Mowa dharmy na Sesshin w Trzcińsku 2004r.

 

Mowa Roshiego Kwonga z 16 lipca 2004 - szóstego dnia seshin w Trzcińsku koło Jeleniej Góry.

 

Może powiem coś o seshin, ponieważ zmierza ono ku końcowi. Niektórzy zaczynają już rozmawiać, co podważa to, co zrobiliśmy do tej pory. Niszczy ciszę, którą stworzyliśmy. To jest podobne do tansaku - wszystkie krawędzie są gładkie, ale kiedy spojrzeć na koniec, widać, że jest on niewykończony.
Tomek: Już go poprawiliśmy
Rosi: A zatem już nie mogę tak powiedzieć...
Myślę że ważna jest rzeczywistość, w jakiej coś zaczynamy. Niewielu ludzi kończy to, co zaczęli. To jest bardzo poważna sprawa. Możesz myśleć o swoim życiu i swoich doświadczeniach; o tym co zrobiłeś, i czego nie zrobiłeś. Moją intencją nie jest, żeby ludzie czuli się winni, ale żeby zwrócić uwagę na to jak działamy. Zwłaszcza w praktyce zen niewielu jest ludzi, którzy prowadzą ją do końca. Dlaczego tak jest?
Zbliżamy się do końca seshin i ten ostatni etap powinien się odbyć w taki sam sposób.
Jest taka stara opowieść, może niektórzy z was już ją słyszeli. Był trzy kobiety, które dużo biegały. Mary spytała Joan: - co zamierzasz robić w te wakacje? Odpowiedziała jej: - Przebiegnę cały stan Illinois, żeby odwiedzić moją babcię. Wszystkie trzy postanowiły przebiec przez całe Stany Zjednoczone. Biegły po trzydzieści mil dziennie - to niewiele mniej niż maraton. Na początku były pełne entuzjazmu. Najgorzej było pod koniec dnia. Musiały moczyć stopy w kubłach z lodem. Kiedy biegły, dużo rzeczy działo się po drodze.
Nie były zbyt młode, były po czterdziestce i pięćdziesiątce - więc i dla nas jest nadzieja! Syn Ani staje się znany ze swoich graffiti, został nawet zaproszony na festiwal graffiti, zapłacili mu za podróż, hotel, dostał pieniądze i sto puszek farby w spray’u. Ponieważ bardzo interesuje mnie graffiti, powiedziałem mu, że chciałbym dołączyć do jego grupy. A on spojrzał na mnie i powiedział: - Jesteś za stary. I Ania i ja poczuliśmy się okropnie.
A więc seshin powinno być zwarte aż do samego końca. Nie chcemy, żeby to było pod przymusem,  jak w wojsku czy policji - to byłby najgorszy scenariusz. Powinniśmy pilnować siebie sami. Starać się, jak tylko każdy może najlepiej kontynuować ducha seshin. To jest pierwsza rzecz, o której chciałem powiedzieć.
Druga sprawa: Myślimy o Buddzie, że to było 2569 lat temu. Nikt dokładnie nie wie, kiedy napisano Sutrę Serca. Myślę, że nie stało się to za jego życia. Dopiero kilkaset lat po jego śmierci zaczęto spisywać jego nauki. Ananda, kuzyn Buddy miał fotograficzną pamięć. Starsi, wśród nich Mahakasiapa, o którym wspomniała shiuso, że uśmiechnął się na widok kwiatu, zebrali się i zastanawiali, co zrobić z naukami Buddy. W tamtych czasach pewno nie było papieru, tylko pisało się na liściach? To było dawno temu. Powiedzieli: wiemy kto te nauki Buddy ma. Ananda, ze względu na swą niezwykłą pamięć. Ale ponieważ to spotkanie było tylko dla Buddów i Bodhisattów - tych oświeconych, Ananda nie wiedział, czy może tam przyjść. A sprawa była bardzo pilna. Starsi wiedzieli, że dużo zależy od niego, ale że nie jest on oświecony. Historia ta mówi, że w tym miejscu, gdzie się spotkali, były wielkie drzwi, z zamkiem i dziurką od klucza. To nie jest całkiem realistyczna historia, co muszę tu przyznać, żeby nie stracić waszego zaufania. Ananda skurczył się do tak małych rozmiarów, że wszedł do tej sali przez dziurkę od klucza, co było dowodem jego kompetencji. I dlatego każda sutra zaczyna się od słów: „Oto co usłyszałem”. Ponieważ, jak już powiedziałem, historyczny Budda już nie żył, nauki zostały spisane przez kolejnych Buddów, którzy przyszli po nim. Tak jak w śpiewach w czasie posiłków: Dharmakaja, Sambogakaja, Nirmanakaja. To są trzy Kaja - trzy ciała.
