Wspomnienia Jarka z USA

 

Najtrudniej zacząć. A poniżej kilka powodów dlaczego.
Powód pierwszy. Właściwie to nie za bardzo można pisać. Jedno z dojmujących doznań z Ango w Sonomie podpowiada mi, że całe moje doświadczenie jest poza słowami. Właściwie jest niemożliwe do opisania. Już dawno porzuciłem nadzieję, że ktokolwiek „z ulicy” zrozumie po co to wszystko, co tam się dzieje. Jeden z koanów opowiada o człowieku wiszącym na drzewie, trzymającym się gałęzi zębami, jeśli odpowie na pytanie przechodnia, to spadnie i potłucze się. Jeśli nie odpowie, przechodzień nie pojmie o co chodzi temu wiszącemu. Dla mnie ten koan oznacza także prawdziwą niemożność, przynajmniej dla mnie, opisania Ango. Gdzieś czytałem, że o Zenie można pisać na trzy sposoby. Po pierwsze w sposób najprostszy, typu: „Zjadłeś? To umyj miski”. Taki Zen. Rano wstaję zmarznięty, idę na pokłony, coś tam przeżywam, jem , pracuję, siedzę, śpię. Po drugie o Zenie można pisać  w sposób poetycki. Najlepiej jakieś Haiku stworzyć. Ale to mnie przerasta. Po trzecie wreszcie, w sposób paradoksalny i co nieco absurdalny. Może jakoś tak: rano idąc na pokłony czułem, że boję się śmierci, że zaraz umrę a jednocześnie nic się nie działo. Jeden krok to umieranie, drugi krok zmartwychwstanie. Jeden oddech śmierć, drugi życie. Siedzenie zagmatwane i mało skupione, daleko od samadhi. Jednocześnie siedzenie perfekcyjne. Perfekcyjnie nieperfekcyjne. Więc jak pisać? Muszę, obawiam się, znaleźć własny sposób. Może opiszę kilka rund i co mi się w nich działo? Tak zrobię. Spróbuję do sprawy podejść „naukowo”, maksymalnie połączyć to co się tam działo z moim codziennym życiem, ze światem relatywności. A jak się da, to podrzucić wyniki jakichś badań. W końcu Zen nie może być sprzeczny z nauką.
Powód drugi. Jakże tu pisać o Ango skoro każda chwila praktyki mówiła mi: „Twój Zen jest w świecie na zewnątrz, w twoim zwykłym życiu. Poza Zendo. Tam na ciebie czekają dziwy, cuda świata tego.” Miałem wręcz ochotę zachować się jak pewien cadyk z opowieści chasydzkich. Ów cadyk wchodząc do synagogi odzywał się w te słowa: „Wybacz Boże, że Cię opuszczam. Idę do pracy”. Miałem zatem ochotę powiedzieć: „Przepraszam świecie, Naturo Buddy, Absolucie (czy cokolwiek innego), opuszczam Cię, muszę iść siedzieć.” Ale to wstyd tak pisać. A tak było. Się mi widziało:
• Zen jazdy autobusem
• Zen rozmowy z kimś tam
• Zen pięknych widoczków i radości
• Zen konfliktu
• Zen braku płynności finansowej
• Zen dostawania mandatów
• Zen kompletnego doła psychicznego
• Zen mycia się, wychodzenia z domu, wyrzucania śmieci, prasowania, zaczynania dnia pracy, soboty i niedzieli, jazdy autem, tankowania benzyny, kryzysów i stresu i wszystkiego innego. Zaś Zen siedzenia jako jednego czegoś z wielu.
Powód trzeci. Po co pisać? Ku uciesze? Ku serc pokrzepieniu? Żeby nie zapomnieć? To przecież nie ma najmniejszego sensu. Wszystko już od dawna, zdaje się, że od zawsze, jest na swoim miejscu. Serca są pokrzepione, uciecha pod ręką. Do tego jest ryzyko, że jeszcze ktoś to przeczyta. A przecież nie o czytanie czy pisanie chodzi, ale o przeżycie własnego życia, odkrycie na własną rękę swoich tajemnic i nietajemnic. Samemu. Przez siebie, dla siebie, na sobie. Jeszcze po przeczytaniu ktoś będzie miał inne zdanie, wyrazi opinię, pomyśli, odniesie się. Słowem cały korowód zacznie się kręcić. Jedyna pociecha w tym, że adepci Zen Soto być może mało czytają.
Piszę zatem to wszystko dla własnej uciechy. Po powrocie do pracy odkryłem w sobie straszliwego lenia. No, nie chce mi się pracować. A szczęśliwie, mogę udawać pracę pisząc. To będę udawał pracę a przy okazji bawił się słowami. Do tego uciecha będzie tym większa jak przeczytam to za rok. Wtedy z pewnością z litością, czułością i uciechą przypomnę sobie jaki zakręcony byłem i, rzecz jasna, wciąż jestem. Już się cieszę na tę okoliczność. Zrobię sobie herbatę i poczytam z rozrzewnieniem widząc jak mija życie, a zakręcenie trwa. Ach jaka piękna wizja. A jeśli ktoś przeczyta i posiedzi jedną rundę więcej (albo mniej) to jego wina.
Powód czwarty. Zimowe Ango było dla mnie trudne, co tu owijać w bawełnę – pasmo porażek. Nie ma czym się chwalić. Kilka przykładów. Jeden, jedyny raz podczas całego pobytu w Sonomie, raz tylko zapomniałem na siedzenie wziąć raksu i zapomniałem zdjąć przed wejściem do Zendo malę z ręki. Raz tylko. Jak łatwo zgadnąć właśnie w czasie tego siedzenia miałem dokusan. Zorientowałem się w brakach stojąc w drzwiach do pokoju Roshiego. Jak równie łatwo można zgadnąć, Roshi zauważył obydwa niedostatki, życzliwie pytając czy moje raksu jest OK.
Do tego dostałem pracę, która nie była szyta na moją miarę. Zajmowałem się przenoszeniem drzewa z jednego miejsca na drugie, cięciem tegoż i jeżdżeniem amerykańską ciężarówką. Oficjalna nazwa pracy była nawet i poetycka: Firewood. Pierwszego dnia miałem trzy bąble na palcach lewej ręki. Po dwóch dniach ledwo siedziałem od bólów kręgosłupa – i tak już zostało do końca. Pierwszego dnia sesshin pracowałem z chłopakiem, który miał nieziemskie tempo pracy. Dość powiedzieć, że w dwa dni zrobiliśmy robotę przewidzianą na całe sesshin. A po tych dwóch dniach, mój pomocnik się zmył. No tak to można pracować, pomyślałem sobie. Dwa dni zaiwaniania, a potem przed telewizor do domu. On pojechał, a ja zostałem.  Ponieważ nie zabrałem odpowiednich ciuchów do pracy, robiłem w czymś w czym potem zamierzałem wracać do Polski. Ale ten plan się nie udał. Za to dobrze spałem i schudłem. Po powrocie do pracy, egzotyczne wydaje mi się to co robię. A ciężarówka amerykańska to jest co chcę mieć i czym chcę jeździć.
Niemal nieustannie towarzyszyło mi poczucie zorganizowanego zamachu na moje życie. Zaczęło się pierwszej nocy jaką spędziłem samotnie w Dużej Jurcie. Nocą było bardzo zimno, a ponieważ nie przewidziałem takiej ewentualności i nie przygotowałem się na to, cierpiałem. W nocy wychodziłem wiele razy, aby się załatwić. Nawyk ten pozostał przez cały czas w Stanach. Druga noc była nieco lepsza, bo już wiedziałem co mnie czeka. Jednakowoż zimno nocne trwało do końca. Najgorszy był moment wkładania o 4:30 ciuchów na pokłony. Ale tu małe usprawnienie (typu kilkuminutowe ogrzewanie koszulki i spodni na grzejniku) dało mi przeżyć. Poza tym w ciągu dnia robiło się ciepło (nawet do 18tu stopni – co skwapliwie sprawdzałem na termometrze), na tyle ciepło, że odczuwało się nieco cieplejszą temperaturę wewnątrz Jurty.  Ponadto cała przyroda, dość dzika trzeba przyznać, czatowała na moje życie. Na przykład taki trujący dąb, którego dotknięcie może się skończyć wizytą w szpitalu. Co kogo pytałem jak to dziwo wygląda, czego zatem unikać, każdy jeden pokazywał mi inną roślinę: raz małe krzaczki, raz pędy jakieś, raz podrośnięte krzaki. Doszedłem do wniosku, że dąb ów otacza mnie z każdej strony. I czeka na ofiarę. Wdrożyłem strategię chodzenia wyłącznie po ścieżkach. Strategia ta miała również ocalić mnie przed skorpionami oraz skunksami. Najwyraźniej była to dobra strategia – żyję.
