Zendo

 

Kamienica, w której mieszkam, ma 106 lat. Przysadzista, rozłożysta jejmość. Przez cztery dekady był to zapewne jednorodzinny, komfortowy pałacyk. Z dzieciństwa pamiętam metalowe tabliczki: Toilette, Briefe & Zeitungen.  Na strychu i w piwnicach walały się niemieckie książki i gazety.
Tuż po wojnie (tej drugiej, światowej)  pierwszym lokatorem został podobno trójmiejski szef UB. Szczęśliwie nie na długo. Potem  zamieszkało tu pięć rodzin z bliższych i dalszych krain. Moi rodzice, z trójką już wówczas dzieciaków, zjawili się tu na początku lat (tysiąc dziewięćset) sześćdziesiątych. W 1964 roku pojawiłem się i ja.


Miejsce, o którym zamierzam opowiedzieć, mieści się w  suterenie. Gdzieś do 1970 roku było to mieszkanie sympatycznej rodziny S. Dalekie od komfortu, wilgotnawe, ogrzewane kuchennym piecem i kilkoma połączonymi zeń kaloryferami. Rodzina S. wywalczyła inne lokum, suterenę przydzielono nam i sąsiadce, jako pomieszczenia gospodarcze.


Główne pomieszczenie, duży pokój, ma 5 x 5 metrów, dwa pełnowymiarowe okna od południa i łukowy strop na wysokości metrów trzech. W korytarzu jest kibelek.  Mój o 10 lat starszy brat z miejsca urządził klub rock & rollowy. Pamiętam kolorowe światła, głośną muzę, roztańczone towarzystwo, karykaturalną, śliniącą się mordę wymalowaną na ścianie z podpisem sex patelnia i to, że nikt nie chciał mi wyjaśnić, o co z tym malowidłem chodziło.


Po paru latach brat poszedł do armii, potem ożenił się i wyprowadził. Siostry też się hajtnęły, czas jakiś pomieszkały z mężami w mieszkaniu „na górze”, a jako że w 1975 roku przybył jeszcze młodszy braciszek  - wymiękłem i w okolicach Sierpnia` 80 urządziłem sobie „na dole” kanciapę. Był powiększalnik, koreks, chemikalia, kuwety - bawiłem się w czarno-białą fotografię. Nawet trochę na tym zarabiałem. Potem Jaruzel zrobił stan wojenny, w kanciapie zainstalowaliśmy z kumplami anarchistyczną drukarnię. Działały nie tylko ręczne wałki, ale i bębnowy powielacz. Wydawaliśmy pismo pt. „Homek” i mnóstwo, głównie antywojskowych, ulotek.


„Klub” był już  wówczas zagrzybioną graciarnią.  Przerżnąłem na pół drewnianą podłogę, jedną jej część postawiłem na sztorc, przytwierdziłem do sufitu i zaopatrzyłem w drzwi. Od strony wejścia nadal piętrzyły się rozmaite rupiecie i zwały ciuchów, ale z drugiej strony ściano - podłogi powstała izdebka z rozkładaną kanapą, książkami, stolikiem, szafą i elektrycznym  grzejnikiem. Stał też rząd, bodajże pięciu, starych kinowych krzeseł. Prawdziwy, konspiracyjny ”lokal”, z ukrytymi (jak na „Hansie Klossie”) drzwiami i czerwoną, alarmową żarówką włączaną przez Mamę w przypadkach najść bezpieki na me „oficjalne” mieszkanie. Działał też „klub dyskusyjny”,  czasem zaszumiała balanżka.  Ubecy nigdy „lokalu” nie nakryli.


W 1989 roku zaszła w ciążę ma ówczesna połowica. Zamieszkaliśmy w pokoju "na górze",  z solidnych belek  zmajstrowałem antresolę. Od stycznia 1990 w starej, przywiezionej z Łemkowszczyzny kołysce, bujała się nasza córka Ariadna. Pokoik "na dole" dostał się młodszemu bratu. W części zagraconej od czasu do czasu zakwitało drobniutkie rzemiosło: ceramika, biżuteria, wylewane na szybach witraże. W 1992 roku wynieśliśmy się na wieś, początkowo na Warmię, potem - w Beskid Niski. Jak z bicza - strzeliło siedem lat...


