Znaleźć siebie takiego, jakim się jest.

 

Rozdział 21. "Bez początku bez końca."

 

Gdy dzięki praktyce umysł omamiony rozpuszcza się w ciemności, wyłania się inna obecność, o której już wspomniałem jako o powrocie do spokoju i ciszy, przypominających islandzki krajobraz, nieskończenie piękny, przestronny i spokojny. Tam właśnie umysł zazen - powszechny umysł, w którym wszyscy intymnie uczestniczymy - jest tak wielki, ogromny, bez początku i końca.

 

W ciągu minionych lat i zmieniających się pór roku na górze Sonoma zdążyło nas odwiedzić wielu nauczycieli. Praktykują oni od tak dawna, że sposobność spędzenia z nimi nawet niedługiego czasu jest bardzo cennym darem. Widzi się wtedy i czuje tę ekspansywność, lekkość i radość, którą wnieść może w nasze życie kontakt z dharmą. Ale nie wszyscy nauczyciele są mistrzami zen. Na przykład Mitsu Suzuki-sensei, żona Suzuki-rosziego, przez wiele lat studiowała ceremoniał picia herbaty, a potem sama go uczyła. Czuło się, że jest na wskroś przeniknięta przymiotami tego obrzędu. Uświadommy sobie, że nie jesteśmy jedynie tym kimś, za kogo się uważamy. Inni też nie są tymi, za których się uważają. Prawdziwa natura wykracza poza nasze najbardziej rozhukane wyobrażenia. Na tym etapie powinniśmy już wiedzieć, że nasz umysł rozumujący, uwarunkowany przez okoliczności, może działać tylko tam, gdzie jest widno, i na tym jego sprawność się kończy. Gdy dzięki praktyce umysł omamiony rozpuszcza się w ciemności, wyłania się inna obecność, o której już wspomniałem jako o powrocie do spokoju i ciszy, przypominających islandzki krajobraz, nieskończenie piękny, przestronny i spokojny. Tam właśnie umysł zazen - powszechny umysł, w którym wszyscy intymnie uczestniczymy -jest tak wielki, ogromny, bez początku i końca.

Nie uda ci się poznać umysłu powszechnego - Wielkiego Umysłu - wyłącznie poprzez myślenie o nim, tak jak nie zdołasz metodą autosugestii stać się dobrym człowiekiem. Ciało i umysł potrzebują dyscypliny. Nawyk dualistycznego myślenia jest w nas tak silnie zakorzeniony, że musimy przywrócić ciału i umysłowi pierwotny stan jedni. Dlatego w trakcie praktyki ciało poddaje się ogromnie intensywnej dyscyplinie i ćwiczeniu. Jesteśmy, rzec by można, duchowymi wyczynowcami, którzy energię urojeń kanalizują - i wyczerpują - w zazen, w śpiewach, pokłonach, medytacji przy pracy i innych działaniach, składających się na świątynne życie. To zaś z kolei wypala naszą chciwość, gniew i niewiedzę, przerabiając je na posilną strawę.

 

Zgodnie z tradycją japońskiego zen adepci czasem naprawdę biorą się nawzajem w obroty - dosłownie, fizycznie; na tym między innymi polega nauka. Ale gdy robimy to tutaj, w Ameryce, ludzie często się obrażają. Musimy być na tyle otwarci, żebyśmy mogli się dotykać, kiedy komuś trzeba pomóc przybrać odpowiednią pozycję. Korzystajmy z cudzego wsparcia dla siebie i swojej praktyki, bo dzięki temu zdołamy naprawić dysharmonię. Czego właściwie tak kurczowo się czepiamy?

 

We wstępie do swojego tomu wierszy haiku, zatytułowanego Temlie Dusk, pani Suzuki opowiada o swoim związku z Suzuki-roszim. Kiedy przyjechała tu do nas z wizytą, powiedziała, że roszi Suzuki był niezbyt dobrym mężem, ale za to znakomitym nauczycielem. Ten dzień w 1961 albo 1962 roku, gdy zjawiła się w San Francisco, pamiętam doskonale, bo ogromnie byliśmy jej przyjazdem podekscytowani. Wyszliśmy wszyscy na nabrzeże, żeby ją powitać. Statek, który ją przywiózł z Japonii, trudno było nazwać luksusowym transatlantykiem. W tamtych czasach ludzie przybywali tankowcami i statkami handlowymi. Kiedy podpłynął bliżej, zobaczyliśmy stojącą na pokładzie figurkę, która machała nam ręką - energicznie, z całego serca. Nie było to jakieś tam anemiczne powiewanie. Figurka stopniowo rosła, no i oczywiście okazała się panią Mitsu Suzuki.