To wszystko i parę innych rzeczy spowodowało, że wpadłem w histerię. Idąc rano w ciemnościach wyobrażałem sobie skorpiony i trujące dęby jak mnie oplatają, a ja umieram. I tak codziennie. Jedyne co ciekawe się działo, to to, że owe przeżycia dotyczyły mnie w dziwnie małym stopniu. Prawdę mówiąc, nie za bardzo dotyczyły. To znaczy przejmowałem się nimi, ale i nie przejmowałem, jakby dotyczyły kogoś innego. Najzwyczajniej szedłem rano na pokłony. I to było akurat fajne. Gdzieś tam okazało się, że to wszystko nie ma za dużego wpływu na praktykę. Że to tylko fale na powierzchni całkowicie spokojnego morza, by nie powiedzieć oceanu zawartego w moim buddyjskim imieniu. Że te wszystkie zapętlenia są tożsame ze spokojem i praktyką. Że to jest właśnie takie. Że nawet śmierć to nic złego, że wszystko jest poza dobrem i złem. Ale plecy bolały, muśnięcia traw o łydki były znakiem ukąszeń skorpionów i tak dalej. W gruncie rzeczy było OK.
Po piąte. Powrót na ziemię ojczystą, do pracy był twardy. Kilka informacji z pierwszego dnia pobytu w Polsce. Największy klient zalega z bardzo dużymi płatnościami od pół roku i nie zanosi się, ze względów formalnych, na szybkie uregulowanie sprawy. A w kasie pustawo. Jedna z kluczowych osób odchodzi z firmy, nie za bardzo wiem dlaczego. A nam brakuje ludzi do pracy. Dwóch kolegów rozwodzi się i dzwonią po dwa razy dziennie opowiadać o tym przeżyciu widząc we mnie fachurę od tych spraw. Słuchawka zaczyna być mokra od łez. Moja mama idzie na operację do szpitala, raczej poważną. Potem było tylko gorzej. Słowem całe skupienie zdecydowanie uchodzi jak powietrze z balonika. I czym się chwalić?

Siedzenia i ich tematy.
Tym razem siedzenia były jakby tematyczne. To znaczy myślało mi się podczas nich na tematy różne. A tematy te są wyszczególnione poniżej.
Siedzenie 7 luty, przed obiadem.
Nie robię żadnych postępów. Taki temat miało to siedzenie. Załamać się. Siedzi się i siedzi. Do Ameryki jeździ, trudne trudy znosi, siedzi w domu codziennie, czyta masę książek. I nic. Nic podwójne. Po pierwsze nic się nie rozumie z tego świata całego. A po drugie, siedzenie przebiega w rejonach oddalonych od samadhi. Daleko oddalonych. W innej przestrzeni wręcz. W przestrzeni bólu, zamętu w głowie, braku skupienia. Kompletnie z tego nic nie wynika. Siedzenia przypominały mi moje trudne początki: lęk przed rundą, bóle wszędzie, brak skupienia. Było tak jakbym wrócił kilka lat do tyłu. Niemal doczołgałem się do końca sesshin. Cóż, zmierzyłem się z trudną prawdą: jestem kiepskim studentem Zen. Zacząłem szukać pocieszenia, wręcz ratunku, w teoriach co mi do głowy przyszły.
Pierwsza teoria. Carl Gustav Jung mówiąc o rozwoju przyrównywał go do wędrówki po spirali, ku jej środkowi. Znaczy to, wedle niego, że w czasie tej wędrówki co jakiś czas mija się podobne krajobrazy tyle, że widzi się je z nieco innej perspektywy, jest się coraz bliżej środka. Przypomina to ruch po kole, każde okrążenie tej spirali to te same sprawy i problemy tylko każde okrążenie zbliża nas do celu podróży. Każde okrążenie, pomimo stawiania nas co jakiś czas wobec tych samych, znanych dobrze kłopotów, sprawia jednak, że problemy te są nieco inne, mają inną naturę, oglądamy je na nowo z nieco innego „piętra”, nieco bliżej środka spirali. Wniosek z tego taki, że rozwój, cokolwiek to znaczy, tak naprawdę nie zmienia naszych problemów, nie eliminuje ich. Raczej powoduje, że przeżywając je na nowo, widzimy je z nieco innej perspektywy. Stare problemy zawsze wracają, nasze rozumienie tychże nieco się zmienia. Zgodnie z tym pomysłem, to co się ze mną dzieje musiało się zdarzyć. Jest więc całkowicie naturalne. Mogę się zatem skupić na tym co się dzieje. Może coś nowego w kwestii się objawi. Nie muszę walczyć o lepszą praktykę. Ona jest jaka jest.
Druga teoria. Roshi Suzuki wielokrotnie, oczywiście inni Mistrzowie także, w tym rzecz jasna Roshi Kwong, powtarza, że praktyka nie powinna mieć celu, powinna być celem samym w sobie czy jakoś tak. Jeśli tylko mamy jakiś cel praktyki, z pewnością tego nie zrealizujemy. Łatwo powiedzieć, trudniej zaakceptować. Jak chcę „tylko” żeby mi się lepiej siedziało, to raczej na pewno nie będzie mi się lepiej siedziało. Pojawił się cel, co spowodowało, że cel stał się niemożliwy do osiągnięcia. Pozostaje zaakceptować, zgodzić się na to co się dzieje, tym bardziej, że i tak nie mam wyboru. Rozgościć się w tych kłopotach, bólach, zamęcie. I praktykować w ten właśnie sposób. Zresztą i tak innej oferty nie miałem. Prawdę mówiąc jestem jaki jestem. Ani lepszy ani gorszy. Jestem perfekcyjnie nieprefekcyjny. Przypomniało się opowieść De Mello, w której Mistrz mówi, że wszystko na świecie jest perfekcyjne. Jeden z uczniów pyta: „A garbus? Też jest perfekcyjny?” Odpowiedź była mniej więcej taka: „Cóż, jako garbus, garbus jest absolutnie perfekcyjny.” Moje siedzenie stało się dokładnie w pełni takie: bolące, ze strachem, zamętem. Perfekcyjność takiego siedzenia polega głównie na tym, że nie za bardzo myślę o tym, że to ja siedzę. Że zapominam o sobie. „Studiowanie siebie, to zapominanie o sobie.” Prawda.
Teoria trzecia. Shunryu Suzuki pisał w książce „Umysł Zen, Umysł Początkującego” o drabinowym widzeniu rozwoju praktyki w Zen. Nie rozwijał tego tematu, z tego co zrozumiałem zaznaczył, że myślenie o takim sposobie rozwoju własnej praktyki jest błędem. Olśniło mnie, że właśnie takie mam widzenie szlifowania praktyki, że praktyka będzie coraz lepsza, ale słowo „lepsza” oznacza moje rozumienie rozwoju wypadków. A przecież, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, co znaczy rozwój praktyki, przecież wszystko co się dzieje przeżywam po raz pierwszy, nie wiem co będzie dalej. Może rozwój praktyki polega właśnie na tym co mi się przydarza? To chyba też znaczy, że warto nie za bardzo spodziewać się czegoś, planować. Życie jak wiadomo jest zaskakujące samo w sobie, przebieg praktyki jeszcze bardziej. W zasadzie najlepiej będzie jak przyjmę to co się zdarza, nie za bardzo kombinując, odnosząc to do moich idealnych wyobrażeń. Ponieważ te moje oczekiwania dotyczą czegoś o czym nie mam pojęcia. Trochę mnie to uspokoiło. Problemem nie jest problem, ale mój apetyt, żeby go nie było.
Teoria czwarta. Skoro w Zendo idzie mi nienadzwyczajnie, skoro jednak chcę praktykować, skoro w zasadzie nie mam wyboru, to może przenieść ciężar praktyki poza Zendo, poza siedzenie? Może poszukać praktyki wszędzie indziej? Praktykować wsiadając do autobusu, kasując w tym autobusie bilety, patrząc z niego przez okna. Medytować w domu, wstawać nieco wcześniej, żeby choć 10 minut rano usiąść, zrobić choć 27 pokłonów codziennie, wieczorem podobnie. Jak zasiadam do pracy, to zgodnie z radą Chogyama Trungpy, popatrzeć przez kilka chwil w okno i rzec do siebie w duchu: „Jakie to wszystko piękne”, a następnie zacząć pracę. I tak dalej. Zrobić pierwszy krok w decyzji, że rozciągam prawdziwą praktykę poza Zendo. Dokonać jednocześnie dwóch manewrów. Po pierwsze przedefiniować obszar praktyki.  A po drugie zacząć robić malutkie, kilkuminutowe wręcz kroki w praktyce poza Zendo. Ale robić je w sposób zaplanowany, zdecydowany. Co niniejszym czynię.
Siedzenie 8 luty, przed kolacją.