Pierwsze Kaja to pusta istota. Drugie - to nierozerwalnie związana z pierwszą, pusta esencja wypełniona poznaniem. Nie chodziło tylko o tę fotograficzną pamięć Anandy, ale o jego czysty urzeczywistniony umysł. To jest połączenie ‘empty + ness’ To tak, jak w Sutrze Serca, Budda mówi nam, że nie ma nic do zobaczenia, nie ma niczego, czego warto by szukać. Chodzi tylko o skierowanie światła w twoją stronę. To jest pusta, czysta przestrzeń. Tak, jak kiedy patrzysz na staw i szukasz wzrokiem złotej rybki, pierwszym, co widzisz, jest czysta przestrzeń. To jest ta najważniejsza część, którą gubimy. Tak jak w muzyce - chwile ciszy tworzą muzykę. Nawet w kaligrafii, czy w zwykłym piśmie przestrzeń  p o m i ę d z y znakami tworzy pismo. Przestrzeń w tej sali to ta sala. Mamy więc przestrzeń, patrzymy na nią. Kiedy ludzie jeżdżą nad morze, uwielbiają tam oglądać niebo, ale nie wiedzą, na co patrzą. To nie jest przyroda - to jest twój umysł i właśnie dlatego lubimy na to patrzeć... Ale większość widzi to, jako świat obiektywny, nazywa to. A więc mówią: las, pustynia, ognisko. Powinniśmy o tym wiedzieć. Kiedy idziemy w góry, na to właśnie patrzymy.
Mamy więc Dharmakaję, Samboghakaję. Nirmanakaja jest niepodzielnością. To jest niepodzielne jak dzień i noc. Nirmanakaja jest ucieleśnieniem nieograniczonego potencjału tego, czym jesteśmy. Bo to jest nieograniczony potencjał.
To nie zostało napisane przez historyka, ani uczonego. Te sutry zostały napisane przez ludzi oświeconych. Przez Nirmanakaję, przez Samboghakaję, przez Dharmakaję. Tak to działa. I gdyby chcieć wyrazić nieograniczoną naturalną świadomość - tak to by wyglądało …… (cisza).

Chcę powiedzieć jeszcze o czymś, choć niektórzy już o tym słyszeli. Zostałem zaproszony na konferencję w Vancouver w Kanadzie z udziałem jego Świątobliwości Dalajlamy. Byli tam także laureaci pokojowej nagrody Nobla. Tytuł tej części konferencji to „Harmonizowanie edukacji umysłu przez rozwijanie serca”. Dalajlama, dzięki swemu rozumowi, nie mówi o aspekcie religijnym, jeśli nie jest o to proszony, ponieważ aspekt religijny wykluczałby tych, którzy nie są buddystami. Trzymając się więc problemów nauki i edukacji. Powiedział, że nawet jeśli medytuje cztery godziny dziennie to wie, że w ten sposób nie pomoże światu, że nie ma to wpływu na ludzi. Nie sądzicie, że to bardzo ciekawe, że tak powiedział? Ale to dociera do ludzi w inny sposób. To jest zbyt subtelne. Więc Dalajlama mówi o nauce i szkolnictwie, i współpracuje przy takich konferencjach.
Spotkałem w Vancouver człowieka, który zajmuje się ich organizowaniem. Nazywają się Konferencjami Umysłu. Naukowcy rozmawiają z Dalajlamą o medytacji, o umyśle i o tym co się z nim wtedy dzieje. To się zaczęło jeszcze przed Dalajlamą, w latach 60-tych w San Francisco w Szpitalu Langley-Porter. Poproszono różnych ludzi związanych z zen, aby medytowali w małych pomieszczeniach. Byłem wśród tych ludzi. Wsadzili mnie do tej małej klatki, przyczepili mi diody, druty, a ja usnąłem. W tym „pudełku” było zbyt ciepło. Nie byłem więc dobrym przedmiotem badania. A jego Świątobliwość Dalajlama ma teraz najlepszych medytujących. Teraz naukowcy ich badają. Mam nadzieję, że neurolodzy wkrótce eksperymentalnie udowodnią, że medytacja jest dla człowieka dobra; dlatego trwa już tyle lat. Chodzi o to, że medytacja powoduje zmiany w naszym mózgu. Sprawia, że będziesz czuł mniej lęku, zachłanności i ignorancji. To tak działa, a my jesteśmy przedmiotem tego doświadczenia. Dalajlama jest bardzo znany, więc powoduje, że to będzie się dalej rozwijało. A my, medytując, jesteśmy częścią tego działania.
