Kółko Raduńskie

 

Ostatnio znów kręci mnie kajakowanie. Woda śni się po nocach, cielec tęskni za wioślarskim wysiłkiem. W ostatni “długi weekend”, między 22 a 25 maja, marzenia udało się przekuć w czyn. Spakowaliśmy z Bogną plecaki i wraz z Ciapkiem ruszyliśmy koleją do Gdyni, potem do Gołubia (Kaszubskiego). Podróż trwała z półtorej godziny i kosztowała niecałe 3 dychy za naszą trójkę.


Gołubie leży w Kaszubskim Parku Krajobrazowym, przy szlaku tzw. Kółka Raduńskiego. Ileś tam cudownych jezior rynnowych tworzy kółko, raczej wielkie jajo, i można tę całą bajeczkę opłynąć bez korzystania z transportu samochodowego. Po prosto ładujesz się w kajak, podróżujesz, i po jakimś czasie lądujesz tam, gdzie zacząłeś. Napalonym wyczynowcom zajmuje to dwa dni, my mieliśmy (niecałe) cztery.


W Gołubiu znaleźliśmy się w momencie, w którym tłum odświętnie odzianych ludzi wracał z procesji. Strażak w galowym mundurze oświadczył, że nie ma tu żadnych kajaków, co najwyżej w sezonie. Nie wierząc mundurowym, a zwłaszcza ich kategorycznym oświadczeniom, o możliwość wypożyczenia kajaka zapytałem sklepową. – Idźcie w prawo i za stodołę. Tam powinien być jakiś kajak - rzekła uprzejma i dobrze poinformowana pani. Po drodze zostaliśmy przechwyceni przez inną panią: – mam kajaki, jak będą odpowiadać, mogę pożyczyć.


Czerwone, plastikowe kadłuby pamiętały niechybnie Edwarda Gierka. Zwodowaliśmy jeden, nie przeciekał, gicio. Dostaliśmy wiosła i (również gierkowskie), grubaśne kapoki, umówiliśmy się na cztery dychy do niedzieli. – Będziemy w niedzielę o tej samej porze – rzekłem. – Chce Pani nas spisać, jakiś dowód? – Eee, nie trzeba, dobrze wam z oczu patrzy - odparła Pani. Miło. Anarchia not dead. Ufność to coraz rzadsze zjawisko. Pod ścisłą ochroną. Załadowaliśmy plecaki, namiot, majtka Ciapka – i do przodu!


Po mniej więcej 100 metrach – stop. Na mapie jest rzeczka, mająca prowadzić do następnego jeziora. Tymczasem widzimy metalową barierkę a dalej – płytką, żenującą strużkę. Wysiadłem. Ze strużki gramoliło się dwóch gości. Pierwszy swój jednoosobowy kajaczek wziął po prostu pod pachę. Drugi trudził się z dwuosobowym, pełnowymiarowym ciężarem. – Jeśli możecie to dajcie sobie spokój z tą rzeczką, omińcie ją jakoś -poradzili. Nie chciało mi się rozpoczynać podróży od mordęgi. Popłynęliśmy w drugą stronę, na południowy zachód, przez jeziora Dąbrowskie i Lubowisko. Pomiędzy tymi jeziorami stoi piękne dworzyszcze z bali. Jest też łączka i miejsce do kąpieli, podczas konnych rajdów nieraz urządzaliśmy tam popasy. W szuwarach łączących wspomniane jeziora natknęliśmy się na pogięty, zardzewiały, ze wszechmiar podejrzany znak z przekreślonym kajakiem i informacją, że “prywatne” i “wstęp wzbroniony”. Olaliśmy to.


Wraz z końcem Lubowiska skończyło się przyjemne, leniwe wiosłowanie i zaczęła tzw. przenoska. Trzeba było przetaszczyć się przez ok. kilometr leśnej, piaszczystej drogi, szosę i łąkę – na Jezioro Stężyckie. Napotkana po drodze młodzież z pięcioma kajakami radziła sobie przy pomocy pożyczonego we wsi wózka. My z Bogną zabawiliśmy się w Szwarcenegerów i po dwóch czy trzech kwadransach, wyczerpani, zwodowaliśmy ciężką, komunistyczną łódeczkę na Jeziorze Stężyckim. Nawiasem mówiąc owa młodzież i dwóch kolesi spotkanych na początku wyprawy – to byli jedyni, poza nami, kajakarze opływający ów szlak w “długi weekend” pod koniec maja. Jako istoty kochające przestrzeń byliśmy tym zachwyceni.