Kryzysy, trudności, stres, bóle i inne zamęty. Sesshin w całej okazałości wyciągnęło na wierzch, to czego chciałbym uniknąć. Wyciągnęło i postawiło na stałe przede mną. Tak wyraźnie, że gdzie nie spojrzałem tam chmury. Zresztą ostatni czas w „życiu” też nie był nadzwyczajny. Pełno zamętu. Dla ilustracji jeden dzień – 14 grudnia 2007 roku, piątek. Wracając z papierami, zdobytymi z trudem w urzędzie, jechałem na spotkanie ostatniej szansy do banku w sprawie kredytu. Było to o tyle ważne, że ważyły się losy przedsięwzięcia w które zainwestowałem około 150000 złotych. Znaczy gdybym nie dojechał, to nie wiadomo jak będzie. Realny scenariusz był taki, że stracę te pieniądze. Ale mam papiery o które zabiegałem ze trzy tygodnie i jadę na umówione spotkanie. I właśnie zatrzymuję się na światłach, a wtedy wielki Jeep wali mnie w tyłek. Mój samochód jest wyrzucony jakieś 30 metrów do przodu, bagażnik znika, zmieciony siłą uderzenia, tylna szyba w drzazgach. Ja dostaję uderzenie w plecy. Potem jak zwykle, nerwy, policja, spisywanie protokołów, pomoc drogowa. W czasie uprzątania miejsca wypadku, do samochodu wzywa mnie policjant na prywatną rozmowę. Wyciąga papiery mojego auta i mówi, że są pewne kłopoty. Zarówno moja polisa ma błąd, co powoduje, że jest nieważna, jak i badania techniczne auta skończyły się dwa tygodnie temu. Znaczy, że właściwie, on, policjant, powinien zatrzymać dokumenty auta a mi dać spory mandat. Pięknie. Proponuje, widząc, że jestem bliski załamania, żebyśmy się umówili, że go w ogóle nie było na miejscu, żebym dogadał się z Panią, która mnie rozwaliła, że to jej wina, spisał z nią protokół i jakoś walczył dalej. Tak robię. Potem dzieje się wielomiesięczna zabawa z polisą, odszkodowaniem, naprawą i tym wszystkim. W następnym tygodniu udaje mi się wynegocjować przedłużenie terminu załatwiania spraw z urzędem i bankiem, przez co sprawa zaczyna się prostować. Zaraz potem wyjeżdżam do USA. Taki czas to był. Jak tu zachować Zen w podobnych okolicznościach? Podczas sesshin echa tego i innych wydarzeń co i raz wracały. Siedzenie było na temat strategii praktyki w tych okolicznościach.
Strategia pierwsza. Nazwałem ją dla siebie – jest jak jest. Pierwszym krokiem w tej strategii jest stanięcie twarzą w twarz z tym co się dzieje. Jak boli, nie udawać, że jest inaczej. Jak się sypie, to się sypie. Strategia polega na tym, żeby sprawie się przyjrzeć z zainteresowaniem i być może, o ile się da, czułością. Przyjrzeć się temu co się dzieje. Temu okropieństwu się przyjrzeć. Nie uciekać od niego. Jak boli, to siedzieć z bólem. Jak jest zamęt, to siedzieć z zamętem. Jak smutno i płacz, to siedzieć ze smutkiem i płaczem. Jak rozpacz, to siedzieć z rozpaczą. Krok drugi – lekkie oderwanie się od sytuacji. Przyglądanie powoduje, że zauważam iż 80–90% całego zamętu to mój wkład w kwestię. Gdyby nie to, że narzekam, panikuję, martwię się, czy cokolwiek innego, gdyby nie to, cała sprawa byłaby tylko trudna, ale nie beznadziejna. Byłaby o wiele czystsza. Byłaby być może zupełnie prosta, a nawet ciekawa. Bo przecież w każdej sytuacji trzeba zrobić tylko następny ruch, tylko następny oddech, tylko kolejną minutę zagospodarować. Tylko tyle mam do zrobienia i nic więcej. I tak próbuję siedzieć. Ból nie jest mniejszy, ale przedziwną wygodę w bólu znajduję. Ból mniej przeszkadza.
Strategia druga czyli serial brazylijski. Pewnego razu odwiedzając moją mamę zobaczyłem, że ogląda jakiś serial brazylijski, a konkretnie 1255 odcinek tego serialu. Poprosiłem o streszczenie tego co się dzieje, żebym mógł uczestniczyć w akcji. Streszczenie jakie usłyszałem brzmiało mniej więcej tak: „Ona go kocha i chce z nim być, ale on chciałby być z inną. Do tego tamta zołza chcę pognębić tę piękną Juanitę. On chciał dać jej piękny pierścionek, ale zabrakło mu pieniędzy. Wszyscy chcieliby, żeby ich ojciec był zdrowy, martwią się tym. Tym bardziej, że nie mogą mieć dziecka, którego bardzo pragną.” Uderzyło mnie, że cała akcja serialu oparta jest o potrzeby, oczekiwania, emocje uczestników. W świecie dzieje się co się dzieje, ale ruch i dramatyzm dodawany jest do wydarzeń przez mózgi aktorów. Gdyby nie było tego: „Chciałbym, oczekuję, wolę, żeby było inaczej.”, akcja stanęłaby w miejscu i zamarła. Mam wrażenie, że cały świat w dużej mierze kręci się dlatego, że chcemy, żeby było inaczej niż jest. To są fale na oceanie. Psychologowie zajmujący się badaniem szczęścia już dawno odkryli pewne ciekawe zjawisko. Otóż ludzie często twierdzą, że będą bardziej szczęśliwi jeśli zaczną zarabiać więcej. Rzeczywiście jeśli zarobki wzrastają, rośnie też poczucie szczęścia. Rośnie, tyle, że na krótko. Po kilku miesiącach spada do swojego zwykłego poziomu. Tłumaczy się to zjawisko w ten sposób, że ludzie szukają szczęścia w porównaniach z innymi. Tak więc kiedy zaczną zarabiać lepiej, przestają się porównywać z tymi, którzy kiedyś stanowili punkt odniesienia. W nowej sytuacji zaczynają się porównywać z innymi, którzy zarabiają jeszcze więcej. I poczucie szczęścia znowu spada. 
Wracając do aplikacji strategii. Pierwszy krok to oderwanie się od akcji. Pewien nauczyciel tybetański powiedział, że swoim emocjom można przyglądać się jak starszy człowiek patrzący na zabawę dzieci w piaskownicy. Dzieci w piaskownicy walczą o łopatkę czasem z zaciekłością, z jaką ludzie dorośli walczą o życie. Prawdę mówiąc można na tę walkę popatrzeć z rozbawieniem, dzieci naprawdę nie wiedzą, że ta łopatka nie ma za dużego znaczenia, że zupełnie spokojnie można bez niej żyć. Pierwszy krok zatem to oderwanie się od tego mojego: „Chciałbym, pragnę, wolałbym.” Dystans do spełniania oczekiwań wobec siebie i innych, dystans do wrogów i trudności życiowych, dystans do bólu, lęku. Dalaj Lama mówi, że nasz wróg może być naszym największym przyjacielem, większym niż nasi przyjaciele, nawet nasz Mistrz, ponieważ wróg daje unikalną szansę praktykowania cierpliwości i współczucia. Rozumiem te słowa także w ten sposób, że każde zdarzenie, każda sytuacja jaka mi się przytrafia jest ze swej natury całkowicie pusta. Ani dobra, ani zła. W zasadzie poza dobrem i złem. To moje „chciałbym” napełnią ją treścią i czyni dobrą lub złą. Ból pleców nie jest ani dobry, ani zły. Jest tylko bólem. Strategia serialu brazylijskiego może powodować, że oderwanie się od własnych przeżyć, mniej śmiertelnie poważne ich traktowanie, pozwala wykonać drugi krok. Pozwala dać się ponieść wydarzeniom takim jakie są. Jak boli, to boli. Jak tracę pieniądze, to tracę pieniądze. Jak radość to radość. Jak zimno to zimno. Rzecz jasna, nie jest przez to ani trochę mniej zimno. Lęk przed ugryzieniem przez skorpiona nie jest ani ciut mniejszy. Pojawiają się za to nowe szanse. Szansa na lepsze przygotowanie się do zimna i większa uwaga na skorpiony. Szansa na popłynięcie z nurtem życia, nie przeciw niemu. I wreszcie, kiedyś tam, szansa na oświecenie przez milion dharm jakie spotykamy na drodze. Jest jeszcze szansa na mniejszą ilość siwych włosów. Budda mówił, że człowiek  jakieś (o ile dobrze pamiętam) 84 000 razy dziennie rodzi się i umiera. To jest nurt pod jaki można się podłączyć!
Strategia trzecia czyli uchwalanie konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej wg Zbigniewa Brzezińskiego. Dawno temu czytałem wywiad ze Zbigniewem Brzezińskim. Było to mniej więcej w roku 1996 podczas burzliwych i jałowych sporów w sejmie dotyczących nowej konstytucji Polski. Dziennikarz spytał co Brzeziński sądzi o niekończących się sporach o kształt konstytucji, sporach trwających już pięć lat. Co gorsza, spory te nie przybliżały nas do uchwalenia nowej konstytucji, która naówczas wydawała się konieczna. Brzeziński ze spokojem odparł: „Jesteśmy pięć lat bliżej do uchwalenia konstytucji.” Olśniło mnie, że trudności i zakręty są normalną częścią życia. Tak jest. Bez trudności, stresów, kłopotów nie ma życia. Wręcz pełnia życia wymaga, żeby mieć też depresję, smutek, załamania, rozpacze i łzy. Ale też radość, zachwyt, szczęście. Wolność wedle mnie to nie stały stan uniesienia i odcięcia od przykrości, ale wręcz przeciwnie. Wolność to możność przeżywania tego całego wachlarza uczuć, zdarzeń, sytuacji i nieprzyjemnych, i przyjemnych. Pełnia człowieczeństwa to też ból i lęk przed siedzeniem. To też samadhi i błogość. Wolność to przeżywanie obydwu biegunów. Być może tyle, że z mniejszym zafiksowaniem na jednym z nich. Trudności to zwykły etap na drodze. Ani lepszy ani gorszy. Naturalny. Ból minie, pojawi się coś innego. Radość minie, pojawi się coś innego. Życie minie. Życie mija, nie ma czasu na głupoty.