Vaclav Havel, były prezydent Czech, był chory i nie mógł przyjechać, ale oto co do nas napisał: „Zbawienie świata nie leży nigdzie indziej, jak tylko w ludzkim sercu. To jest zbawienie świata. Bez światowej rewolucji w ludzkiej świadomości, nic się na świecie nie zmieni.” To bardzo ważne stwierdzenie. Czy rozumiecie je? Praktyka medytacji to właśnie taka wewnętrzna rewolucja: wtedy widzimy, co się dzieje, jakie są nasze uwarunkowania i likwidujemy te uwarunkowania i naszą nieświadomość. Wszystkie zamożne państwa starają się tworzyć nieświadome społeczeństwa. Tak długo, jak jesteśmy nieświadomi, będziemy konsumować i konsumować. Będzie MacDonald’s.
Opowiadano mi, że ktoś przeprowadził taki eksperyment – żywił się wyłącznie hamburgerami, frytkami i colą w MacDonaldzie i już po tygodniu się rozchorował.
Wracając do Havla - to bardzo wspaniałe, kiedy polityk, prezydent mówi coś takiego. Mam nadzieję, że to zainspiruje również polskiego prezydenta. Na tej konferencji był też arcybiskup Desmond Tutu. On wiele wycierpiał. Był liderem ruchu walczącego z apartheidem w Afryce. Już jako chłopiec lubiłem obserwować ludzi. To jest najlepszy sposób nawiązywanie z nimi kontaktu. Na tej konferencji w Vancouver byli tam psychologowie, biznesmeni, Desmond Tutu, Jego Świątobliwość Dalajlama, Maha Gosananda. Różni ludzie z różnych środowisk, różnych miejsc świata.
Arcybiskup Desmond Tutu ma koło 80 lat i chciałoby się mieć nadzieję, że będzie się kimś takim, jak on, gdy się zestarzejemy. Porusza się jak młody mężczyzna. A kiedy się śmiał siedząc przy stole na krześle, jego stopy aż unosiły się w powietrzu. Jest istotą pełną. Powiedział, że Bóg nie jest chrześcijaninem. I bardzo mi się to podobało, bo tak samo jest z Buddą - Budda nie jest buddystą, to jest tak samo. Tacy właśnie ludzie, którzy są w pełni żywi, inspirują nas w życiu i są prawdziwymi przywódcami innych.
Oto, co powiedział Desmond Tutu o afrykańskiej tradycji: „Człowiek jest człowiekiem poprzez innych. Nie wiedziałbym, jak być istotą ludzką, gdybym nie nauczył się tego od innych istot ludzkich. Jesteśmy stworzeni z delikatnej sieci relacji z innymi, z wzajemnej zależności. Istniejemy, aby się nawzajem uzupełniać.”
To jest bardzo buddyjskie – wzajemna zależność. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie – mamy na siebie wpływ. Nie możesz istnieć sam. Wspomniałem już o moim wnuczku. Przyjeżdża mnie odwiedzić co środę. Właśnie nauczył się mówić, więc jak przychodzi, słyszę: - Cześć, dziadku! Ten młody głos ma w sobie tyle życia. Trzeba o tym pamiętać, to takie wzruszające, bo takie czyste. Pewnej środy, gdy przyjechał zrobił tak: … (Roshi robi grymas i odwraca głowę). Zdziwiło mnie to. Ktoś musiał go tego nauczyć. Istoty ludzkie są jedynymi istotami, które trzeba wszystkiego nauczyć. Owady, zwierzęta, drzewa same dają sobie radę, ale ludzi trzeba wszystkiego nauczyć.
Kiedyś mój najstarszy syn, Ryokan, ojciec Dylana - miał jakieś 13 lat - jadł ziarna słonecznika i postawił przed sobą kosz na śmieci. Zapytałem: - Ryokan, co ty robisz? A on odpowiedział: - Tak jest wygodniej. Powiedziałem mu, że kosz powinien stać gdzie indziej. Musimy pamiętać, że uczymy się nawzajem. Uczymy innych tego, co w nas najlepsze, przekazujemy innym to, co możemy im dać.
