Bajka o zajączku

 

Pewnego dnia na nasze miasto padł blady strach. Stało się jasne, że ulice, parki, skwery słowem po prostu cała przestrzeń naszego miasta jest planszą do gry. Domy, ludzie, samochody są pionkami używanymi w tej grze. Zdarzało się więc co pewien czas, że dom był wyrywany przez kogoś w całości i zmieniał miejsce swojego postoju, jak to pionek w grze. Czasem niewprawny gracz łapał dom tak nieszczęśliwie, że zrywał w nim tylko dach, przez co cały dom właściwie nie nadawał się do mieszkania.

 

 

Na ulicach wybuchła panika. Ludzie wylegli ze swoich domów w obawie, że za chwilę ktoś ich przeniesie w zupełnie inne miejsce. Wszyscy zerkali w górę, starając się odgadnąć kto jest sprawcą tego kataklizmu, w górze widać było tylko bielutkie i delikatne chmurki, jakby futerko milutkiego zwierzaczka.

 

Wtedy też uświadomiłem sobie ze stuprocentową pewnością, a nie wiem skąd owa pewność pochodziła, że w mieszkaniu na pierwszym piętrze w kamienicy, na rogu ulic Jana Pawła i jakiejś jeszcze, znajdę rozwiązanie zagadki. Zacząłem się przedzierać przez na wpół zdewastowane miasto, pośród biegających we wszystkich kierunkach i przerażonych ludzi.

 

Po dłuższej i niebezpiecznej podróży, mijałem zbiegowiska, filmy wyświetlane na ulicy, zabawę, wszedłem wreszcie do TEJ kamienicy. Wbiegłem na pierwsze piętro i wpadłem do mieszkania. Tam nad planszą, przypominającą plan naszego miasta, siedział bielutki, malutki i milutki zajączek i przestawiał pionki. A każdy jego ruch wywoływał wstrząsy za oknami.

 

Nie wiem co zrobić: przyłączyć się do gry czy też kopnąć futrzaka, żeby wyleciał przez okno?

 

No i koniec snu.

KAI IN