Strategia czwarta – dlaczego to jest problem. Znowu w pracy ktoś czegoś chce, coś wisi nad głową, muszę coś robić, martwię się. I tak niemal co dnia. Trudno się sobie dziwić, że do pracy chodzić się nie chce. Najlepiej to w domu zostać, posiedzieć, książkę poprzerzucać, muzyki posłuchać, herbatę siorbać. O, tak byłoby najlepiej. Ale do roboty trzeba iść. Rano dzwonek przerywa sen, zimno, wstawać trzeba, a jeszcze by się pospało. Nie chce mi się wstawać, wychodzić na to zimno. Może z raz nie pójdę na pokłony? Poleżę, nie zauważą, a jak zauważą to przecież nie będą ochrzaniać. Nawet jak ochrzanią, to co? Jednak wstaję, idę i wciąż myślę: po co tam iść, pójdę dopiero na rundę, wyśpię się, nie będę kimał na siedzeniu. I tak dochodzę do Zendo i tak codziennie. Jakaś paranoja. W tym wypadku staram się zastosować podejście – czemu to jest problem.
Źródło pierwsze. Zauważam, że wiele problemów ma swoje źródło po prostu we mnie. To znaczy, że tak organizuję sobie życie, żeby jakaś sytuacja, z gruntu neutralna, stała się kłopotem. Przykładów mam wiele. Choćby ranne wstawanie staje się trudne również dlatego, że wieczorem zostaję dłużej w Sangha House, czytam książki, mało odpoczywam w ciągu dnia. W pracy  wiele spraw odkładam na później przez co, nagle wiele rzeczy się spiętrza i nie śpię po nocach. Kiepsko mówię po angielsku, tak sobie myślę, tyle, że problemem nie jest język angielski, ale moje lenistwo, które nie pozwala mi uczyć się tego języka. A potem „nagle” okazuje się, że brak znajomości angielskiego to problem.  Jeszcze jeden przykład z badań psychologicznych na temat szczęścia. Często ludzie, którzy nagle awansują, nagle zaczną zarabiać lepiej robią coś takiego, że wracają do poprzedniego poziomu zarobków. Na przykład popełniają błąd, który powoduje, że są degradowani. Fatalnie inwestują i tracą wszystko. Czy jeszcze coś. Badania te doprowadziły do stworzenia teorii, że to nie pieniądze dają szczęście, ale odwrotnie: szczęście daje pieniądze. Że nawet jak pieniądze się pojawią, ale ja nie czuję się ich godzien, sam sobie nogę podłożę. Ludzie, którzy czują się bardziej szczęśliwi lepiej zarabiają. Ci, którzy czują się mniej szczęśliwi nawet jak zaczną zarabiać więcej, to spadną do poprzedniego poziomu zarobków za czas jakiś. Znaczy, że problem to nie problem. Problem to ja.
Źródło drugie. Czasem za bardzo chcę uniknąć przeżywania różnych emocji, konfliktów, za bardzo osłonić obraz samego siebie. Czasem takie postępowanie prowadzi do problemów. Przypomina mi się opowieść chasydzka chyba, jak to do Rabbiego przychodzi Żyd prosząc, aby pomógł pewnej bardzo biednej rodzinie, która przymiera głodem, nie ma w ogóle pieniędzy, bieda aż piszczy. Rabbi pyta, czemu sami nie przyjdą poprosić o wsparcie. Słyszy odpowiedź: „Za bardzo się wstydzą” Rabbi odpowiada: „Zatem ich kłopotem nie jest brak pieniędzy lecz brak pokory.” Większość problemów na jakie natrafiam w życiu niemal zawsze odsyła mnie do moich własnych lęków, prób uniknięcia czegoś, niechęci do konfliktu, obrony dobrego mniemania o sobie i tym podobnych rzeczy. Łańcuszek wygląda tak: chcę czegoś uniknąć więc nie robię czegoś co powinienem zrobić. Ponieważ nie robię pojawia się pierwszy kłopot, ten kłopot powoduje, że jeszcze bardziej tego unikam itd. jak z wizytą u dentysty, którą odkłada się tym bardziej im bardziej zęby się psują. I tak w kółko.
Źródło trzecie. Problemy są kłopotem ponieważ traktuję je jakby obce ciało w moim życiu. Moje życie byłoby lepsze, gdybym nie musiał tak rano wstawać. Te ranne wstawanie, to nie mój pomysł, ja tego nie chcę. Moje życie przebiegało by lepiej, gdyby tego nie było. Tego rannego wstawania jak i każdego innego problemu. Czuję wstręt do tego co robię. Ale nagle odczuwam, że ranna wędrówka pod górę, że to moje życie właśnie. Że tak je spędzam, że tak właśnie ono mija. Takie odczucie daje mi w gruncie rzeczy jakąś radość z tego co się dzieje. Niezależnie od tego czy to „problem” czy nie. Takie jest moje, jedyne, najcenniejsze pod słońcem życie. Takie ono jest. Rano dzwonek, ubieranie się, zamęt myśli w głowie, droga pod górkę, pokłony, kawa, siedzenie. Reszta taka sama. Sobie się płynie.
Strategia piąta – mala. Podczas pobytu w SMZC uderzyła mnie wszechobecność, że się tak wyrażę, Dharmy. Budda w każdym krzaczku, w toalecie, ścianie, zakamarku. Świat wypełniony Naturą Buddy. Szczęśliwie każdy kamień, listek, stopień schodów przypominał o tym, że wszystko ma naturę Buddy. Że wszystko jest w porządku, skupieniu, stałości. Że tak jest wszędzie. Można było tylko stać i się wypełniać tą świętością.  Jednak nogi i plecy bolą. Jednak zimno, że ledwo wstaję. Jednak zmęczony i zalękniony jestem.
Podczas jednej z mów Shuso zacytował haiku jakie napisał Issa. Według słów Shuso, Issa miał tragiczne życie. Pożary, strata wszystkiego co kochał, śmierć wielu dzieci. W środku tych wydarzeń napisał haiku (cytuję z pamięci, więc z pewnością niedokładnie):
Świat to kropla rosy
Świat to tylko kropla rosy
A jednak

Słysząc ten wiersz popłakałem się. Wszędzie natura Buddy, wszędzie cisza, wszędzie pustka, a jednak. A jednak pełno cierpienia. I to cierpienie wypełnia cały ekran, cały świat. Wysiadając z rozbitego auta czułem jak mój świat się kończy. Siadając na poduszce czułem, że nie dam rady. Idąc ścieżką na pokłony czułem lęk przed śmiercią. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł. Noszenie ze sobą wszędzie mali. Jak znowu mnie zakręci, że zapomnę o wszystkim; jak znowu stres mnie pochłonie; jak znowu trudności zwalą się tłumnie na głowę; jak będę umierał.  Jak to wszystko się zdarzy (a zdarzy się na pewno), mala przypomni mi, że jest inny świat, trwający w bezruchu. Przypomni mi, że wszystko jest OK., że wszystko to złudzenie. Nawet wielkie i doniosłe, ale jednak złudzenie.
Dziwnym trafem, Roshi przed moim wyjazdem dał mi prezent. Rzecz jasna malę. Skąd on to wszystko wie? Czasem patrząc na tę malę, której oczywiście niemal nie zdejmuję, odczuwam wielką wdzięczność dla Roshiego. Tak wielką, że tylko usiąść i płakać z radości, że taki Roshi zdarzył się w moim życiu. Że Roshi każdym swoim krokiem przypomina o prawdziwym świecie. Że całe swoje życie podporządkował nauczaniu Dharmy. Niesamowite i piękne. Wielkie, wielkie gassio.
Siedzenie 12 luty, zaraz po pokłonach.
Czy życie jest święte? Skoro moje zamierzenia oscylują wokół „wyprowadzenia” praktyki z Zendo życiową kwestią staje się odpowiedź na pytanie: czy życie, „zwykłe” życie jest święte? Czy nadaje się zatem na przedmiot praktyki? Czy oglądanie telewizji jest święte? Czy lenistwo, niemożność zwleczenia się z łóżka jest święte, awantura w domu, w banku jest święta? Czy mandat za zbyt szybką jazdę jest święty? No właśnie. Kurcze, trudna sprawa, ale się zmierzę. I tak siedzę i  nie mam nic do roboty. Może nie zasnę? Zwykle kimam na tej rundzie.
Odpowiedź pierwsza – wiara. Gdzieś czytałem, że do praktyki Zen konieczne są trzy rzeczy: wiara, wytrwałość i wielki kłąb zwątpienia. Wiara, jakkolwiek „po chrześcijańsku” to brzmi, w Zen jest wiarą w słowa Mistrza. Wiara w rzeczywistość poza słowami, wiara w moją prawdziwą naturę, choćby zawartą w moim imieniu buddyjskim. Wiara, że pustka i pradźnia są prawdą choć dla mnie nieuchwytną. Zresztą Roshi stale o tym mówi. Stale wskazuje na Wielki Umysł, który jest tuż, tuż, jest wszędzie. Tylko ja go nie widzę. Wiara, że wszystko jest jak jest i tyko ja tego nie wiem. Roshi mówił podczas jednej z mów, że praktykując wyobrażajmy sobie tę Wielką Prawdę, nawet nie do końca ją chwytając. Kiedyś do nas przeniknie. Jak o tym pomyślę, to naprawdę ze szczęścia chce się płakać.