 

Ilekroć jedli razem śniadanie, roszi Suzuki jako mistrz tradycyjnego japońskiego zen szybko się z tym uwijał: nie mówił ani słowa, tylko jadł. Zaraz po jedzeniu wstawał, zakasywał rękawy i szedł do pracy, bo była pora samu. Tak go nauczono i wychowano. Pewnego dnia pani Suzuki spytała: "Może byś jeszcze chwilę posiedział i ze mną porozmawiał?". "Czas na samu"- odparł roszi.

 

Pani Suzuki wiedziała, że mąż nie ma złych chęci, a zresztą sama też na swój sposób potrafi być wredna. Kiedyś powiedziała Suzuki-rosziemu: "Mam chłopaka". A on na to, jakby nigdy nic: "Tak? Może byś go przyprowadziła na kolację, żebym zobaczył, kto zacz?". Bez problemu!

 

Na początku było nas dwanaścioro, może trochę mniej: wspaniała grupka uczniów, którzy przychodzili medytować z Suzuki-roszim. Zawsze po zazen jedliśmy wspólnie śniadanie przy stole w kuchni pani Suzuki. Oczywiście staraliśmy się dorosnąć do ideału adepta zen, więc śmiać mi się chce na wspomnienie tamtych dni. Zachowywaliśmy się jak starcy. Miałem dwadzieścia pięć lat, pozostali mogli mieć po trzydzieści, czterdzieści, ale wyobrażaliśmy sobie, że jako pilni uczniowie powinniśmy chodzić bardzo wolnym krokiem, nie zakłócać ciszy i nienagannie się sprawować. Ale to było tylko nasze wyobrażenie. Miałem tak wypaczone pojęcie o zen, że zrobiłem z siebie kogoś na kształt emeryta.

 

Nieraz zdarzało się, że pani Suzuki wchodziła rozczochrana, bo dopiero co się obudziła, a ponieważ była we własnej kuchni, brała się do mycia zębów. Trochę nas szokowały te jej naloty, akurat kiedy zasiadaliśmy do orioki (chociaż nie mieliśmy jeszcze tradycyjnych miseczek). Ona myła zęby, a my udawaliśmy, że jej nie ma. Szorowała coraz głośniej, a my wciąż ją ignorowaliśmy, aż wreszcie zaczynała płukać gardło! Z głośnym bulgotem!

W tamtych pionierskich czasach zdarzało się wiele takich niespodzianek i między innymi właśnie w nich wyraża się duch i radość zen. Pewnego razu w prima aprilis jako jedyny przyszedłem na poranne zazen. Roszi Suzuki zawsze wyglądał przez okno i patrzył, czy ktoś nadchodzi, a czasem nawet telefonował i pytał: "Przyjdziesz?". Tamtego dnia pani Suzuki powitała mnie w drzwiach i powiedziała: "Roszi Suzuki przed chwilą zmarł". Byłem tak wstrząśnięty i zasmucony, że tylko westchnąłem. A ona na to: "Prima aprilis! Amerykański zwyczaj!". Sam widzisz, że mieliśmy szkołę na świetnym poziomie.

 

Znam wiele takich historii, ale chcę powiedzieć, że chociaż to, co czytasz w książkach, jest, owszem, swojego rodzaju strawą dla myśli i wyobraźni, w gruncie rzeczy dharma powstała z bardzo głębokiej sfery ludzkiego cierpienia. Gdyby ludzie aż tak nie cierpieli, nie byłaby potrzebna. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to pesymistycznie czy negatywnie, lecz dzięki ogromowi cierpienia na świecie istnieje też wielka wolność, współczucie i mądrość. To właśnie lubię w dharmie. Z wielkiego cierpienia wyrasta piękny lotos, który może rozkwitnąć tylko w błocie.

