Morderca

 

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych ulubioną metodą nękania opozycji były tzw. zatrzymania prewencyjne. Na ogół przed jakąś rocznicą, planowaną demonstracją, częstokroć bez żadnego wyraźnego powodu - do upatrzonej chałupy pakowała się bezpieka, milicja, albo jedni i drudzy. Robili rewizję, czasem coś znaleźli, czasem nie, to było bez znaczenia. Chodziło o zamknięcie delikwenta na 48 godzin, „do wyjaśnienia”.

 

Lubiłem rytuał oddawania, spisywania - a potem odbierania depozytu. Biedni gliniarze mieli co gryzmolić: łańcuch - sztuk 1, pierścionki w kolorze srebrnym - sztuk  6, bransolety miedziane - sztuk 2, kolczyk - sztuk 1. Byłem nie tylko opozycjonistą, ale i Indianinem.

 

Potem lądowało się „na dołku”,  w ciemnej obskurnej celi, ze śmierdzącym żeliwnym kiblem zwanym „bombą” i paroma betonowymi „sarkofagami” do spania. Na noc dostawało się zwykle koc i materac. Dwie doby wakacji, czasem samotne, nieraz w ciekawym towarzystwie. Pewnego razu przyszło mi siedzieć z mordercą.


 

Nie pamiętam, jak wyglądał, pewnikiem niepozornie. Dziewiętnasto - dwudziestoletni chłopak. Przerażony i głupi, jak but, skoro mi - nieznajomemu, do tego w celi - natychmiast opowiedział swą historię. Od jakiegoś czasu, w charakterze tzw. męskiej dziwki, obcował ze starszym, emerytowanym adwokatem. Dostawał kasę i rozmaite prezenty. Wszystko to działo się w mieszkaniu adwokata: stał fortepian, mosiężny lichtarz, dobrze zaopatrzony barek. Małolat się uchlał, mecenas nie dopuszczał go do barku, doszło do szarpaniny, chłopak pochwycił lichtarz i uderzył starszego pana w głowę. Śmiertelnie, acz  - jak utrzymywał - „niechcący”. Zdaje się, że sam wezwał milicję czy pogotowie.

Krążył po celi i bał się, jak diabli. Przesłuchujący go gliniarz straszył karą śmierci i z łatwością wyciągał wszelkie zeznania.


- Nie możesz dostać kary śmierci - uspokoiłem mordercę. - Nie masz 21 lat. Posiedzisz, i tyle.
Następnego dnia był już morderca na tyle spokojny, że podzielił się ze mną czymś w rodzaju moralnej refleksji: - "Gdybym wyglądał, jak ty, wypisaliby mnie z rodziny".         

                                                     
                                                    
x                  x                       x

 

Parę lat później, już „po upadku komuny”, stałem na gdyńskim dworcu i sprzedawałem książki. Sąsiednie stoisko obsługiwał sympatyczny, jowialny jegomość. Fajnie nam się gadało, z dnia na dzień coraz bardziej szczerze. Facet okazał się byłym gliniarzem. Wielokrotnie ślęczał pod moją chałupą. Znał historię mecenasa i małolata - mordercy: to właśnie on go  przesłuchiwał i straszył karą śmierci.  Okazało się, że „nie zaszkodziłem śledztwu”, chłopak przyznał się do wszystkiego, dostał kilkanaście lat odsiadki. W gdańskim areszcie, do którego trafił, natychmiast został „cwelem”.

 

x                  x                    x

 

Za oknem majowy deszcz, życie płynie, przychodzi nam grać różne role, okoliczności zmieniają się,  jak w kalejdoskopie. Ale coś mi się zdaje, że tak naprawdę zawsze i wszędzie spotykamy samych siebie. Magia. Wakan Tanka, Wielka Tajemnica. Nieprawdopodobne pląsy życia i śmierci...