Wytrwałość, rzecz jasna, wiadomo o co chodzi. O nieustanne podnoszenie się po milionach wpadek i niepowodzeń. Wytrwałość w powracaniu do oddechu, po tysięcznym w ciągu jednej rundy, zaburzeniu tego rytmu. Na nowo, wciąż na nowo, tak całe życie. Dla mnie wytrwałość oznacza także, wymknięcie się stereotypom kulturowym zmuszającym nas do chwalenia się wyłącznie sukcesami. A przecież porażki mogą być równie pouczające. Wytrwałość na drodze, która zastawia na mnie tysiące pułapek, zwątpień i ślepych zaułków. Po zboczeniu z drogi, wytrwale i uparcie wracam do pionu, choćby na małą chwilę. W gruncie rzeczy moje życie to 99,99% porażek i upadków i troszkę sukcesów w praktyce. Bez wytrwałości, która przenika mnie, moje żyły, nie dam rady. Żaden cel nie będzie wystarczająco motywujący, aby znieść tyle „obelg”, pod adresem mojego dobrego obrazu samego siebie, jakie daje mi praktyka. Jedyny motywator to po prostu, wpisana we mnie, w moje ciało, w mój umysł prosta wytrwałość, która powoduje, że kolejne potknięcia, są tylko kolejnymi potknięciami. Niczym więcej. Potem znowu idę na Zazen. Potem znowu wstaję. I tak cały czas. To zdaje się naprawdę jest kwestia życia i śmierci. Łoł, ale zabrzmiało. Ale tak to jest.
Wielki kłąb zwątpienia to ostrożność w przyjmowaniu rzeczy jakimi mi się zdają. To nie traktowanie rzeczywistości, a raczej mojego jej rozumienia, jako jedynej prawdy. To wiara w to, że wszystko to, co zdaje mi się, że widzę, to wielkie złudzenie, maja, omamy i iluzje. To szukanie w rzeczywistości szczelin, przez które spoziera na mnie Absolut. To Matrix, a raczej rozpoznanie go. To wyjście poza ten Matrix.
Innymi słowy pytanie nie brzmi: Czy życie jest święte? Bo jest. Ale jak to dostrzec? Być może te pytania powinny brzmieć: jak przyjąć mandat w sposób uduchowiony? Albo jak oglądać telewizję, tak aby było to praktyką? Życie jest święte w całości, albo wręcz przeciwnie, zgodnie ze słowami Bodhidarmy: „Wielka pustka, nic świętego”, w całości nieświęte i zwykłe. To rozróżnienie nie ma dla mnie większego znaczenia. Wolę nazywać życie świętym w całości. Pilną staje się kwestia jak to dostrzec.
Odpowiedź druga – rytuały. Praktyka w czasie Ango jest ściśle opisana i przestrzegana. Która noga najpierw wchodzi; które sztućce gdzie i w jakiej kolejności; jak iść, siadać, słowem wszystko, lub niemal wszystko jest dokładnie określone. Taki rytuał. Jedno z możliwych, moich, rozumień tych rytuałów to odkrycie, że wszystkie rytuały dają odpowiedź na proste pytanie: jak w sposób „uduchowiony” jeść, iść, spać, siadać. Gdybym sam miał szukać odpowiedzi na to pytanie, na pytanie, jak w sposób „oświecony” poruszać się, pewno doszedłbym, choć pewno zabrałoby to dużo czasu, doszedłbym do wniosku, że to się tak właśnie robi. Dogen wpadł na to dawno temu i pokazał. Można mu wierzyć, że wie co mówi. Tak więc rytuały to prosty sposób na połączenie drogi z celem. Jak sądzę, Droga i jej Cel stanowią jedność także poprzez rytuały. Wystarczy zatem przenieść rytuały do życia zewnętrznego, aby swobodnie i płynnie kontynuować praktykę poza Zendo. Rytuały dadzą mi szansę na skoncentrowanie się na czynności; pozwolą „wgryźć się” w naturę tego co robię, w moją naturę. Proste. Zamierzam zatem wprowadzić kilka rytuałów w moim życiu. Takie one będą. Rano wstaję, robię 27 pokłonów, myję się (co zresztą i do tej pory robiłem), zapalam kadzidełko i medytuję z 10 minut (jak mam czas to i dłużej), jem śniadanie, ubieram się, przygotowuję rzeczy do zabrania, przed wyjściem rozglądam po domu czy wszystko wziąłem, wychodzę, idę po drodze zawsze po jej prawej stronie, czuję wiatr (który u mnie zawsze wieje), wsiadam do auta. Dopiero wtedy włączam telefon i myślę co mnie dzisiaj czeka. Proste, by nie powiedzieć idiotyczne. Ale istota tkwi w powtarzalności i skupieniu na samych rytuałach. Nie na otoczeniu. Proste, ale trudne, jak każdy wie próbując skupić się na rytuałach podczas Ango. Jak często trudno, jak często głowa przeszkadza. Na Ango zresztą łatwiej, bo wszyscy pomagają, bo gra dzwon przypominający; bo rzeczywiście można się tylko na tym skupić. A w życiu? A w życiu, nie zawsze, nie za bardzo. W gruncie rzeczy plan ambitny. Zabiorę się więc do niego powolutku z godnie z duchem Kaizen. Czyli filozofią im mniej tym więcej.
Kaizen. Na początek próba definicji. Otóż Kaizen to pomysł na podnoszenie jakości produkcji w fabryce. Metoda powstała w Japonii, znalazła szerokie zastosowanie w Stanach podczas II Wojny Światowej. Polega na robieniu malutkich usprawnień do wykonania których potrzeba niewiele czasu, pięciu minut. Za to wymaga stałego usprawniania. W czasie wojny nie było czasu na wprowadzanie rewolucyjnych udoskonaleń, trzeba było produkować na okrągło i stale. Jednocześnie trzeba było udoskonalać sprzęt wysyłany na front. Kaizen idealnie się do tego nadawał. Stałe, drobne zmiany w efekcie prowadziły do dużych usprawnień w dłuższym okresie czasu. Wprowadzanie rytuałów do mojego życia zacznę od zmian drobniutkich, kilkominutowych, może nawet kilkusekundowych. Za to codziennie. Posiedzę pięć minut rano i wieczorem. Położę się spać 15 minut prędzej niż zwykle. Obejrzę wiadomości w telewizorze krócej niż zwykle. O minutę krócej. Albo w ogóle zacznę tylko od paru minut myślenia na ten temat. Z czułością wobec własnych ograniczeń, nie będę się zmuszał do rewolucji, bo wiem, że wielokrotnie to robiłem i równie wielokrotnie się nie udawało. Z czułością zrobię wyrwy w dniu króciutkie. Raz na dzień podczas rozmowy z kimś stanę tak, że będę czuł jak stoję. Raz na tydzień, na przykład w sobotę, umyję naczynia, jak to robię na Ango, z pełnym zaangażowaniem, z pełnym sercem i świadomością. Jedno mycie talerzy na tydzień – to się powinno udać. Zaczynam. Bez nadziei, że się rozprzestrzeni. Chodzi naprawdę tylko o kilka minut dziennie. Nic więcej.
Inna sprawa, że co i rusz będę nawalał. Pewno codziennie, coś mnie oderwie, coś mnie zakręci, coś zmusi do porzucenia rytuałów, praktyki, skupienia. Wtedy, oto co zrobię: jak zakręcenie minie, po prostu wrócę do praktyki. Jak w Zendo.
Siedzenie 13 luty, rano.
Uwaga. Uwaga. Uwaga. Co to właściwie znaczy? Co i rusz czytam, słyszę, że jedną z ważniejszych kwestii w Zen jest uważność. Wręcz Zen jest studiowaniem własnej świadomości i uważności. Sprawa wygląda poważnie, więc przyglądam się jej z należytym szacunkiem. O co tu chodzi? Czemu to takie ważne? Jak to robić i po co? Nie dam rady odpowiedzieć na te wszystkie pytania, część z nich zresztą pewno nie mam sensu. Ale spróbuję skonstruować kilka idei wokół tego tematu.
Intelektualizacja pierwsza. Uważność pozwala się wgryźć w materię rzeczy. Robię różne rzeczy. Piszę, idę gdzieś, z kimś rozmawiam. Ale obok tych rzeczy, w trakcie, robię mnóstwo innych rzeczy. Jak jadę pociągiem, to myślę o końcu podróży. Jadąc niejako już dojechałem. Jak z kimś rozmawiam, to myślę o milionie kwestii: co z tej rozmowy dla mnie wyniknie, kim jest ten ktoś, czego naprawdę chce, kto jest lepszy: on czy ja; i setki innych spraw. Jem i czytam. Więc ani nie jem, ani nie czytam. Uważność pozwala odkryć te zamęty i daje szansę na powrót do jedności z tym co robię. Coś, gdzieś mi mówi, że Zen w życiu to głównie działanie, niezależnie od tego co się robi, działanie, jakby bez siebie. Zanurzenie w tym co się dzieje i co się robi, bez reszty. Bez siebie. To możliwe jest tylko przy całkowitym wypełnieniu uwagi tym co się aktualnie robi. Banał jak sądzę. Ale skoro się pojawił, to się pojawił. Banał, ale na co dzień trudny do zrealizowania. Tak rozumiem „Intymne serce Zen” jak głosi podtytuł książki Roshiego Kwonga. Intymność to brak „ja”, brak oddzielenia. „Kiedy idziesz Drogą, to nie jest blisko, to nie jest daleko.”
