Proklamacja bez słów

 

Rozdział 29. "Bez początku bez końca."

 

Kiedy już umiesz swobodnie zwracać blask do wewnątrz, ku wszechobecnej świadomości, i pielęgnujesz go jako siłę życiową, potrafisz kierować go i pielęgnować wszędzie. Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek się dzieje, możesz „osadzić” czy też „włączyć”' własny umysł.

 

Pytano kiedyś mistrza zen: „Ile lat ma Budda?". Na co mistrz: „A ty ile masz lat?". To dobra dharma. Aby ją sobie przypominać i uświadamiać, co roku w kwietniu obchodzimy rocznicę narodzin Buddy. Dharma - czyli prawda - której daje wyraz ta ceremonia, jest bardzo głęboka. Gdy wszyscy członkowie sangi i zaproszeni goście intonują pradawną pieśń, kolejno podchodzimy do ołtarza, na którym stoi posążek Buddy, i jedną ręką wskazując ziemię, a druga niebo, składamy proklamację bez słów. Ten gest wyraża prośbę, aby bezmiar nieba i ziemi dostrzegł i uznał bezmiar zawarty w każdym z nas, bo rdzenne umysły ludzi i buddów są dokładnie takie same. Następnie świadomie, z uszanowaniem kąpiemy dzieciątko Buddę, wylewając mu na głowę nieco słodkiej herbaty. Słodka herbata symbolizuje słodki, mglisty aromat deszczyku, który zstąpił na ogród w Lumbini, gdzie Budda się urodził, i każdy z uczestników ceremonii ma sposobność po swojemu złożyć tę ofiarę. Zadajmy sobie jednak pytanie: kogo właściwie kąpiemy? Czyje uznajemy istnienie? Z pewnością nie chodzi tu o kogoś zewnętrznego wobec nas. Bezmiar narodzin Buddy jest naszym własnym bezmiarem, czyli niema proklamacja Buddy oznacza, że ty sam, stojący między niebem a ziemią, jesteś buddą, a fizyczny gest lania słodkiej herbaty potwierdza tę prawdę i nam o niej przypomina.


Co właściwie oznacza ten mały Budda, który samotnie stoi pod baldachimem i przyjmuje od wszystkich po kolei ofiarę w postaci słodkiej herbaty? Zrozummy to, bo ów symbol kieruje naszą uwagę ku tej prawdzie, że w ostatecznym rozrachunku nie istnieje nic, na czym moglibyśmy polegać. Pamiętajmy, jak wedle tradycji brzmiały ostatnie słowa Buddy Sakjamuniego: ty jesteś światłem. Chcemy polegać na kimś lub na czymś - na rodzinie, na aucie, na komputerze. Ale podobnie jak podczas święta narodzin Buddy w pojedynkę stajemy przed posążkiem, tak i na co dzień każdy z nas żyje samoistnie, a ciało – jak zapewne pamiętasz – jest nam dane tylko na jakiś czas. To jedynie pożyczka, coś jakby dzierżawa. W życiu codziennym często pada pytanie: „Wynająłeś to, wydzierżawiłeś czy kupiłeś na własność?". Swojego ciała, umysłu i życia nie wypożyczyliśmy, nie wydzierżawili ani nie kupili. Lecz gdy naprawdę do nas to dotrze, zarazem uświadomimy sobie, że ciało w jakiś sposób jest jednak nasze, a czas, który możemy w nim spędzić – mocno ograniczony; życie nabiera wtedy drogocenności.


To, że nasze ciało nie jest tożsame z nami, Buddadharma uważa za oczywistość. Zgodnie z nauką dharmy każdy człowiek składa się z pięciu skupisk czy też grup w sanskrycie zwanych skandami. Obejmują one formę, odczucia, postrzeganie, myśl segregująca (czyli aktywność umysłową) i świadomość. Recytując Sutrę Serca mówimy, że wszystkie pięć skand tworzących ludzką istotę jest puste. Słowo „pustka" ma ogromne znaczenie dla tych, którzy praktykują dharmę lub po prostu poszukują prawdy. Kiedy słyszysz je po raz pierwszy, może mieć dla ciebie negatywny wydźwięk, lecz wiernie opisuje pełnię twojego umysłu, którego natura jest przestronna i chłonna. „Pustka" równa się „nie-umysłowi". lecz ten drugi termin łatwo może prowadzić do nieporozumień, bo przecież jednak mamy umysł. Powiedzmy, że „nie-umysł", „bezumysł", „pusty umysł'' to coś w rodzaju pustej butelki. Mówimy, że pozbawiona jest ona jakiejkolwiek zawartości, lecz sama butelka, owszem, stoi przed nami. Jedynie gdy jest pusta, może coś w siebie przyjąć i dać się napełnić.