Zarówno dla pokoju "na górze", jak i dla graciarni  i ukrytego pokoiku, był to czas totalnego upadku. Młodszy brat wpakował się w heroinę. Ćpuństwo, jak rak, pożerać jęło poczciwą kamienicę, wspomniane pomieszczenia zamieniły się w meliny. Matka już nie żyła, starzejący się Ojciec wypierał problem, z resztą rodzeństwa i sąsiadami czuliśmy się bezradni. Był to jeden z powodów, dla których , z dużym bólem, zostawiłem góry i wraz z córeczką wróciliśmy do Sopotu.


Szybko, metodami Mc Gyvera, Słodowego  i górali, przystosowałem suterenę do mieszkania. Sąsiadka odstąpiła nawet swoją część, zapleśniały pokoik 3,5 x 5 metrów, i podarowała żeliwną "kozę" z dwoma fajerkami do gotowania. Piecyk okazał się genialny, częstokroć czułem się, jak w beskidzkiej chacie.  Cały "dół" mieliśmy dla siebie, wodę, kibelek, narzędziownię na rowery.


W roku 2000 gościliśmy na obiedzie Roshiego Kwonga, Mikołaja, Anię i jeszcze parę osób.  - "Welcome to underground" - wysiliłem swój angielski.  - "O, yes, underground... " - zaśmiał się Roshi, który trochę pobłądził, wchodząc od strony piwnic. Przyjęcie odbyło się w pokoju Ady, dawnym konspiracyjnym lokalu. Po jakimś czasie córka zamieszkała z mamą, w swym pokoiku  przebywała już tylko w weekendy. I znów, po trosze, żyłem jak pustelnik.


Tymczasem brat nie odpuszczał i ćpał w najlepsze w mieszkaniu ojca, "na górze".  Goniłem czasem upierdliwych ćpunów, stukających nawet w "moje" okna. Zwykle czmychali, bywali i agresywni.
W 2002 roku poznany w górach kolega zrobił mi prezent i zaprosił na półtoramiesięczną przygodę do Kanady. Wczesną wiosną, początkowo przez śniegi i lody, płynęliśmy dwuosobowym canoe przez bezludzia Temmagami. Setki mil wiosłowania, biwaki przy wodospadach, w których grał mi i śpiewał, jak żywy, Leonard Cohen.


Z Kanady wróciłem szczupły i pełen poweru. Na uniwerku w Sopocie odbyło się spotkanie z Roshim, po którym, wraz z całą trójmiejską Sanghą, zasiedliśmy w "góralskiej" knajpie nad (sopockim) Morskim Okiem. Roshi oglądał fotki z indiańskiej wyprawy, żartował ze spraya na niedźwiedzie, który często miewałem przy sobie. Od paru miesięcy nie mieliśmy w Trójmieście miejsca do medytacji. - Może zrobimy zendo u mnie? - rzuciłem. Roshi wypytał o szczegóły: powierzchnia ok. 17 m kwadratowych, duże okno od wschodu... -" Idziemy poświęcić"! - zadecydował. Poszliśmy.


Część ekipy była nieźle zszokowana. Suterena, obłażące tynki, pajęczyny, stare graffiti. Pokoik od sąsiadki, nie do końca odgracony, w którym dopiero rozpocząłem remont.
Skrzynka po kartoflach i kawałek tkaniny przekształciły się w ołtarz. Ktoś przyniósł instrumenty, wierzbowe gałązki jako kropidło. Odbyła się ceremonia poświęcenia zendo. - "Teraz będziesz musiał siedzieć"- pokiwał głową Roshi. Też pokiwałem, ciut zafrasowany.


Pracowaliśmy przez kilka weekendów, w parę osób, wstawiliśmy małą, żeliwną "kozę" - i ruszyło zazen, dwa razy w tygodniu, po dwie godziny. Regularnie. Po roku Roshi odwiedził nas i opieprzył za wciąż menelski korytarz. Wyremontowaliśmy korytarz, przedsionek, narzędziownię, kibelek.  Zrobiliśmy wentylację. Po roku Roshi znów nas opieprzył - za zbytnią dokładność...