W Stężycy wypatrzyliśmy sklepik. Zaopatrzeni w kiełbaski, chleb i parę piw ruszyliśmy na Raduńskie Górne, z ideą wypatrzenia fajnego biwaku. Przepływ między jeziorami, z małą przenoską, okazał się nieco upierdliwy, zapewne z powodu przydługiej suszy i niskiego stanu wód.


Raduńskie przywitało nas konkretną falą i silnym wiatrem prosto w dziób. Bosman zajął się tuleniem drżącego majtka, ja z kapitana awansowałem na jedynego wioślarza. Nie było lekko, ustawienie się bokiem do fali groziło katastrofą. Po jakiejś półgodzinie trafiliśmy na nasłonecznioną zatoczkę, sympatyczne zacisze. Nieopodal kacza mama zagarniała do kupy niesforne pisklęta, śmigające po wodzie, jak na rysunkowym filmie. Widok cudny i rozległy, istny landszaft, ni śladu ludzkich sadyb. Wyrósł namiocik, zakwitł ogieniek. Po raz pierwszy w życiu paliłem olchowe badyle, zbierane tuż nad wodą, które nie wydzielały dymu. Fajne zmęczenie, pyszne piwo i jedzenie, pogaduszki. Ciapek popływał za patykiem. Jakieś sześć lat temu też rzucałem mu patyk, po drugiej stronie tego samego jeziora. Obozowałem tam kilka tygodni, z dwoma końmi, pieskiem i stłuczoną kością piętową. Na szczęście wpadała też córka i różni znajomi, pomocni byli, bo miałem kłopoty z chodzeniem. Ot, dygresyja, jakich mogłoby pewnie być więcej, gdyby tak sięgać pamięcią... W okolicy sporo kurhanów. Dobra, spokojna noc.


Rano zagotowaliśmy jeziorową wodę, zszamaliśmy chińskie zupki, zwinęliśmy namiot – wio. I znów – pod wiatr, w dodatku przetykany ostrymi szkwałami, i biedny mężczyźnik jako jedyny wioślarz. Po jakiejś godzinie – wysepka! Widać parę łabędzi na lustrzanej, osłoniętej od pieprzonego wiatru toni. Jeszcze trochę wysiłku, wysiłku, wysiłku – i my też mamy spokój. Inny świat. Wysepka okrąglutka, strome zbocza i wianuszek drzew. Pośrodku bajkowa polanka, nieprawdopodobnie przytulna. Żałowaliśmy z Bogną, że musimy płynąć dalej, że nie tu przypadł nam biwaczek. Podejrzewam wysepkę, że musiała być ongiś warownym grodzikiem, świątynią, siedliszczem. Odpoczęliśmy trochę – i dalej, w drogę. Jeziora Raduńskie ciągną się przez jakieś 20 kilometrów. Płynęliśmy do wieczora, kilka razy odpoczywając w zatoczkach, wciąż pod wiatr i fale, jak pod prąd wielgachnej rzeki. Po różnych fazach zmęczenia włączył mi się “trzeci bieg”, wpadłem w trans, rytm wiosła, oddechu. Zanikło dążenie do celu, do końca, odpoczynku. Tylko: lewa – prawa, raz i dwa, tu i teraz, rewel-ka. Szkwały robiły nam dyngusa, parę razy wlało się trochę wody. Biedny Ciapuś dostał ataku padaczki. Zdarza mu się to czasem, ultrawrażliwcowi, w stresowych momentach. Na szczęście byliśmy blisko brzegu. Na słoneczku i w objęciach Bogusi, w parę minut doszedł piesek do siebie.


Uff. Chmielno. Jezioro zwęziło się w rzeczko-kanał, wiatr nie miał już do nas dostępu. Tama. Przenoska. Majtek Ciapek, pełen wigoru, wyskoczył na brzeg. Dziewczyna z dzieckiem i wędką poinformowała nas, że z drugiej strony szosy biwakują kajakarze. Przetaszczyliśmy dobytek. To była ta sama ekipa, co przedtem, pięć kajaków. Przemęczeni, palili tęgie ognicho. Nie iskrzyło między nami, jakby inne bajki. Pomyślałem, że kiedyś to było chyba nie do pomyślenia, żeby do ognia nie zaprosić ... A może to my byliśmy zmachani i niekontaktowi, miast ogniska zapaliliśmy świeczkę i szybko walnęli się spać.


