Błogość

 

Błogość jakaś mnie ogarnęła. Nic się nie zmieniło, tylko jakbym siebie z zewnątrz widział. Byłem świadkiem, obserwatorem wszystkiego co się ze mną dzieje, jak jestem obserwatorem drzew, kamieni, ludzi, ulic czy czego tam jeszcze. Robiłem coś i jednocześnie oprócz zwykłej świadomości robienia miałem jeszcze jakby zewnętrzny ogląd tego co robię. Taką świadomość nie moją siebie miałem. Tak jakbym w dwóch osobach był: w osobie swojej zwykłej, ale i osobie nie swojej, w osobie bez osoby. Taka świadomość pusta, bez podmiotu tej świadomości jakoś mi towarzyszyła. Jakby oddzielna, jakbym odkleił się od siebie.

 

Miłe to było. Nadal smuciłem się, cieszyłem, strasznie zdołowany byłem miejscami, a znowu za chwilę ucieszony i w ekstazie. Ale te wszystkie przeżycia jak egzotyczne owoce smakowały. Czasem cierpko, czasem słodko, czasem bez smaku. I jakoś tak do końca ich smak czułem. Ciekawe, że byłem jednocześnie spokojny i niespokojny. Jakbym był szalejącym, zmąconym zwierzęciem, które dostało się na przestronną łąkę. Bo moje zwykłe zamieszanie rzecz jasna mi towarzyszyło, ale przestrzeń obejmująca to zmieszanie była ogromna. Mieszczącą i zmieszanie i spokój.

 

Jakiś przebłysk zrozumienia nawet się pojawił. Zrozumienia co znaczą słowa:
„Odbicie w lustrze to ty, ale ty nie jesteś tym odbiciem.”

 

KAI IN