Intelektualizacja druga. Wszystko jest świadomością. W czasie siedzenia w Sonomie miałem wrażenie, które miewam także poza siedzeniem, otóż miałem wrażenie, że wszystko wokół mnie jest żywe i niejako „patrzy” na mnie. Drzewa, ściany, kamienie, ścieżki, powietrze, kubki, talerze, patyki. Wszystko. Szczególnie czułem to podczas siedzeń rannych. Rano w Zendo panowała cisza, tylko w oddali, co pewien czas słychać było cichutkie pianie kogutów. Cisza, pianie kogutów, znowu cisza. Głos kogutów wyłaniał się z ciszy i do ciszy powracał. Cisza trwała w tle, niezmienna, nieporuszona, źródło wszystkich dźwięków. „Przyczyna i skutek, muszą wrócić do wielkiej rzeczywistości, jak dziecko powraca do matki”. Wszystkie dźwięki muszą wrócić do ciszy, wszystkie dźwięki z ciszy powstają. Dźwięk, cisza. Czym jest cisza? Gdzie jest cisza? Ile miejsca zajmuje cisza? Cisza jest wszędzie, jest stale obecna w tle. Jest obecna nawet w największym hałasie, jest źródłem wszystkiego, jest początkiem i końcem wszystkiego, a sama nie ma początku i końca. Cisza nie istnieje w przestrzeni, choć przestrzeń istnieje w ciszy. Cisza jest świadomością, która także nie ma początku i końca, nie ma ciężaru, nie zajmuje miejsca, ale która jest początkiem wszystkiego. Jest to ta sama świadomość, którą mam i ja na co dzień. Tylko dzięki tej mojej zwykłej świadomości, mam szansę przebić się do Świadomości, Ciszy. To w mojej świadomości są drzwi. Źródłem ciszy i dźwięków jest moja świadomość, która nie ma miejsca ani czasu, która w gruncie rzeczy nawet nie jest „moja.” Kiedyś w książce „Fala jest morzem” przeczytałem zdanie, którego sens jest mniej więcej taki: „To nie mózg tworzy świadomość, ale Świadomość tworzy mózg.” Jak się wsłuchać w pianie kogutów, jak się wsłuchać w to, co jest w tle piania kogutów, dojdzie się do takich samych wniosków. Uważność i świadomość są blisko siebie, są w gruncie rzeczy tym samym. Wystarczy „tylko” się skoncentrować.
Siedzenie 13 luty, południe.
Czego do życia potrzebuję? Zasadnicza kwestia. 99% rzeczy koniecznych do życia mam za darmo albo za bardzo mało pieniędzy: powietrze, ziemia po której chodzę, wszystkie organy jakie pozwalają mi żyć, woda, chleb, jedzenie, ubrania. Czyli czego mi naprawdę trzeba? Może nawet życia mi nie trzeba? W Genjo Koan Dogena jest mniej więcej taki tekst: „Ptak, niezależnie w którą stronę i jak długo będzie leciał, przestrzeń nigdy się skończy. Podobnie ryba, nieważne jak długo będzie płynąć, nigdy nie będzie końca wody.” Wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma szansy, żeby czegoś zabrakło.  Czyli czego mi trzeba, a co mam?
Ach, nie dam rady znaleźć odpowiedzi. Pozostaje chyba żyć z tym pytaniem. Mieć je w głowie podczas zakupów, podczas spotkań z ludźmi, podczas planowania inwestycji. Podczas życia codziennego po prostu. Jakby odpowiedź na pytanie była możliwa do udzielenia tylko w danej chwili, nie raz na zawsze. 84 000 razy dziennie, od nowa. I tak wszystko jest w porządku. Nie ma po co się miotać i udawać, że się wie.
Siedzenie, 15 luty, nie pamiętam o której.
Dharma jest wszędzie, w każdej chwili. U Roshiego w Ośrodku sprawa jest łatwa. Ale kwestia zasadnicza zaczyna się poza Ośrodkiem. Tylko drobniutkie, malutkie odkrycie.
Odkrycie. Wizyta w San Francisco jakkolwiek ciekawa i inspirująca, była tylko bladym cieniem wizyty w SMZC. Właściwie odkryłem, że turystyka i poznawanie nowych miejsc mało mnie kręci. Kręci za to turystyka wewnętrzna, podróż do siebie. A to można zrobić wszędzie, nawet siedząc pod pustą ścianą. I to koniec odkryć. Oznacza to dla mnie w tej chwili tyle, że Dharma jest wszędzie o ile odkryję ją w sobie. „Jeśli nie widzisz Drogi, nie widzisz jej nawet gdy nią idziesz.” Chyba tak to leciało. Podróże zatem kształcą tylko w takim stopniu, w jakim na ich nauki jest się otwartym. Jeśli potrafię się otworzyć na świat i go przyjąć, podróż do śmietnika koło mojego domu może być wyprawą do granic galaktyki. Jednakowoż podróże zagraniczne i turystyka mają inną zaletę: mogą dostarczyć mnóstwo zabawy. I dlatego zamierzam jednak je kultywować.
Tak czy inaczej kilka słów o Ameryce się należy, żeby pamiętać gdzie się było i co widziało. Zaraz po powrocie do Polski usłyszałem w radio audycję z udziałem kogoś, a nie pamiętam kto to był, kogoś kto wiele razy w Ameryce bywał. Stwierdził on, że Ameryka ma tysiąc twarzy, że każda kolejna wizyta w Stanach daje możliwość odkrycia kolejnej twarzy USA. Ja zobaczyłem tylko kilka jej twarzy, a i tak nie jestem pewien czy spostrzeżenie te są prawdziwe.
Ameryka po raz pierwszy. Przyroda i przestrzeń. USA to olbrzymi kraj, pewno ze trzy razy większy od Europy. Wszystko jest tam większe, odległości, niebo, gwiazdy. Większe są samochody, pralki, domy. Pralka jest wielkości europejskiego stołu dla czterech osób. Hamburgery są większe. Miary pojemności są większe. Ale mają na to wszystko miejsce, mają naprawdę dużo miejsca. Widoki są większe, drzewa są większe. Przyroda jest bardziej dzika. Las to nie park jak w Polsce, ale miejsce do którego trudno wejść, trudno przedrzeć się przez plątaninę gałęzi i krzaków. Do tego niektóre z tych krzaków są trujące. Stado dzikich indyków liczy ze 40 sztuk. Wieczorny i nocny rechot żab jest tak głośny, że aż uszy bolą. Skunks śmierdzi tak, że nie można wytrzymać. Na niebie widać nieprzeliczone roje gwiazd. Jest miejsce, żeby oddychać pełna piersią. Miłe.
Ameryka po raz drugi. Pieniądze. Amerykanie niemal na wszystkim zarabiają. Kilka przykładów. W dowolnym supermarkecie w San Francisco roi się od pamiątek z Alcatraz: skarpety, cukierki, pluszowe misie, magnesy na lodówkę, breloczki, małe figurki, pocztówki i tysiąc innych rzeczy w biało czarne, więzienne paski, z napisami „Alcatraz”. Przed wejściem do Muir Woods, parku z sekwojami jest sklepik, w którym można kupić różne wytwory z sekwoi: sadzonki w tysiącu odmianach, wałki do ciasta z drewna sekwojowego, kamyczki, widoczki, aż po najbardziej absurdalną rzecz – drewniane grzybki do postawienia chyba na telewizorze. Podobnie w każdym innym miejscu, przed wejściem do gejzeru, kamiennego lasu. W Ameryce zafascynowała mnie umiejętność lansowania różnych miejsc jako ważnych atrakcji. Na przykład Union Square czyli nie za bardzo szczególny plac obok którego jest przystanek Cable Car. Nic ciekawego. Ale ów plac wzmiankowany jest w każdym przewodniku jako ważna atrakcja SF. Odkryłem, że pieniądze mają w USA także wartość, że tak powiem „informacyjną”. Jeśli wydaje się na coś pieniądze, na bilet do rezerwatu, na pamiątki ze sklepu przed wejściem do tegoż rezerwatu, to w ten sposób okazuje się zainteresowanie tym miejscem. W ten sposób informuje się osoby zajmujące się tym miejscem: „Podoba mi się. Warto żeby to wszystko przetrwało.”
Ameryka po raz trzeci. Flagi amerykańskie są wszędzie. Są przed instytucjami państwowymi, stanowymi, w domowych ogródkach, ale także na koszulkach i szortach. To ostatnie miejsce uznane zostałoby w Polsce za profanację polskich symboli. Wyobraźmy sobie kogoś w gaciach z orłem na d…, niemal na pewno miałby kłopoty z prawem. Albo uznany zostałby za dziwaka. Bo jak to chodzić w skarpetkach z orłem? Czy majtkach patriotycznych?
