życie i ryba tworzy życie. Życie tworzy ptaka i życie tworzy rybę.

Jeśli więc ptak lub ryba starałyby się dotrzeć do kresu swego żywiołu, zamiast poruszać się w nim, ten ptak i ta ryba nie odnalazłyby swej drogi, swego miejsca. Gdy odnajdziemy swe miejsce w tej właśnie chwili, towarzyszy temu praktyka i to właśnie jest urzeczywistnienie prawdy. Dlatego że miejsce i ścieżka nie są ani duże, ani małe, nie są podmiotem, ani przedmiotem. Nie istnieją od początku i nie podlegają procesowi urzeczywistnienia".

Zazwyczaj kiedy myślimy o słowie "bezkresny" (endless), trudno jest nam się do niego odnieść. Trudno sobie w ogóle wyobrazić coś, co jest bezkresne czy nieskończone. Często chcemy czegoś, co posiada jasno określony koniec. Ale to wielki błąd. Ponieważ wciąż wypatrujemy początku i końca, cierpimy. W rzeczywistości jednak koniec i początek stanowią jedno. Lecz gdy ludzie słyszą, że nie ma początku, ani końca, zdarza się czasem, że odczuwają coś w rodzaju bezradności. W rzeczywistości jednak nie istnieje ani początek, ani kres.

Zwykle ludzie robią coś, gdy istnieje jakiś koniec, w rodzaju "Kończę studia" lub "Osiągnę to". Musisz spełnić pewne warunki i wymogi - wówczas otrzymasz gwarancję, że stanie się to i to. Co się jednak dzieje? "Skończyłem studia". Nawet ludzie, którym się to udało, na przykład mój szwagier Tom. Był inżynierem i zbudował wszystkie wiadukty na Autostradzie 101. Ale w końcu nie zostały już żadne wiadukty do zbudowania. Musiał zmienić pracę! Tak postępuje się zazwyczaj. Kończymy studia, lecz jesteśmy też żywymi istotami ludzkimi.

Sessin to znaczy "dotknąć serca". Serca trzeba dotknąć. Inaczej życie będzie bezużyteczne. Czemu to służy? To bezkresność praktyki. To sposób, w jaki praktykujemy i jak rozpoznajemy i kultywujemy naszą podstawową czystość, zawsze obecną. Częstokroć okazuje się to bardzo monotonne. Nic się nie dzieje. Być może odczuwasz rodzaj smutku, samotności, może wręcz złości. Jeśli jednak zostaniesz z tym wszystkim, odkryjesz, że jest w tym coś cudownego. To są tylko idee, które wyrażają emocję. Za nimi kryje się coś wielkiego i głębokiego.

Jesteś w lesie na przechadzce i podnosisz liść. Patrzysz na niego. Nie ma w tym twego umysłu krytycznego. To taki sam rodzaj umysłu, jak ten, którym posługujesz się w ciemności, gdy palcami dotykasz przedmiotów - nie jesteś nastawiony krytycznie, po prostu dotykasz. Albo po prostu widzisz żyłki, kształt liścia - umysł rozróżniający nie jest przy tym obecny. "Hm, tej strony liścia nie lubię!", "Ta część mogłaby być zieleńsza". Podnosisz liść i patrzysz nań w takiej formie, w jakiej jest (as-it-is). To umysł zen. To twój umysł, wierz lub nie wierz. Pod tym wszystkim znajduje się twój umysł.

Jesteśmy rybą i ptakiem. "Kiedy ryba pływa w oceanie, wodzie nie ma końca". Naszej praktyce nie ma końca. Nawet gdy urzeczywistnimy prawdę, urzeczywistnienie przychodzi po urzeczywistnieniu, a potem kolejne. Wciąż żyjesz, nic się nie skończyło. To nie ma końca. Tak jak z ptakiem: Powietrzu nie ma końca, niezależnie od tego, jak daleko ptak poleci, nie ważne, jak długo żyjemy.

"Jednak ani ryba, ani ptak nie opuszczają swego środowiska". Ryba pływa w oceanie, ptak lata w powietrzu. Co robią istoty ludzkie? Nie opuszczamy swego żywiołu. "Jeśli wykorzystują go w dużym stopniu, w dużym stopniu zostaje ono wykorzystane. Jeśli w małym, jest ono wykorzystane na małą skalę". To umysł zen. Nie chodzi o to, że duże jest lepsze niż małe lub małe lepsze niż duże. To umysł tego, jak jest (as-is); przyjmowanie rzeczy takimi, jakimi są.

