Potwory

 

Jakiś czas temu, z tydzień wstecz, może dwa albo i jeszcze wcześniej, z kątów powyłaziły rożne potwory. Wylazły i się gapią. Siedzą i szczerzą ponure zęby, wlepiają oczy. Niektóre są włochate, inne łyse całkiem. Jeden z nich najtłuściejszy, uśmiecha się do mnie. A imię jego: „Jesteś do niczego”. Właśnie kiwa ohydnym paluchem i zachęca do rozmowy.

 

„Zagrajmy w karty” – proponuje. „Spadaj dziadzie” – odburkam. A on nic, gapi się i rzuca pierwszą kartę na stół: „Na koncie masz spory minus chłopie” – stoi tam napisane. Nerwowo szukam jakiejś karty w odpowiedzi: „Ale zarobię sporo w tym miesiącu, a wypłata już za kilka dni”. On wykłada na stół: „Na firmowym koncie nie lepiej”. Ja: „Ale będzie sporo wpływów”. On: „Przypatrz się Twoim pracownikom, opieprzają się”, ja: „Głupi jesteś, jest koniunktura, kiedy ma być lepiej jak nie teraz?”. Wkurzyłem się trochę.

 

On: „Ta praca Cię nie kręci już od dłuższego czasu”. Ja: „Nie znasz się, fajna robota, wielu ludzi może zazdrościć.”

 

On: „Ale przecież doskonale wiemy i Ty, i ja, że nie wiesz po co żyjesz.” Ja wykładam: „To nie Twój interes”.

 

On wali z grubej rury: „Masz depresję. Krótko mówiąc jesteś do niczego”. Szperam w poszukiwaniu jakiegoś asa, a może i jokera, znajduję coś i wywalam na stół z hukiem: „Mam ją od zawsze, całe życie. I co z tego?”. Jak tylko wyłożyłem tę kartę na stół, od razu przyszła ulga. Co za ulga, nie muszę temu debilowi nic udowadniać, o nic nie walczyć. Rzeczywiście jestem do niczego i mam depresję. Naprawdę ulga i pewna jakaś radość się nawet pojawia.


Niezbadane są ścieżki mózgowe.

 

KAI IN