Siedzenie 16 luty, rano.
Zen czytania książek. Obcowanie z Mistrzami czy jest coś piękniejszego? Nudzą mnie książki z fabułą, prawdę mówiąc mało mnie obchodzi co wyniknie, co się za chwilę zdarzy w historii. Niezależnie czy historie są prawdziwe  czy nie, niezależnie od tego czy są ciekawe. W zasadzie mogę tylko czytać książki wskazujące bezpośrednio na umysł. A takie są książki Mistrzów Zen. I niektóre inne. Wspaniałe jest uczucie możliwości korzystania z mądrości największych ludzi jacy żyli na ziemi. Dziękuję. Jak oni potrafią pisać.
Siedzenie 19 luty, rano.
Jak mam siebie zapomnieć? Przecież Ego to w gruncie rzeczy użyteczna rzecz. Bez „Ja” w zasadzie nie wyobrażam sobie życia. Bez codziennego planowania, robienia rzeczy, myślenia, podejmowania decyzji.
Droga pierwsza. Wzmocnienie ego. Zaczynając praktykę „na poważnie”, nie byłem w nadzwyczajnym stanie psychicznym. Jakiś zakręt życiowy przeżywałem. Kryzys doprowadził mnie do ściany w Zendo. W tamtym momencie myślenie o pozbywaniu się siebie wydawało mi się miłe głównie dlatego, że miałem nadzieję na pozbycie się kłopotów. Na wybiórcze pozbycie się Ego, co niemiłe won, co miłe niech zostanie. Taka prostsza forma psychoterapii. Raczej jednak nie o to chodzi. Lepiej mieć silne ego. Tak zdrowiej. Każdy psycholog potwierdzi. Może zatem droga to także wzmacnianie ego? Robienie w sobie miejsca na różne przeżycia, te przyjemne i nieprzyjemne? A końcu miejsca na cały świat?
Droga druga. Rozszerzenie ego na cały świat, ponieważ porzucenie wydaje mi się ponad siły. Kiedyś, a nie pamiętam dokładnie gdzie, czytałem, że porzucenie własnego ego to moment, w którym zdajemy sobie sprawę z własnej małostkowości.
Krótki cytat ze „Ścieżki przebudzenia”, artykułu Roshiego Genpo: „Pamiętam coś, co powiedziała Elisabeth Kuebler-Ross, a czego nigdy nie zapomnę: >Nie osiągniesz oświecenia, dopóki nie uświadomisz sobie, że jesteś zdolny do tego, by odebrać jedzenie głodującemu dziecku<. Ona sama doświadczyła tego w Auschwitz.”
Cóż, zatem to jest zarówno proces dojrzewania do takiej decyzji, jak i sama decyzja. Najwyraźniej nie potrafię takiej decyzji podjąć, no i jeszcze do niej nie dojrzałem. Być może jej waga jest porównywalna z samobójstwem. Może to jest trudność? A skoro nie potrafię, to może spróbuję inną drogę. Drogę nie tyle pozbywania się siebie, ile „rozciągania” mojego egoizmu na cały świat. Sympatycznie, narcystyczna perspektywa. Tyle, że zdradziecka, jak sądzę. Zdradziecka dla narcyzmu. Intelektualizacja, ale jakie konsekwencje! Klamka od drzwi, to ja. Trawa, to ja. Herbata z cukrem czy bez cukru, to ja. Niebo, to ja. Gwiazdy, to ja. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie ja. Ja to też ja. Aż strach się przyzwyczaić do takiej myśli.
Siedzenie 19 luty, przed obiadem.
Dbając o siebie czyli robiąc co? W tej materii mam tylko jeden pomysł. Za to, o ile się go uda zrealizować, radykalny. Napadł na mnie ów pomysł, kiedy, wstyd powiedzieć, wciągałem skarpetę na nogę.
Pomysł. Dbanie o siebie, to zmiana widzenia siebie samego jako narzędzia do osiągania czegoś, na cel do osiągnięcia. Myśląc o sobie z reguły postrzegam siebie jako narzędzie, dzięki któremu mogę coś osiągnąć. Począwszy od celów zawodowych, przez cele codzienne, do celów związanych z wyzwoleniem, że się tak wyrażę. Jeśli będę lepiej zorganizowany, to szybciej osiągnę coś tam zawodowego. Jeśli będę więcej siedział, to bardziej skupiony i uważny będę. Jeśli się bardziej zdyscyplinuję, to sprzątanie domu będzie łatwiejsze. Niemal w każdej sytuacji jestem narzędziem do osiągnięcia czegoś innego. Dbanie o siebie to rezygnacja z osiągania na rzecz jakości bycia. Im bardziej będę dbał o jakość każdej chwili dla mnie, tym bardziej będę dbał o siebie. Ja nie jestem tylko narzędziem, jestem zarówno narzędziem, celem, tworzywem i autorem. W każdej chwili to widać. Zakładanie skarpety może być kompletnym twórczym aktem, gdzie materia tworzenia, autor tworzenia i narzędzia tworzenia zbiegają się w jednej cudownej chwili spełnienia. Dbanie o siebie, to rezygnacja z osiągania na rzecz bycia. Rezygnacja z osiągania nawet tak zacnych rzeczy jak oświecenie, jak wyzwalanie czujących istot. Radykalnie. Wtedy całe życie może być pełne aktów stwórczych i niezwykłych. Tak rozumiem dbanie o siebie.
Siedzenie 19 luty, po południu.
Wypłacanie pieniędzy z bankomatu. To też Zen? Podczas siedzenia przypomniała mi się sytuacja, jaka zdarza mi się często, jaka w ogóle zdarza się często. Wygląda różnie, choć jej zasadnicza treść jest zwykle taka sama. Jestem w centrum handlowym, stoję w kolejce do bankomatu. Przede mną dwie osoby, za mną dwie osoby. Tuż za mną człowiek z wielkim brzuchem, którym, przez nieuwagę i wielkość owego narządu, co i raz mnie szturcha. Wszyscy przestępują z nogi na nogę, spoglądają na osobę przy okienku z niemym wyrzutem w oczach, czemu to tak długo trwa. Czasem w spojrzeniach pojawia się nerwowość, a nawet nienawiść. Kolejka faluje i wyrzuca z siebie pełno różnych emocji. Zazdrość o to kto ile ma na koncie; zniecierpliwienie na długość stania; niechęć, lekceważenie; zapatrzenie w siebie połączone z liczeniem ile mam wyjąć, na co przeznaczyć; spoglądanie na wózki innych osób, co kto tam kupił, czy więcej niż ja i skąd on ma na to pieniądze. Z głośników płynie dość rytmiczna, wzmagająca ogólną nerwowość muzyka. Czuję się jak w ZOO, albo w dżungli, nie chcę mieć z tym nic do czynienia. Jedyna myśl: wokół mnie pełno zwierząt, uciec stąd jak najszybciej. A potem znowu myśl: i ja mam tych wszystkich barbarzyńców wyzwalać? Ja nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Ale stoję i jakoś przedziwnie podłączam się pod ten nurt życia zakręconego.
Podłączenie pierwsze. Jestem jak oni. Mam te same emocje, uczucia, przeżycia. Jestem, jak wszystkie osoby mnie otaczające, człowiekiem. W sposób najbardziej podstawowy nie różnię się niczym. Przeżywam te same uczucia. A nawet wręcz obserwacja tego co się dzieje wokół mnie daje mi pewną satysfakcję wzbudzając uczucie, że jestem nieco lepszy. Po to wszystkie te przemyślenia, znaczy wciąż, jak oni, porównuję się z innymi; nieustannie szukam odpowiedzi na pytanie: kto jest lepszy.  A przecież nie jestem. Bywam małostkowy, zdenerwowany, odczuwam złość, często jestem kompletnie zakręcony. Zaczynam rozumieć, że całe moje ciało i moja psychika stanowią przejaw wielkiej sieci życia. Taka właśnie jest powierzchnia tej wielkiej sieci. Chyba jednak nie chcę surfować po powierzchni. Kiedy to odkrywam, pojawia się podłączenie drugie.
Podłączenie drugie. Świat naprawdę jest szalony. Jest obecny Wielki Umysł i prawdę mówiąc szkoda mi czasu na szukanie go przed bankomatem. Skoro można go znaleźć w spokoju, ciszy, samotności. Muszę stąd jak najszybciej wyjść. Wręcz rodzaj wstrętu i niechęci zaczynam odczuwać. Wtedy zaczynam rozumieć, że oni wszyscy tu zostaną. Wrócą tu jutro, nauczą tego samego swoje dzieci; będą nieprzytomnie cierpieć, zazdrościć, nienawidzić. Czasem się cieszyć, przez krótką chwilę. Freud pisał, że życie to pasmo cierpień przerywane krótkimi chwilami radości. Budda pewno by się zgodził. Oni wszyscy tu będą, a ja z nimi. Na płacz mi się zbiera, na płacz współczucia i smutku, że taki los mamy. Jakoś pomóc sobie i innym, jakoś pomóc. Sytuacja jest rozpaczliwa. Muszę tu zostać i jeszcze chwilę obserwować co się dzieje; jeszcze chwilę, żeby spróbować zrozumieć.