Im dłużej żyjemy, tym trudniej jest przyjmować to, co nadchodzi, bo coraz szczelniej wypełniają nas wcześniejsze zasoby, które często biorą się stąd, że szukamy czegoś - czegokolwiek - na czym dałoby się polegać. Najpierw musimy jednak z powrotem się wyzerować, żeby zwolnić w sobie miejsce. Tak pojmowana pustka jest bardzo ważna. Musimy wyzbyć się zwłaszcza wszelkich wyobrażeń na własny temat - przekonania, że jesteśmy tym, za kogo się uważamy. Ten, za kogo się uważamy, nie jest nami. Ta praktyka - oraz zazen - stanowią narzędzie, pomagające nam wyrazić ów niepojęty, cudowny fakt. Gdy go sobie uświadamiamy, do naszej świadomości dociera jednocześnie druga strona medalu: kimże jest ta niepojęta cudowność, jeśli nie naszą własną jaźnią? Ową jaźń przepełnia świadomość i mądra wiedza - a także współczucie.


To ciekawe, że naukowcy w Europie i Ameryce rozbijają atomy, żeby odkryć, co kryje się w najdrobniejszych cząstkach materii. Co kryje się głębiej, jeszcze głębiej, najgłębiej? Oto wielkie pytanie, z którego narodziły się religia, filozofia i nauka. Gdy uczeni dokończą badania, w sumie dojdą do tego samego, co Budda uświadomił sobie prawie dwa tysiące sześćset lat temu: do pustki. Pustka pozbawiona jest „ja", lecz pełna promiennej świadomości. Różnica polega chyba na tym, że naukowcy będą wtedy mieli gotową teorię i przepis kulinarny, ale niekoniecznie zechcą zjeść wysmażoną w ten sposób potrawę. W Krakowie - dawnej stolicy Polski - na wawelskim wzgórzu zamkowym stoi jedenastowieczna katedra. Wielokrotnie opowiadano mi o Wawelu, bo w jego murach mieści się podobno czakram, czyli ognisko energii - jedno z najpotężniejszych na kuli ziemskiej. Mieliśmy rzadką sposobność zwiedzić to miejsce, a kiedy tam dotarliśmy, pozwolono nam zejść pod ołtarz, do podziemi katedry. Właściwie nie bardzo wiem, co spodziewałem się napotkać, lecz w bezpośredniej bliskości czakramu poczułem głębokie wyciszenie i spokojną, wszechogarniającą obecność. Cisza i spokój były tak zupełne, jakby coś mnie trzymało w objęciach.


Tak samo jest z umysłem. Mówimy, że jesteśmy intelektem, myślącym mózgiem, lecz między nim a nami nie można postawić znaku równania. Twoje ciało nie jest twoje; twój umysł nie jest twój; dlatego być może wcale nie jesteś tym, za kogo się uważasz. Stwierdzenie to jest dokładnym przeciwieństwem poglądów, które codziennie wpaja nam społeczeństwo. Ale zgodnie z dharmą nie szukamy wszystkiego na zewnątrz, tylko poprzez praktykę zaglądamy we własne wnętrze, śledząc pochodzenie widoków oraz dźwięków i kierując je z powrotem ku źródłu. Gdy zechcesz zlokalizować ten oto umysł, okaże się, że tam, gdzie niby powinien być, nie ma nic. W końcu dotrzesz w sobie do tego samego wszechogarniającego spokoju, którego doznałem w wawelskiej katedrze. W zen określa się go słowem, którego po raz pierwszy użył mistrz Bankei, a ja je bardzo lubię: niezrodzone. Kiedy uświadomisz sobie istnienie niezrodzonego, przekonasz się, że w wielkim współczuciu, dzięki któremu Bankei pozostawił nam w spadku to określenie, znajduje wyraz umysł rdzenny - taki sam jak twój. Żywe słowa, takie jak „niezrodzone", ukazują nam w nowym świetle wielokrotnie już przebadane przez nas sprawy. To tak, jakbyś ujrzał górę Sonoma pod innym niż dotychczas kątem; jest to ta sama góra, którą widziałeś już wiele razy, ale oglądasz ją z innej perspektywy. Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłem w Japonii górę Fudżi. Od strony, z której zazwyczaj pokazuje się ją turystom, wygląda ona znakomicie: jest bardzo symetryczna, a na szczycie pokryta śniegiem. Gdy jednak zaszedłem ją od tyłu, ukazała mi całkiem nowe oblicze. Nie była taka, jak na pocztówkach, lecz asymetryczna i jakby żywsza, w swoisty, niepowtarzalny sposób piękna. Sadziłem wtedy, że patrzę na górę Fudżi, ale teraz wiem, że w gruncie rzeczy patrzyłem na samego siebie.