Rano do łódki i myk! – na Jezioro Kłodno, znów trochę wiatru i fali, szczęśliwie króciutko. Spokojny przepływ na Małe Brodno, a tam już wiatr w plecy, jak para dodatkowych wioślarzy. Istna rozkosz. Odpoczynek i posiłek w południe, wiosełko i pejzaże, Beskid, Kanada i Kaszuby. Wielkie Brodno, dwa razy większe od Małego. Nawadniane pola, głównie truskawkowe, jak się zdaje. Morale załogi wyśmienite. Przepływ na Ostrzyckie, kaszubski Amsterdam, kanał i gęsto od malowniczych domków, pomostów, altanek. Po prawej przystań i restauracja, w której nikogo i niczego nie ma. Przybijamy, odpoczywamy, atakuje nas nastroszony łabędź, bryzgamy parę razy wodą i daje spokój. Dalej zapora, przepływ jest, ale dość wartki i po głazach. Załoga z bagażami przechodzi po brzegu, ja burłaczę kajaczek linką przyczepioną do rufy. Dalej Ostrzyckie. Prawy brzeg – jak kraina Indian i niedżwiedzi. Lewy – to już nie tylko Amsterdam, ale i Bawaria, Szwajcaria oraz luksusowe ogródki działkowe. Setki wypieszczonych, wypoczynkowych domeczków uczepionych stromych, lesistych zboczy. I wielgachny Ośrodek w zatoczce. Łupu-cupu gra muzyka, grillowanie, kajak zmyka.

 


Spokój, rezerwat przyrody, w poszukiwaniu biwaku płyniemy na Jezioro Patulskie. To już sobota wieczór, zbliżamy się do punktu wyjścia, miejsca wypożyczenia naszej łódeczki. Pamiętamy ostrzeżenia przed rzeczułką, którą nie chcieliśmy popłynąć na początku wyprawy. W niedzielę przyjdzie ją przyatakować – z drugiej strony. Tymczasem biwakujemy na rozległej polanie, prywatnej łące chyba, ale nigdzie żadnych chałup, nikt się nie zjawia. Chrustu do oporu, jeść, pić i spać – również. Zwijamy się dopiero koło południa…


Kończy się poczciwe, przytulne Jezioro Potulskie. Trzcinowisko. Dalszą drogę ktoś oznaczył białą szmatką, zatkniętą na patyk. Wpłynęliśmy w szuwary – i zaczął się horror. Za płytko, by płynąć. Za wąsko, by wiosłować. Zbyt grząsko, by iść korytem i burłaczyć. Zwężenia i ostre zakręty. Brzegi do dupy, w dodatku z pokrzywami. Próbowaliśmy wszystkiego po trochu, coraz bardziej załamani. W końcu, jako kapitan, nakazałem załodze przedzierać się brzegiem, sam wlazłem w koryto i jąłem wlec za sobą Ciężkie Ogromne Czółno. Trwało to wieczność, na szczęście nie gryzły komary. Ową pozytywną stronę uświadomiłem sobie znacznie później, w domowym zaciszu. Tymczasem bywało, że zapadałem się w mule i gnijących liściach aż po udźce, mijał mnie wzdęty kuni trup z flakami, jak baloniki, raz i drugi trza było wypełzać na brzeg i potem znów do korytka. Bagno wessało mi jeden sandał, drugi porwało na strzępy. Nieszczęsny i bosy starałem się nie wejść na któryś z rozlicznych, a nieraz morderczych śmieci. To była Cywilizacja, rzeczka przez wieś Gołubie. Szit.


Nad betonową rurą, definitywnie zamykającą dalsze pełzanie, czekali bosman Bogna i marynarz Ciapek. Było im wesoło. Pomogli wtaszczyć Okręt Na Górę, którą okazało się otoczenie młyna i obejście pewnej Gospodyni. Za młynem było już dość głębokie rozlewisko. Wodowanie, ulga. Dokumentnie wyprany z zaufania do rzeczki popłynąłem dalej sam, załoga z częścią bagaży powędrowała piechotą. Jak cudownie leciutko wiosłuje się w lustrzanej toni! Urosły mi łabędzie skrzydła, znikło zmęczenie. Wniebowzięcia nie popsuły nawet mielizny i niewielka przenoska.


Koniec, przynajmniej tego etapu, tej przygody. Do przystani, z której wypożyczyliśmy kajak, dobiłem jak Hans Kloss, co do minuty, o umówionej godzinie 14-ej. Pani była zachwycona. Wlazłem w spodniach do jeziora, obmyłem się z mulu. Przy drodze czekała załoga z bagażami. W obwoźnej lodziarni – pozytywce nabyłem lody na patyku. Czekoladowe i przepyszne. Dalej był sklep ze wszystkim. Trafił się nawet mój rozmiar laczek. Co prawda damskich raczej, żarówiasto-fioletowych, ale za to tanich i wygodnych. I w tych laczkach zaczęła się nowa przygoda. Wracaliśmy pociągiem do Gdyni…

 

BANKYO