ni dnia, ni godziny

 

Początek września, drewno na opał rąbałem, jak tysiące razy wcześniej.
Stare, spróchniałe dechy opierałem o betonowy schodek i - trach! - siekiera z łatwością łamała je na pół. Ale jedna z desek kryła niespodziankę: pod warstwą próchna przetrwał sprężysty, żywiczny rdzeń. 


To był ułamek sekundy. Ostrze siekiery odłamało się od styliska i gruchnęło mnie w lewe oko. Niefajnie, bardzo niefajnie musieli się czuć trafieni przez żelastwo rycerze. Tak właśnie poczułem i pomyślałem zakrywając dłonią oczodół i zezując drugim ślipiem na cieknącą przez palce krew. Ciekawe, czy mam oko - to była kolejna myśl. Ostrożnie odjąłem dłoń i palcem pomogłem uchylić się powiece. Uff, widać, dziękuję.


Rana okazała się niegroźna, kość jarzmowa nieuszkodzona. Obfite krwawienie ustało pod strumieniem zimnej wody z kranu i przyklejonym naprędce tamponem. Ów tampon zwilżałem potem świeżym moczem i po dwóch dniach o niemiłej przygodzie świadczył tylko przysychający strup.


Nie lekceważ próchna - tak odebrałem tę lekcję i odtąd wszystko rąbię, jak należy, na pniaku. Pogłębiło się też me rozumienie, że lekceważyć nie należy absolutnie niczego.

 

Trzy dni temu trudnej lekcji zaczęło mi udzielać oko prawe. Źle się spało, ból i dyskomfort narastały. Chyba wpadł mi jakiś paproch - myślałem. Wybałuszałem się przed lustrem, paprocha ani śladu, za to ślepie czerwone, jak u bazyliszka. Czułem, jakby gdzieś wysoko, pod powieką, kłuł i uwierał odłamek szkła lub metalu. Chwilami bolało konkretnie,  zacząłem poruszać się powoli i dostojnie, jak kobieta z garnkiem na głowie. Każdy szybszy ruch czy pochylenie się - ała! Siano, woda, palikowanie koni - przerąbane. Kląłem kota, który szczególnie uparcie plątał się pod nogami. Świat stał się męczący. Paproch, nie paproch - pomyślałem - ale na stan zapalny na pewno pomoże moczyk. Z kawałka bandaża i chusteczek higienicznych sporządziłem opaskę a'la pirat i regularnie zwilżałem uryną. Parę razy przepłukałem też biedne oczysko większą ilością moczu, nabieraną w garść.

 

Wczoraj wieczorem, z wciąż bolącym okiem, oglądałem "Wieczną miłość" z Gary Oldmanem - bolesny film o Beethovenie. Spało się całkiem fajnie, ale jeszcze rano nie wierzyłem w szczęście i poruszałem się pomalutku.


Tymczasem już wieczór - i wszystko gra. Ani bólu, ani zmartwień. Dzionek śnieżny był przemiły, takoż praca i zwierzaki.

 

Tu i teraz, w piecu ogień, a w necie, tknięty przeczuciem, poczytałem sobie o zapaleniach spojówek.  Objawy się zgadzały, nawet "odczucie ciała obcego pod powiekami" przy zapaleniu wirusowym. Nie zgadzał się tylko rodzaj i czas trwania terapii. "Pacjent musi wiedzieć, że choroba ma przebieg kilkutygodniowy i jest wysoce zakaźna" - pisało. A po kilku dniach atakuje zwykle drugie oko.


Cóż, jako praktyk  urynoterapii z piętnastoletnim stażem zdążyłem się już pogodzić z tym, że można się leczyć szybciej, samodzielnie, mniej boleśnie i za darmo. W ramach profilaktyki popłuczę jeszcze przez parę dni poczciwe ślepka i - powrócę do starego, dobrego zwyczaju - rozpoczynania dnia - od szklaneczki złotego nektaru.


"Szlachetne zdrowie - nikt się nie dowie - jako smakujesz - aż się zepsujesz" - naucza Jan z Czarnolasu. Ciesz się, człecze, tym co jest, bo nie znasz dnia ni godziny. I nigdy nie wiesz, co się za chwilę wydarzy - nauczają mnie własne oczęta.

 

Dziękuję Wam bardzo.

BANKYO