Żywe słowa - takie jak niezrodzone czy samoistny – mogą działać niczym widok ukrytego dotychczas zbocza góry, odsłaniając przed nami wiele nowych spraw. Na przykład zgodnie z drugą szlachetną prawdą Buddy cierpienie rodzi się z przekonania, jakoby wszystko było raz na zawsze ustalone i niezmienne, podczas gdy w rzeczywistości cały wszechświat jest nieustannie zmienny, nietrwały, pełen energii życiowej, a my w ostatecznym rozrachunku spotykamy się z nim sam na sam. Na niczym nie możemy polegać. Ale tak naprawdę to właśnie jest łaska, która nas zbawia.


Pewnego razu mistrz zen Seung Sahn zadał uczennicy pytanie, a ona odpowiedziała: „Jedno". Seung Sahn spytał: „Dokąd wraca «jedno»?". Nawet „jedno'' musi gdzieś wracać. Uczennica odparła „Nie wiem". Seung Sahn uśmiechnął się do niej i rzekł „Tylko nie wiem - wspaniale!". Tak samo jest z niezrodzonym, nie da się go określić ani uchwycić, trzeba je przeżyć. Tego pragniemy.


Obchody urodzin Buddy są proklamacją niezrodzonego. Skoro jest niezrodzone, nie może też umrzeć, ponieważ nigdy nie zostało stworzone. Ilekroć umiera doczesne ciało wielkiego nauczyciela, jego życie wieczne trwa nadal, ciągnie się przez kolejne eony, przez kalpę za kalpą, poza przestrzenią i czasem. Oświecenie czy jego brak nie ma tu nic do rzeczy, bo nie istnieje początek ani koniec. To samo dzieje się ze zwykłymi ludźmi, kiedy umierają; ich życie wieczne nadal trwa, bo jest bezumysłem, czyli niezrodzonym - bezkresną przestrzenią i wielkim spokojem, który wymyka się wszelkim definicjom, ponieważ nic go nie ogranicza. Jeśli miałeś okazję towarzyszyć komuś, kto właśnie umarł, być może otarłeś się o ten stan. Obcuje się wtedy z czymś, co jest ni tu, ni tam, ani wielkie, ani małe, ani żeńskie, ani męskie, ani żywe, ani martwe. Słowa tego nie oddadzą. Właśnie z tej przyczyny proklamacja dokonuje się bez słów. Nie da się o tym nic powiedzieć. Ale też i dlatego jest to wielkie („Wielkie" znaczy „bez początku, bez końca"). Wiedzmy, że z natury obdarzeni jesteśmy tą wielkością. Taki właśnie ma sens proklamacja narodzin Buddy. Prawdziwa praktyka pozwala uświadomić go sobie i urzeczywistnić. W ten sposób świętujemy.


Gdy podczas ceremonii omywasz Buddę herbatą, naprawdę sprawiasz kąpiel samemu sobie, potwierdzając tym gestem istnienie niezrodzonego w tobie i na zewnątrz. Niezrodzone jest twoją rdzenną, wrodzoną naturą, rdzennym umysłem. To jedyne życie wieczne, jakie istnieje. Z niezrodzonego rodzi się Budda, a jego narodziny są świętem twojej niezrodzoności. Żadnego stwarzania, żadnego niszczenia, żadnego uświadamiania ani urzeczywistniania, żadnego zen, żadnego Buddy. Tylko całkowita afirmacja. Jak już wspomniałem, właśnie dlatego, że nie da się o tym powiedzieć ani słowa, jest to wielkie.


Aby skierować światło ku wnętrzu i wniknąć w sferę niezrodzonego, trzeba osiągnąć pewien rodzaj koncentracji czy skupienia, zwany samadhi. Jego celem jest lekkie, łagodne skupienie na niezrodzonej przestrzeni. Kiedy w niej przebywasz, możesz doznać wszechogarniającego spokoju - jak na Wawelu. Przestrzeń ta stanowi źródło wszelkiej energii, a zarazem energię tę w siebie przyjmuje. Świadomość niezrodzonego jest właściwością pradżni. Pradżnia to twoja wrodzona mądrość, od zarania promienna. Mówi się, że w samadhi jest pradżnia, a w pradżni jest samadhi. Idą ze sobą w parze niczym skrzydła ptaka, który zna zasadę szybowania na wskroś, do cna. Samadhi jest skupieniem na samej istocie rdzennego umysłu. Pradżnia to czynna świadomość jego wszechobecności. Samadhi to niezachwiana koncentracja, bez której nie da się dotknąć niezrodzonego, a pradżnia to świadomość tego, czym jest sama istota. Samadhi to stan spokojny i wyciszony, a zarazem świadomy. Pradżnia jest świadoma, a zarazem spokojna i wyciszona. Samadhi to samadhi, a pradżnia to pradżnia. Jedno i drugie jest esencją praktyki medytacyjnej. Tworzymy parę bliskich, wieloletnich przyjaciół.


