1-2-3-4-5-6-7-8

 

Rzeczy ważne są poza słowami. Do opisania rzeczy ważnych trzeba używać mało słów. Tak myślę. Dlatego też do napisania wiersza, siadłem z dużym rozmysłem. No i udał mi się bardzo. Ten Wiersz. Był to mój jedyny i dlatego też najlepszy wiersz.


Był o tym, co jest poza słowami, poza rzeczami, poza światem, ale w sposób piękny
zarazem o tym co słowa tworzy, co tworzy rzeczy, co wreszcie świat tworzy. Ale nie ma nazwy. No więc o tym był ten wiersz. Piękny był. Był o tym co jest i czego nie ma, ale bez czego nie byłoby tego co jest. To po pierwsze.


Jednak, kiedy zacząłem mu się przyglądać wnikliwiej, to coś w nim nie grało. No tak – za dużo słów. W ogóle za dużo wszystkiego w tym wierszu. Dzięki Bogu można bezkarnie wyrzucić przecinki, kropki i inne takie znaki. Wiersz od razu stał się bardziej przejrzysty i milszy do oglądania. To po drugie.


Ale wciąż coś nie grało. No, bo jak się tak mu przyglądałem, to jedno słowo w tym wersie za dużo, w drugim wersie kolejne słowo, jak dobrze się zastanowić, też niekonieczne. Przecież to wiersz był o Rzeczywistości. Bez skrupułów wyrzuciłem zbędne słowa, nawet jeden wers wylądował na śmietniku. Znowu lepiej. To po trzecie.


Po dwóch, trzech dniach czytam znowu. Czytam i patrzę wkoło siebie. Czytam i się rozglądam. Sprawdzam czy wiersz jest o tym co widzę i słyszę wkoło. Nie do końca. Coś tu wkoło nieuchwytnego. Kwiaty, ale nie kwiaty, tylko jakieś takie nie wiem co. Drzewa rosną, ale to nie te drzewa z Wiersza. Te w Wierszu jakieś takie niepozorne, nie wiadomo jakie właściwie. Te co je widzę wkoło siebie, bardzo konkretne są; tak rzeczywiste, że aż je  nazwać trudno. W zasadzie to nie można ich nazwać. A te w Wierszu bezwstydnie się ze swoją nazwą obnoszą. No to wywalamy! I poleciały poza kartkę drzewa, kwiaty, ludzie, zwierzęta i wszyscy główni bohaterowie Wiersza. To po czwarte.

 


No i przerzedziło się niepomiernie. W zasadzie to same litery obok siebie pozostawały. Jedna obok drugiej i niby coś tam razem znaczą. Ale czy naprawdę znaczą, to co znaczą, czy może nie? Jak tak pomyślałem, to i litery co poniektóre wyrzuciłem. Niewiele potem tego zostało. Prawdę mówiąc to wyrzuciłem wszystkie litery. To po piąte.


Głupio jakoś wyszło. Został sam tytuł. A sam tytuł to wstyd. Ale już nie było odwrotu. Tytuł też skasowałem. Niestety tak to jest jak się pisze na komputerze – strasznie łatwo  ięwyrzuca. Pewno dlatego, że ma się nadzieję, że równie łatwo się napisze, na przykład przeklei skądś. No ale ja nie miałem skąd przekleić. To po szóste.


Została biała kartka wyświetlona na ekranie komputera. W górnym lewym rogu migała kreseczka, kursor. Migała tak jak bije moje serce. Wpatrywałem się w nią. I znowu coś mnie tknęło. Przez chwilę myślałem, że dzieło udoskonalania najlepszego mojego wiersza jest skończone. Jednak nie było. Bo kartka może i biała, ale ma nazwę. Nazwę widać na pasku u góry. Jeszcze przecież istniał dokument o nazwie Wiersza. Szybko zamknąłem dokument i wykasowałem go. Teraz już mogłem odetchnąć. Wiersz osiągnął najwyższy stopień doskonałości. To po siódme.


A gdyby kiedyś ogłoszono jakiś konkurs poetycki, to zawsze mogę poprosić informatyka, a oni mają swoje sposoby, żeby z czeluści kosza komputerowego odzyskał ten mój doskonały i  piękny wiersz. Albo też wyślę ten Wiersz taki jaki jest czyli wyślę Nic. To po ósme.

 

KAI IN