W Lubiniu miałem ciekawe spotkanie po 10 latach odwiedzania tego klasztoru. Będąc obcokrajowcem, nie wiedziałem, co się tam zdarzy. Nie jestem wprawdzie turystą, ale też nie jestem Polakiem. Pamiętam, że kiedyś, gdy byłem w Korei, zdarzyło się, że pomyślałem, iż znajduje się w podziemnym garażu - bo nie znałem języka - a okazało się, że to nie był garaż, tylko lotnisko! Zdarza się, że gdzieś się wybieram, nie bardzo wiem, gdzie i nagle - jestem w kinie! Coś takiego się dzieje. To bywa przyjemne, bo nasze życie jest tak uporządkowane, że zawsze wiemy, dokąd idziemy i to staje się bardzo nudne. Musimy umyć twarz, spojrzeć w lustro, umyć zęby, zjeść śniadanie, iść do pracy, zjeść lunch - codziennie to samo. I to się w nas zbiera, gromadzi. Spójrzcie, co się dzieje z waszymi rodzicami po czterdziestu, pięćdziesięciu – a jak mamy szczęście - sześćdziesięciu latach takiego uwarunkowania... To im zabiera życie.
Nie wiedziałem więc, co się wydarzy w Lubiniu. Mnisi zdecydowali, że chcą się ze mną spotkać. Nie wiedziałem gdzie i kiedy. Okazało się, że po obiedzie, kiedy z Mikołajem przenieśliśmy się na drugi koniec stołu, podano słodycze i przyszli mnisi. Był z nimi opat. A więc rozmowa odbyła się przy stole. Bardzo miło mi było ich poznać, bo od dziesięciu lat widywałem te same osoby. Byliśmy wzajemnie bardzo ostrożni i pełni szacunku. W końcu musiałem zadać im to pytanie: „Kiedy się modlicie, skąd wiecie, że się modlicie?” Było tam dziewięciu mnichów, ale żaden z nich nie odpowiedział. Mam nadzieję, że z nami jest inaczej. „Jeśli Bóg do Ciebie mówi, skąd wiesz, że to jest Bóg?”
Szanuję u Benedyktynów ich poczucie humoru. Humor jest bardzo ważny, bo pozwala się śmiać z siebie samego. Ci mnisi mi powiedzieli, że rzeczywiście potrafią się śmiać z samych siebie. A opat musi mieć dwie cechy: musi być spokojny, wyciszony i musi mieć poczucie humoru. I opat ma poczucie humoru, spokój, wyciszenie. Ale musi też widzieć Boga. Ciekawe, czy w przyszłym roku też mnie zaproszą?
Pytanie: Roshi, czy powiedziałeś im to?
Roshi: Jeszcze nie. Poczekam do przyszłego roku.
Ledwo zacząłem, a już czas kończyć. Jak te wszystkie sprawy połączyć? Może po prostu ja tego nie zrobię, może wy to połączycie...
Jeszcze słowo o Jacku Kuroniu. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że mieliśmy z nim kontakt. Odwiedzanie go budziło pewien lęk, bo on był też bardzo silną osobą i doświadczył wiele cierpienia. Kiedy umieszczaliśmy drogocenną wazę na Cytadeli, zapytałem go czy przyjdzie, ale on był już zbyt chory. Poprosiłem go, aby napisał coś, co byśmy mogli w czasie tej ceremonii przeczytać. Nie pamiętam dokładnie słów, ale sens była taki: „Ludzie o wielkim duchu, wielkie postacie opuszczały nas z tego miejsca” To wszystko, co powiedział. Żadnego gniewu. To jest niezwykłe i mówi coś o człowieku, który tak mówi. Był tym, któremu w więzieniu odmówiono wody pomimo jego kłopotów z nerkami. Tym, komu odmówiono widzenia się z żoną, kiedy była śmiertelnie chora. Spotkaliśmy się trzy lata temu. W zeszłym roku go nie widziałem.
Jurek: Widzieliśmy go w zeszłym roku.
Roshi: A więc kiedy rozmawialiśmy rok, czy dwa lata temu, uznałem że rozmowa o pustce i formie to nie jest najlepszy temat. Jest – a raczej był – to człowiek bardzo otwarty i pełen zainteresowania. Powiedział wtedy, że trochę się bał przed moi przyjściem, bo myślał, że mogę zadać mu pytania, na które nie będzie umiał odpowiedzieć. Ja powiedziałem, że też się tego bałem. A więc - obaj się baliśmy. To było bardzo miłe. Był mi bliższy niż rodzeni bracia. Rozumieliśmy się w taki właśnie sposób. Zgodziliśmy się obaj, że gdybyśmy nam przyszło wybrać między rolą ofiary i oprawcy, to obaj wybralibyśmy bycie ofiarą - i od razu podaliśmy sobie ręce. To wiele mówi o tym, w co wierzysz i czemu ufasz, jeśli wolisz być ofiarą, niż oprawcą.
