Przebłysk geniuszu

 

Z miesiąc temu, albo jeszcze dawniej miałem przebłysk geniuszu. Jakieś takie odkrycie, które rzadko się zdarza, ale wiadomo, że genialne i ożywcze. Kłopot z tym taki, że na co dzień genialny nie jestem i zapomniałem o co szło.

 

Od tego czasu chodzę jak struty. Idioto, zapomnieć coś takiego! Do niczego się nie nadajesz. Próbuję sobie przypomnieć tak i siak. Nic z tego. Tylko mgliste uczucia jakieś się przypominają, ale o co chodziło to się nie przypomina. Dni mijają na bezradnym poszukiwaniu. Smutek i depresja się pogłębiają, zwłaszcza, że wtedy, jak ten przebłysk był, było tak przyjemnie i tak spokojnie. Wręcz im bardziej mi się przypomina tamten stan, tym gorzej jest teraz. Nic się nie udaje. Jakbym próbował wejść na szklaną górę. Nigdzie ani śladu zaczepienia. Jej, jaki nieszczęśliwy jestem, nie da się tego opisać. Nie mam wyboru, muszę pogodzić się z moją mało genialną egzystencją.

 

I wtedy wraca, przypomina się. Chodziło mniej więcej o coś takiego, że istnieje tylko „teraz”, że przeszłości i przyszłości nie ma. Że wszystko w „teraz” jest absolutnie OK. Dla pewności jeszcze to zapiszę.

 

No, to teraz już spokojnie mogę wspominać i planować.

 

KAI IN