Opieka nad zendo nie należy do najłatwiejszych praktyk. Mnóstwo okazji, by trenować cierpliwość, niektórzy ludzie uwielbiają marudzić. Nieraz miewałem wrażenie, niebezpodstawne niestety, że sąsiadom łatwiej było tolerować narkomańską melinę, niż nas - siedzących spokojnie, utrzymujących porządek dziwaków. Kilka razy urządziliśmy alkoholowe balanżki, dochodząc w końcu do wniosku, że to nic dobrego, obciach i profanacja.


W międzyczasie, dzięki sąsiadowi - inżynierowi,  który swe mieszkanie wykupił na własność, rozpoczął się remont całej kamienicy. Większość kosztów "pokrywało Miasto". Zaczęło się od dachu,  rynien,  skanalizowania wodnego cieku w ogródku (poniemieckie dreny dawno trafił szlag), zaizolowania fundamentów i podziemnych części ścian... Potem przyszła kolej na odnowienie elewacji, wymianę instalacji gazowej, wodno-kanalizacyjnej, elektrycznej...


Ale wróćmy do zendo. Po trzech latach sąsiadka zażądała zwrotu piwniczki - braciszek zatkał bowiem słomą rurę kanalizacyjną, brudna woda zalała komórkę z ziemniakami, z której owa Pani korzystała. Nie mogłem mieć żalu. Wynegocjowałem parę miesięcy zwłoki, kartofle przetaszczyliśmy do narzędziowni. Tymczasem policja aresztowała w końcu nieszczęsnego brata, ratując mu zapewne życie. Poczułem "gniew boży" i wraz z Bogną - połowicą w kilka dni przekształciliśmy okropną norę "na górze" w piękny pokój. Hałda z wyrzucanych przez okno rupieci piętrzyła się na ponad dwa metry. Wróciłem na "stare śmieci", antresola była nienaruszona. Po paru miesiącach znów mieszkaliśmy razem z córką. W tej chwili stuka coś obok na swym laptopiku, który kupiliśmy jej z mamą z okazji 18-ych urodzin.


Nasze "małe zendo" kończyło się, zaproponowałem przystosowanie większego pomieszczenia, dawnego "Klubu".  Do pracy zgłosili się sami Bohaterscy Ochotnicy, z sanghowej kasy nie wzięliśmy grosza. I poszło, jak burza. Jarek kupił piłę tarczową, farby, pędzle i brakującą szybę. Łucja podarowała mnóstwo gipsu, Ewa - bambusowe rolety i wieszak, od Krawca wcześniej dostaliśmy piękny, wełniany dywan.   Kończył się właśnie remont elewacji, robotnicy nie skąpili narzędzi i tynkowej zaprawy. Naszą Brygadę Rogala tworzyli: Krzyś, Ania, Bogna i ja.


Początek robót przypominał cofanie filmu. Trzeba było rozwalić rozdzielającą pokój ścianę i z powrotem zrobić z niej podłogę. Szpachlowanie, malowanie, uzupełnianie podłogowych desek, instalacja elektryczna... Małgosia przyniosła brakujący abażur, przystosowała tkaninę na ołtarz... Efekt - piękne, przestronne zendo, w którym siedzimy trzeci rok.


W styczniu odwiedził nas Mikołaj, który w międzyczasie został nauczycielem, "Dharma Holderem". Posiedzieliśmy razem, następnego dnia poprowadził "warsztat zen" w Dworku Sierakowskich.  Powiedział, że mamy w Sopocie prawdziwą świątynię. Że cudowny lotos zawsze wyrasta z błota.


Parę dni temu mój młodszy brat, po trzech latach odsiadki, wyszedł z pudła. Zamieszkał na kozetce, w pokoju ojca. Odtruty, przynajmniej fizycznie. Zabrał się za porządki, malowanie kuchni. Jutro ma iść do pracy. Zobaczymy. Historia zendo wciąż się toczy.  Bez początku. Bez końca.


BAKYO