Pamiętacie Ryokana, poetę zen? Był on wielkim mistrzem zen. Ale bawił się z dziećmi. Odbijał z nimi piłkę. Jak dzieci wychodziły ze szkoły, odbijał z nimi piłkę. Wiem, dlaczego on to robił. Bo one mają w sobie życie, ducha. A zawodowi piłkarze nie mają ducha. Oni są profesjonalistami. Dzieci zgłodniały, poszły do domu, a Ryokan dalej odbijał piłkę. Bo on naprawdę to lubił. Kompletnie się w tym zatracił.
Pewnego wieczoru za swoją potrzebą wszedł pole warzyw. Przyłapał go tam rolnik i go pobił. Ryokan nie powiedział mu, że jest mistrzem zen. Potem powiedział: - pobito mnie. I to wszystko. Przyjął to. Ale nie był ofiarą. To jest coś zupełnie innego.
Jacek Kuroń... Chcę tu opowiedzieć pewną polską historię, którą niektórzy już słyszeli u mnie w czasie lunchu. To jest historia „O dwóch chłopcach, co ukradli księżyc”. Ktoś łapie jednego z nich i wsadza do worka. Jacek, jako mały chłopiec oglądał w teatrze tę sztukę i w tym momencie zerwał się z widowni i pobiegł żeby ratować tego chłopca. To, co zrobił w tym momencie, było jedną z najważniejszych rzeczy, jakie w życiu zrobił. Bo całe jego późniejsze życie było kontynuacją tego wydarzenia. Mówię o tym, bo to przydarza się także i nam.
Oto inny przykład: mała, cztero- albo pięcioletnia dziewczynka mieszkała w domu, gdzie dochodziły dźwięki przejeżdżających pociągów. Tak, jak i my słyszymy pociągi, siedząc tutaj. Powstało w niej wtedy pragnienie, żeby wsiąść do takiego pociągu i pojechać na koniec świata. To piękne pragnienie - pojechać na koniec świata. Oczywiście, była przy niej matka, widziała, jak pakuje ona swą małą walizeczkę i wychodzi. Było już ciemno, a dziewczynka bała się ciemności, więc wkrótce wróciła, ale pragnienie pozostało. Następnego dnia znowu zaczęła pakować walizkę, ale mama powiedziała, ta walizka należy do niej. Dziewczynka zawiązała więc tobołek, i z nim poszła do pociągu, ale nie miała pieniędzy. Ale wciąż miała to pragnienie - nazywamy to wewnętrzną prośbą.
Dla mnie przyjazd do Polski był bardzo ciekawym wydarzeniem, ponieważ wiedziałem, że powinienem tu być. Kiedy byłem mały, mieszkaliśmy w Palo Alto blisko kina. Będąc dzieckiem widziałem w tym kinie zdjęcia dokumentalne z obozów koncentracyjnych. Czułem się bardzo bezradny, nie wiedziałem, co mogę zrobić więc po prostu płakałem. Ale to pozostawiło we mnie głęboki ślad. Dlatego tu jestem i dlatego czuję, że jestem żywy. Chcę przez to powiedzieć, że każdy z nas tutaj w tej sali słyszy dźwięk pociągu, widzi coś, czuje zapach, dotyka czegoś, myśli o czymś. Nie pozwól, aby to odeszło, nie rezygnuj z tego, bo zamienisz się w kamień. A tak się dzieje. Widać to na całym świecie. Ludzie zamieniają się w kamienie, bo nie podążali za tym, co w nich było bardzo głębokie...
Nie wiem, czy to jest mowa zen.