Nawet jeśli praktykujesz i kultywujesz samadhi, nawet jeśli tak bardzo lubisz siedzieć, trwając w tym stanie, że ani na chwilę nie chcesz z niego wychodzić, nie możesz w nim pozostać przez resztę życia. Jeśli w nim utkwisz, to znaczy, że utknąłeś. Musisz go uaktywnić - i właśnie tutaj znajduje zastosowanie pradżnia. Przestronność samadhi nie wypływa ze świadomej wiedzy, lecz ze zrównoważenia umysłu, który „tylko nie wie". Stopniowo ucząc się wracać podczas zazen do tego stanu (czyli do niezrodzonego, do pustki, wrodzonej natury, rdzennego umysłu), przekonasz się, że możesz w nim trwać również podczas codziennych czynności, poza godzinami formalnej medytacji. Stwierdzisz na przykład, że już nie spieszysz się tak jak dawniej, a w twojej pracy jest więcej przestrzeni. Pojawi się energia, ciekawość, zapał, humor i radość. Wszystko zyska swoisty posmak nowości, bo w twoim życiu zacznie się przejawiać niezrodzone. Nawet rutynowe, na pozór wciąż te same czynności będą całkiem nowe; jadąc autem, dostrzeżesz kwiaty na poboczu i zachwycisz się ich pięknem. Tak oto w życiu człowieka daje o sobie znać pradżnia, której podstawą jest przestronna świadomość.


Pamiętaj: w oku mknącego cyklonu panuje spokój. Mimo braku pośpiechu jakoś ze wszystkim zdążysz. Nie zaczniesz ni stąd, ni zowąd wolniej chodzić ani myśleć, stwierdzisz natomiast, że rozmaite sprawy udaje ci się załatwiać - i to punktualnie - tak jakby same się układały. „Ty" jednak będziesz mniej czynny. Trafnie określa tę sytuację słowo „niedziałanie". Czas absolutny staje się tożsamy ze względnym. Pośpiech jest już niepotrzebny, lecz jeśli mimo wszystko zaczynasz się spieszyć, uświadom to sobie i spiesz się całym sobą. Gdy się „tylko spieszysz", nie ma żadnego pośpiechu: tak jak wtedy, kiedy „tylko siedzisz". Tylko siedź, tylko się spiesz. To zupełnie co innego niż szamotanina, w która się wikłasz, ilekroć do pośpiechu skłania cię widzenie świata w kategoriach przeciwieństw. To po prostu pośpiech, nic więcej - taki-jaki-jest. Dzięki autentycznej praktyce uczymy się żyć w ten nowy sposób.


Kiedy już umiesz swobodnie zwracać blask do wewnątrz, ku wszechobecnej świadomości, i pielęgnujesz go jako siłę życiową, potrafisz kierować go i pielęgnować wszędzie. Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek się dzieje, możesz „osadzić'' czy też „włączyć" własny umysł. Przejąłem to określenie od swojego nauczyciela. W początkach nauki roszi Suzuki nakłaniał mnie, żebym „osadził swój umysł". Tak to nazywał. Po latach rozumiem, że zalecał zachowywanie skupionej świadomości zawsze i wszędzie, a nie tylko podczas zazen. Radził mi bez względu na sytuację trwać w niewzruszonej równowadze, bo dzięki temu pozostanę wolny.


Między innymi dlatego zachęcam do wytrwania w autentycznej praktyce. Przekonasz się na własnej skórze, że gdy praktyka ma trwałe podstawy, budzi w tobie wielką radość i wdzięczność. Stopniowo uświadamiasz sobie, że pobierane nauki są prawdziwe, a drogocenna dharma stale ci towarzyszy, choć rozmaicie się przejawia. To oczywiście paradoks, że w kategoriach zen nie sposób powiedzieć, czym jest niezrodzone, a mimo to mnóstwo o nim napisano. Wszystkie tomy sutr i dharm bezpośrednio odnoszą się do „ciebie". Prędzej czy później uświadomisz sobie jednak ukrytą za żywymi słowami prawdę. Dowiesz się ponad wszelką wątpliwość, że niezrodzone jest tym, czym jest, ponieważ nikt nigdy go nie stworzył. A skoro nie zostało stworzone, nie podlega żadnym uwarunkowaniom ani zmianom. Mówimy, że jest - w pewnym sensie – trwałe i prawdziwe. Stanowi zatem jedyną materię, na której możemy polegać.

 

tłumaczył Michał Kłobukowski