WISŁA. OD KRAKOWA DO MORZA.

 

Facet na paralotni roztrzaskuje się o Pałac Kultury. Następnego dnia nagłówek w gazecie: JAKI KRAJ, TACY TERRORYŚCI.
Ot, dowcip.


Aż wstyd trochę przyznać, jak niewyobrażalnie głupi byłem wybierając się na Wisłę. Greenhornem kajakarstwa raczej nie jestem, ale główna polska rzeka kojarzyła mi się, trochę podświadomie, z cywilizacyjną żenadą, łatwą, spokojną, przewidywalną, otoczoną wioskami, miastami… Grzeczną, miłą, nudną, niezbyt zadbaną, tłoczną, starą drogą.


Nic bardziej mylnego. Idiota, chciałem nawet zabrać Ciapka. Na szczęście głos rozsądku sprawił, że piesek został z córką. Razem nie minęlibyśmy nawet Wawelu, gdzie betonowe bulwary piętrzą spore fale. Potem okazało się, że wawelskie fale wcale nie były spore…
Na razie nie piszę wiele, fotkę jakąś wrzucę. Trochę gorących obrazków, refleksji…


Setki kilometrów, bezkresne przestrzenie dzikiego piękna. Lasy, wzgórza, wyspy, plaże, pustynie, łąki. Bobry, których nawet w Kanadzie nie widziałem z bliska. Żywioły, żartem przezywane Jehową, udzielające srogich, konkretnych lekcji: burze, szkwały, kilkudniowa spiekota, kilkudniowe ulewy, powodziowe fale…


"Cudze chwalicie, swojego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie".


Dmuchany kajaczek okazał się genialny. Na falach pełzał niczym wąż, przez ogromne wiry ślizgał się znacznie lepiej, niż profesjonalny morski kajak spotkanego po drodze kompana Przemka. Spyknęliśmy się z Przemkiem za Krakowem, na rzece, zakolegowaliśmy i potem płynęliśmy razem. Więcej wariatów nie widzieliśmy. W Sandomierzu przy nabrzeżu przeczekiwała Wielką Wodę budko-tratwa Greanpeaceu. Jam, po godzinie czy dwóch powolnego zwijania się w Górach Pieprzowych, wymedytował, że wiosłując szybsi będziemy od niesionych wezbranym nurtem drzew, karp i wszelakich badziewi. Tak było.


Żywe muzeum. W miejscach postoju niemal zawsze pojawiał się kustosz-przewodnik-gawędziarz. Nieraz profesjonalny, jak wykładowca z warszawskiego uniwerku w Murzynowie. Albo ekolog sprzed Ciechocinka. Ale to czary, nie zawsze mamy silne. Jednak w tej podróży miałem potężne. Pewnego wieczoru stwierdziłem, że dłonie już nie wyrabiają od słońca, przydałyby się bawełniane, robolskie rękawiczki. Następnego dnia, w gościnnej wojskowej (!) przystani zjawił się gość handlujący roboczymi ciuchami. – Ma pan rękawiczki? - zagadnąłem. - Weź pan za darmo, rzekła emanacja Awalokiteśwary – i wręczyła mi potrzebny przedmiot.


I tak dalej.
Olaliśmy z Przemkiem kończenie podróży w Gdańsku, z tłumami i Jarmarkiem Dominikańskim. Minęliśmy śluzę Przegalin, wejście na tzw. Martwą Wisłę, wypłynęliśmy na morze… Fale zrobiły się dostojne, głębokie, góra-dolina. Nie rwane i krótkie, jak na rzece.
Na piaszczystej łasze, po lewej, zapragnąłem odpocząć. Dwóch młodzieńców, ekologów na oko, dźwigało truchło dużej ryby i parę innych znalezisk. – To rezerwat przyrody – pouczyli mnie. – Powinien pan zachować milę morską od brzegu…


Przypomniał mi się dziadek-wędkarz, gdzieś z głębi kraju. Spieprzałem przed wichrem, falą i piorunami na brzeg, nagle objawił się i odezwał facet łowiący ryby: – Czy nie mógłby pan płynąć środkiem?!


Istne piorunochrony na pięknoduszne majaki.
Obyśmy uwolnili się od takich poziomów ślepoty.
I braku współ-czucia.


Pozdrawiamy. Tulimy Wszystkich serdecznie wraz z Królową Wisłą. Najstarszą, główną, najbardziej bezludną i wciąż najpiękniejszą arterią tych ziem. Kurde balans!

 

Ps. Komentarz do fotek jest dość zabytkowy:
"Droga jest pełna, jak bezmiar przestrzeni,
gdzie nie ma braku i nie ma nadmiaru..."

 Jacob