Nasz umysł przypomina komputer. "Czerwone? Nie lubię czerwonego. Zielone? Świetnie!" To zabijanie rzeczywistości, którą nam dano. Oddzielamy się od naszego naturalnego żywiołu. Im bardziej od niego odchodzimy, tym nasze serca stają się twardsze, a my zamieniamy się w kamienie.

"Choć ptak lata, gdzie się da, gdyby opuścił powietrze, natychmiast by zginął". Możemy pójść dokądkolwiek, musimy jednak wiedzieć, jak żyć, co sprawia, że żyjemy, czym jest życie? Inaczej umrzemy po prostu. O to chodzi, wiesz? Po prostu umrzemy. Miliony ludzi po prostu umierają. Tracą żywotne połączenie ze swą prawdziwą naturą. "Gdyby [ptak] opuścił powietrze, natychmiast by zginął". Ponieważ to wiemy, woda tworzy życie. Powietrze tworzy życie. Ptak tworzy życie. Ryba tworzy życie. My tworzymy życie. A teraz życie tworzy nas. "Życie tworzy ptaka i życie tworzy rybę". Nie tylko my żyjemy życie, ale życie żyje nas - w obie strony.

"Jeśli więc ptak lub ryba starają się dotrzeć do kresu swego żywiołu, zamiast poruszać się w nim, ten ptak i ta ryba nie odnalazłyby swej drogi, swego miejsca". Dopisek roshiego Suzukiego mówi: "Najistotniejsze jest, by praktykować Budda Dharmę chwila po chwili, a nie by być mistrzem zen". (śmiech) Widzisz, lgnący umysł? Będzie ci przykro, gdy zostaniesz mistrzem zen, ale też będziesz bardzo szczęśliwy (śmiech).

Właściwie gdy jesteś młody, chcesz być mistrzem zen, chcesz być najlepszy. Kiedyś biskup Yamada przyjechał z wizytą do naszego ośrodka w San Francisco. Miałem 25 lub 26 lat. Wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani, bo to drugi mistrz zen, jakiego mieliśmy spotkać. Nie wiedzieliśmy wówczas zbyt dobrze, co to znaczy mistrz zen. Roshi Yamada był "praktykującym". Był pierwszym poznanym przeze mnie sześćdziesięciolatkiem, który miał siłę i głos młodego człowieka. Bardzo budujący widok.

W ramach przygotowań do wizyty roshiego Yamady roshi Suzuki postanowił praktykować Takuhatsu, to jest żebraninę, w dzielnicy Fillmore. Wyruszył incognito, w dużym kapeluszu zakrywającym twarz. Mógł zobaczyć cię jedynie wówczas, gdyby uniósł głowę. Wstążka trzymająca kapelusz zakrywała dolną część twarzy Roshiego, a jego ręce były bezosobowe. Na palce założone miał białe "rękawiczki", tak że nie można ich było dostrzec. Podobnie szata, miał też oczywiście miskę. Niósł także laskę z pierścieniami, które dźwięczały, gdy szedł. Mówiliśmy: "Chcemy iść z tobą". Odpowiadał: "Nie, idę sam". Szykował się na czyjeś przybycie.

Kiedy szykujesz się na czyjeś przybycie, wydaje ci się, że to ten ktoś przychodzi, ale naprawdę przybywasz ty sam! Nikt inny (śmiech). To ktoś inny, ale zasadniczo ty sam. Zapraszasz własne przybycie. Dlatego powiedział: "No, naprawdę, nie możecie iść. Jesteście chyba trochę za młodzi". Chcieliśmy iść - tak czuliśmy.

Najistotniejsze jest, by praktykować Budda Dharmę chwila po chwili, a nie by być mistrzem zen". Chwila po chwili to dobre wyrażenie, które warto zapamiętać, ponieważ to się wydarza chwila po chwili. Gdzie jesteś chwila po chwili? Teraz - teraz - teraz - teraz - teraz - teraz - teraz. To cudowne. To jest wszędzie.

"Gdyż miejsce i droga" - nasze urzeczywistnienie - " nie są ani duże, ani małe". Nie ograniczają ich uwarunkowania, nie stanowią podmiotu, ani przedmiotu: przybycie. Tak naprawdę nawet nie istnieją. "Nie istnieje od początku" oznacza, że to nie posiada początku i jest bezkresne, i nie podlega procesowi urzeczywistniania.

Medytacja to nie stawanie się spokojnym, bo już to masz. To tylko świadomość naszego naturalnego, wrodzonego spokoju. To nasz wielki skarb.

 

Dziękuję, szczęśliwego Nowego Roku.

 

tłumaczył Michał Czernuszczyk