Pani Suzuki była mistrzynią ceremonii herbaty. Mówiłem już o tym. Odbyła się specjalna ceremonia herbaty urządzona dla niej i niektórych uczniów przed jej powrotem do Japonii. Zaproszono mnie tam i siedzieliśmy w seiza. Nie wiedziałem, że to będzie aż tyle bólu, że ceremonia herbaty jest aż tak bolesna. Teraz mam więcej szacunku. Wierciłem się, jak my tutaj w czasie orioki. Ale pani Suzuki była bardzo spokojna, a miała już 75 lat. Kiedy przyszła jej kolej, żeby praktykować ceremonię herbaty, w pokoju było aż tyle energii, że kwiaty na ołtarzu rozkwitły. Ona była całkowicie pozbawiona siebie. Kiedy podnosisz pokrywkę, uchodzi para. To tak, jak kiedy uderzasz w instrument, a twoja ręka jest sztywna, nie ma dźwięku, tylko coś zduszonego, bo w tym jest za dużo napięcia. Kiedy podnosisz tak pokrywkę, to może para też się nie wydobędzie, tylko zostanie w środku...
Pani Suzuki mówiła potem do tych, którzy praktykują ceremonię herbaty. Większość uczniów robiła z tego przedstawienie. Musimy obserwować naszą praktykę, żeby to nie było przedstawienie. To ma być prawdziwa rzecz. Mówiła do nich o HIV, o raku. Myślałem, że ona będzie mówić o herbacie, ale ona powiedziała: - tym właśnie jest ta ceremonia. Mówi nam, jak żyć, jak umrzeć. Jeśli wiemy jak żyć, to możemy umrzeć. Jak wiemy jak umrzeć, to możemy żyć. To tyle.
Zamknę tę mowę listem od Ron Dall. Miał raka i przyjechał do Sonomy, żeby z nami praktykować. To duży, silny mężczyzna. Jest przedsiębiorcą. Wprowadził pierwszy w Ameryce podgrzewacz do dłoni. Japońską wersję ze specjalnym płynem w pudełku.
Krótka ścieżka, którą szedł ze swojego domku w górę do zendo, przypominała mu zbocza Everestu w Nepalu. Jeden krok za drugim, jeden oddech na raz. Wewnętrzne oko skierowane ku celowi. Wstawanie o 4 rano. Nie było to dla niego łatwe, bo w poprzednich dniach miał naświetlanie. Nie ma wątpliwości że głęboki oddech z dna płuc i nerek był najlepszy. W lutym próbował praktykować według naszego rozkładu dnia. A potem w ciągu tygodnia po południu jeździł na naświetlania. Naświetlania są straszne, nie chcielibyście tego przechodzić. Jak idziesz do dentysty i robią zdjęcie to jest tam mała maszyna. Przy naświetlaniach ekran jest ogromny. I musisz się temu poddać. Jeśli jesteś napięty wymiotujesz. A potem musisz zacząć wszystko od nowa. Ron napisał, że teraz jest wolny od raka. To niesamowite. Ten rak umiejscowił się w jego systemie limfatycznym i w rejonie serca. Więc to uzdrowienie to był cud. Ron pisze, że przeszedł osiem miesięcy chemioterapii i naświetlań, ale pobyt na Sonomie był trudniejszy niż naświetlania. - Niestety – napisał w liście - mój onkolog powiedział mi, że teraz jestem normalny. Niestety. Normalność bowiem to stan, który zagraża życiu. McDonald i tak dalej... To już dotarło do Polski. – „Normalność – pisze dalej Ron - to nowa komplikacja zdrowotna, którą uważam za chorobę zagrażającą życiu. Często prowadzi ona bowiem do zesztywnienia, paraliżu z symptomami takimi, jak nadmiar telewizji, fastfoodów, uzależnień, jedzenie w puszkach, przetworzona żywność, plastikowe ubrania i nieustanne kompulsywne zakupy, niekontrolowane plotkowanie, nadużywanie leków i inne nadużycia, ślepa wiara w ekspertów i politykę rządu, niekwestionowana wiara w to, że CNN, MBC, CBS podają prawdę. Proszę, módl się za mnie i za niezliczonych innych, którzy cierpią na tę koszmarną chorobę normalności. Mój telewizor od lat jest odłączony od kabla, jem organiczną żywność, unikam żywności modyfikowanej genetycznie i plastikowych ubrań, regularnie medytuję i całym sercem uczestniczę w przeciwstawianiu się dominacji globalnych korporacji i polityków rodzaju Busha i jego bandy. Po przejściu raka węzłów chłonnych wiem, że dam sobie radę ze wszystkimi zagrożeniami normalności dzięki modlitwom pełnym miłości,  uzdrawiającej pomocy przyjaciół i wspaniałemu leczącemu środowisku, które zapewnia nam matka natura i wszystkie niewidzialne siły wyższej świadomości.”

 

W czasie mowy tłumaczyła Danuta Golec, spisała Ania Mills, zredagowała do postaci strawnej w czytaniu Wiesia Grochola.