 

Na tym polega nasza praktyka - czy nam się podoba, czy nie; wybór jej form też od nas nie zależy. Czasem słyszę, jak ludzie mówią: "Oj, ta forma jest za trudna". Ale formy są niezbędne, bo pomagają nam spiłować ostre kanty, dla nas niewidoczne. Kiedy medytujemy w grupie, pojawia się wiele spraw, których sami nie dostrzegamy, lecz inni je widzą. W tym sensie praktyka w sandze przynosi duży pożytek, ponieważ nawzajem się szlifujemy. Ludzie niestety są zazwyczaj wielkimi egocentrykami, potrzebujemy więc reguł i form, żeby za ich pomocą wygładzić ostre krawędzie, które każdy w sobie ma. Gdy się o siebie wzajemnie ocieramy, przypomina to trochę polerowanie pięknej perły, aż zalśni. Im więcej tarcia... to właśnie jest promienność stawania się! Tak na przykład można zdefiniować sangę.

Podczas swojej niedawnej wizyty pani Suzuki powiedziała nam, że tradycja jej szkoły wywodzi się wprost od wielkiego japońskiego mistrza ceremoniału picia herbaty - Rikyu Zenki. Jest to szkoła Omote, ściśle związana z zen. Wielu sławnych Japończyków przyciągnęły inne herbaciane szkoły, ale Omote przestrzega bardzo prostego, rozsądnego rytuału. Podczas jednej z ostatnich ceremonii, jakie pani Suzuki urządziła przed powrotem do Japonii, zobaczyłem dziki irys, rozwijający się w alkowie, zwanej tokonoma. Wystrój alkowy wyraża spokój i prostotę; w subtelnie oświetlonym pomieszczeniu często wiesza się jedwabny zwój z piękną kaligrafią i ustawia wykwintną kompozycję kwiatową. Herbata taka-jaka-jest działa na wszystko, nawet na dziki irys w wazonie. W oddziaływaniu tym przejawia się zwykła dharma, a gdyby ktoś próbował celowo dopiąć tego samego, nie uda mu się.

Obserwując uczniów podczas zajęć, pani Suzuki mawiała: "Tom-san, herbata wstąpiła w twoje serce", albo: "Bill-san, herbata uleciała z twojego serca". To była nasza praktyka. Trudno nam zobaczyć samych siebie i to, co robimy, lecz nauczyciel i inni ludzie widzą nas całkiem wyraźnie, bo nie zaślepia ich nasze spojrzenie. Oko siebie nie widzi. Ale to nic. Dzięki praktyce w końcu siebie zobaczy, a wtedy objawi się umysł powszechny, czyli rdzenny.

 

Czarny kij mistrza zen, który dał mi roszi Otogawa, nazywa się nyo-i. Znaczy to "wszystko w porządku" albo "po prostu tak". To przepiękne określenie w stylu zen. Po angielsku "po prostu tak" może brzmieć zagadkowo, lecz w świetle Buddadharmy jest to jeden z najsubtelniejszych przejawów życia: widzenie świata takim, jaki jest, bez projekcji, obwiniania czy osądzania. Im dłużej noszę ten kij, im dłużej go używam, tym wyraźniej uświadamiam sobie, że samo drewno nie dostaje szlifu, lecz ma go od początku. Hołubimy w sobie sprecyzowane wyobrażenia, jakie powinno być to czy tamto. Na przykład miło jest wziąć kawałek drewna, oszlifować go, nadać mu ciemniejszy odcień, większy połysk albo prastary wygląd. Ale przecież drewno - takie-jakie-jest - od początku ma doskonały szlif. Wystarczy, że to dostrzeżemy i rozpoznamy, spoglądając dwojgiem własnych oczu spośród bezmiaru powszechnego umysłu, z którego wyrasta cała ekspansywność, lekkość i radość. Patrzmy jak Budda i patriarchowie! Oto korzeń praktyki, dzięki której wracamy do pierwotnego spokoju i ciszy, żeby wyraźnie ujrzeć siebie w sobie - dokładnie takich, jacy jesteśmy.

 

tłumaczenie: Michał Kłobukowski