Podłączenie trzecie. Wejść do rzeki życia, ale wyjść z niej suchym, oto jest sztuka. Mimo, że jestem częścią tego zamętu, tego zwierzyńca, to jednak w dziwny sposób nie należę tylko do niego, czuję się tu obco. Jestem jednak bardziej po drugiej stronie, tak czuję. Jestem i nie jestem. Jestem, a być może tylko chciałbym być. Nie, jednak jestem bardziej TAM, niż TU w tym szaleństwie. Jednak. Jednak Roshi Genpo mówi, że spotkanie Absolutu rodzi mistrza, ale powrót do Relatywności rodzi Wielkiego Mistrza. W dziesięciu Obrazkach Pasterskich jest powrót na targowisko. Rozumiem z tego tyle, że chodzenie po ziemi, wśród ludzi, świat relatywny, że to wszystko jest ważne, a nawet bardzo ważne. Że tak powiem, dwa jest równie ważne jak jeden. Być może zrozumienie siebie przed bankomatem, to moje najważniejsze zadanie. Przynajmniej na tę chwilę. Stoję dalej. Rozpływam się w tym, co się tu dzieje. I pojawia się podłączenie czwarte.
Podłączenie czwarte. Współczucie. Pojawia się współczucie dla mnie samego, jak i dla innych jadących na tej karuzeli życia i cierpienia. Zaczynam rozumieć sens medytacji współczucia, medytacji tonglen. Przypominają mi się słowa Chogyama Trungpy, Thich Nhat Thana, którzy opisują trzy rodzaje darów, trzy wyrazy Dany Paramita, trzy przejawy współczucia, jakie można ludziom okazać i dać. Po pierwsze to dary materialne ułatwiające życie, podnoszące poziom i jakość bytu, pozwalające realizować czyjeś plany; napełnić żołądek, może wypełnić nieco puste serce. Drugi rodzaj współczucia to ofiara z Dharmy, wskazywanie na Wielki Umysł, spokój, pradźnię, Pustkę. Nie wiem czy potrafię tak współczuć i taką ofiarę złożyć, innym i sobie. Ja nie potrafię, nasz Roshi, zdecydowanie tak. I wreszcie trzecia ofiara, o ile dobrze rozumiem, najcenniejszy dar. Dar braku lęku. Nie wiem jak go dać. Na początek próbuję zrozumieć mój lęk. Boję się, że nie zrozumiem; boję się, że będę gorszy niż inni; boję się śmierci, ośmieszenia, biedy, niewiedzy, złości. Boję się, boję się. Dociera do mnie czemu Jan Paweł II podczas swoich wizyt z uporem powtarzał: „Nie lękajcie się.” Lęk wypełnia całe życie. Całe życie byłoby otwarte gdybym się nie bał. Roshi Maezumi, pisał, że brak lęku daje się innym poprzez przykład swojego życia.
Podczas Ango bałem się śmierci. Praktyka dlatego jest taka trudna, bo stawia mnie wobec najbardziej podstawowych i trudnych spraw. Stawia mnie przed lękiem przed śmiercią; stawia nawet przed samą śmiercią i każe się temu przyglądać. Odkrywam, że praktyka to przeoranie moich małych lęków, ale i tych najbardziej podstawowych i zasadniczych, konstruujących całego mnie. I wtedy już tylko stoję, nie mam żadnego podłączenia, podchodzę do bankomatu i wyciągam papierek, za który, zgodnie z umową społeczną nabędę jakieś rzeczy. Kiedy trzymam ten papierek czuję, że jest to też czysta energia. Ale to zupełnie inna historia.
Siedzenie 20 luty, rano.
Czy jabłko ma naturę Buddy? Na pierwszy rzut oka różnię się od jabłka. Czyli może nie tędy droga? „Czy pies ma naturę Buddy? A odpowiedź: Gówno na patyku!” czy jakoś tak. Mechanizm działania i dojrzewania człowieka jest co nieco bardziej skomplikowany. Zwłaszcza, że jestem także psychologiem.  Czyli czego mi brakuje w Zenie. Sprawa trudna, oparta na przeczuciach i domniemaniach. Czasem myślę, że Zen obejmuje wszystko, że jeśli odczuwam inaczej, to tylko dlatego, że nie rozumiem. Czasem jednak mam wrażenie, że czegoś mi brak. Spróbuję zatem do sprawy podejść metodycznie. Jak zwykle na siedzeniu i tak nie mam nic innego do roboty, to sobie pomyślę i usystematyzuję. O ile się uda.
Brak pierwszy. Od zawsze, a w zasadzie od kiedy myślę o własnym rozwoju, od wtedy właśnie, rozumiałem rozwój jako w dużej mierze proces dojrzewania, proces stawania się pełniejszym człowiekiem. Cokolwiek to znaczy. Zresztą większość teorii psychologicznych jakoś oscyluje wokół tych pojęć. A stawanie się pełniejszym, dojrzalszym człowiekiem oznacza pracę także ze swoimi emocjami, swoimi lękami, swoimi postawami, swoim człowieczeństwem. Rozwój człowieka to też rozwój duchowy, ale niemal z pewnością, nie tylko. To też rozwój emocjonalny, moralny, intelektualny. A w Zenie główny sposób pracy nad tymi wątkami dojrzewania sprowadza się do zalecenia: „Siedź z tym”, siedź ze złością, smutkiem, zniechęceniem, poczuciem nieszczęścia, niewiedzą, brakiem orientacji. Być może Zen „obsługuje” tylko jeden wątek mojego życia, że tak powiem „duchowość”. Ale chciałoby się, żeby Zen był obecny w całym życiu, w każdej chwili.
Brak drugi. Roshi Kwong, podczas jednej z mów publicznych w Gdańsku, powiedział, że praktyka Zen osłabia intelektualizowanie, że wręcz ludzie „bystrzy” (smart) mogą mieć trudniej na tej drodze. Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale pewno zgodzicie się, że coś takiego mogło paść z ust Roshiego. Ja niestety zawsze byłem bystry, co teraz ze smutkiem stwierdzam. Brak intelektualizowania oznacza dla mnie odrzucanie książek, nauk spoza siedzenia. A tego mi bardzo brakuje. W gruncie rzeczy uważam, że głowa i rozum mogą nam sprzyjać, więc niechęć do tego mnie zniechęca. Rozumiem niechęć do przeintelektualizowanych bredni. Rozumiem niechęć do intelektualizowania dla podparcia własnego Ego. Rozumiem, że zniechęcające może być niewłaściwe używanie mózgu. Że może powodować zapętlenia. Ale jednak rozum to nic złego. Może jednak go wykorzystać? Tym bardziej, że Dalaj Lama wspomina, że buddyzm, to tak naprawdę nauki zdrowo rozsądkowe. Czyli w jakimś stopniu rozumowe. Naprawdę chciałbym móc pogadać o Absolucie, o Pustce. Najchętniej zapisałbym się na studia Zen, ale takich nie ma. Chciałoby się na przykład dokładnie zrozumieć (także intelektualnie) naukę o Trzech Ciałach Buddy, tym bardziej, że podczas każdego orioki śpiewamy o Nirmanakaji, Dharmakaji i Samboghakaji. Chciałoby się pojąć subtelną różnicę pomiędzy Dharmą a dharmami. Chciałoby się pojąć co znaczy Anuttara Samjak Sambodhi, czym są paramity, a zwłaszcza Pradźnia Paramita. Malutki cytat z Sutry Serca: Nie mając nic do osiągnięcia Bodhisattwa żyje Pradżnią Paramitą. No i co chodzi? Chciałoby się pojąć. Ale brak tego.
Brak trzeci. O ile coraz bardziej wiem jak zachowywać się zgodnie z duchem praktyki podczas Ango, o tyle nie za wiele wiem jak to robić poza Zendo. To co sobie, dla siebie piszę, jest moją próbą, dla mnie poradzenia sobie z tym brakiem. Kiedy czytam mowy wielkich Mistrzów są one dla mnie wielką inspiracją do siedzenia. Są wspaniałą nauką jak próbować zostać Mistrzem Zen. Ale ja nie będę Mistrzem Zen. A zaskakująco mało jest książek o Zen w życiu codziennym. Choć takie też są. W żadnej z Sutr nie znajdę odpowiedzi jak jechać samochodem, pewno także dlatego, że Budda nie miał pojęcia o samochodach. Pilną staje się dla mnie nauka o Zenopodobnym sposobie prowadzenia spotkań, przygotowywania raportów, pomagania innym, zarabiania pieniędzy. Czy mogę cieszyć się, że zarobiłem pewnego miesiąca nieprzyzwoicie dużo? Budda gdzieś powiedział, że należy żyć w taki sposób, aby 25% tego co się zarabia oszczędzać. W dzisiejszych czasach mało mnie to przekonuje. A kredyty wolno brać? Czy to, co robię aktualnie, dokładnie w tej chwili, to Zen? Czy powinienem porzucić pisanie i siąść przed ścianą? Kurde, wymiękam. Nie wiem. W gruncie rzeczy i tak siedzę przed ścianą.

 

*************************

Zdjęcia Jarka z pobytu w Kalifornii znajdziecie tu:  http://picasaweb.google.pl/JarekCh64/