Andrzej Sulima Suryn

 

...prawda jest zawsze
   czasami nas nie ma...

(Jacobowi na urodziny)


Od dawna przymierzałem się, by napisać o nim dumkę. Często cytuję, wspominam, ale sam Suryn wciąż się gdzieś wymykał. Dziś w południe osiodłałem konia, po raz pierwszy od paru tygodni. Zdziczał mongoł, owsem musiałem kusić, by w ogóle dał do siebie podejść. Bryknęliśmy przez pola, lasy, śniegi - do sklepu. Nabyłem trochę żarcia, pół litra i fajki. Zmierzch, wódeczka. Chyba to mnie ośmieliło.

 

 

Suryn, pierwsze spotkanie. Warmia, polanka w lesie, kłęby żywicznego dymu, impregnowałem płócienne tipi. Z lasu wyłonił się dziwoląg w szynelu z pierwszej wojny światowej. Przed sobą, uroczyście, niósł liść łopianu, na nim chleb. - Elfy witają wojowników Czejenów - powiedział. - Hmm, no dobra. Wziąłem bochenek, zapewne wypiliśmy herbatkę, nic specjalnego. Chyba czułem się zapracowany i przesadnie konkretny. Więcej nie pamiętam.

 

Dwa lata na Warmii mieszkałem, moc przygód, z Surynem zaprzyjaźniliśmy sie. Cięgiem pisał, nawet w trakcie rozmowy. Wiersze, myśli, kij wie co. Razu pewnego leżałem nad jeziorem, na wznak, nieruchomo. Suryn podszedł cichutko i nałożył mi słuchaweczki. Puścił jeden ze swych słowno-muzycznych klimatów. Leciało, pulsowało, ... - I jak? - zapytał. - Nijak nie zakłóciło obłoków - odparłem. Był wniebowzięty. A mnie, niedługo potem,  światowe układanki rozpirzyły do poziomu samobója. - Rzuć toksyny - powiedział. Wymieniliśmy talizmany, jak na Indian przystało. Pojechałem w góry, gdziem błyskawicznie się zadomowił i psychofizycznie  ozdrowiał.

 

Był Suryn jednym z pierwszych gości. Miał pudełeczko z maleńkimi głośniczkami, leżał na gościnnym wyrku, słuchał. Przedtem napiliśmy się psylocybowo-ziołowej herbaty. Chata na bezludziu, Beskid Niski, cichusio... A tu nagle! - drzwi się otwierają. Stasiuk-sąsiad mówi: - Dżekob, wopiści chcą cię poznać... - Ja! Jestesmy nagrzybieni, zrób coś! - O, kurwa, rzekł Stasiuk - i wyszedł. Zgramoliłem się z barłogu, wyjrzałem przez okno. Gazik, kilku wopistów, Świnia-Stasiuk gada z nimi, ale mundurki ewidentnie prą ku chacie. Ajajaj. No to - heja! Grunt, to chwyt psychologiczny. Korytarzykiem łemkowskiej chyży przekradłem się do stodoły i - chrubut! - otwarłem na oścież wrota. - Dobra, dobra, panowie - zbyłem funkcjonariuszy. - W ... walisz, chłopie?! - rzekłem do Stasiuka. - Siana nie ma, bydlaki zdychają, inaczej się umawialiśmy! Stasiuk wszedł w rolę, jął się kajać. - Spoko, panowie, możemy przytargać siano gazikiem - ozwał się dowódca WOP. - Dobra, wświetliłem się udobruchaną furię, - ale bez jaj!


I tak osiołek i kozy zdobyły zapas sianka, nikt mnie nie wylegitymował, a Suryn nawet nie zauważył zadymy. Chyba słuchał Mozarta.

 

Jakiś czas potem dostałem od Suryna list, że chce ze mną zamieszkać. Wpadłem w panikę. Odpisałem, że sam słabiutkim, ni cholery, mowy nie ma. Okrutne emocje. - Uspokój się - odpisał Andrzejek. To tylko propozycja, nie ma sprawy. Uff.

 

Z pięć lat w górach mieszkałem. Bywał Surynek spokojnie i niepokojąco. Razu pewnego, w środku nocy, w alkierzu, obudziło mnie gorąco. Odkryłem się - i usłyszałem szuranie. Suryn dokładał do pieca. - Co robisz?! - Ziimnoo miii - powiedział. - Spadaj pod spiwór, bo zabiję! - wściekłem się. I ułożyłem w wyrku. Po niedługim czasie przyszła nauka. Wnętrzności stały się puste, wszystko wypełnił strach. - Kurde, już wiem, co czujesz Surynku... Łiuuuut! Świat wrócił do tzw. normy.

 

Andrzej Suryn umarł nagle w Kanadzie w 1998 roku. Przysłał mi kartkę "jak wrócę - pogadamy o Indianach."

"om ah hum benza guru pema siddhi hum" - jak teraz leci z kompakta. Tak, jak podobnie, wypisałeś złotym mazakiem nad drzwiami "mego" alkierza.

Też jesteś z Syriusza, ale masz sklerozę - mawiałes. Czemu nie.

Od dawna mieszkam gdzie indziej. Jasne, zludzenie. Ale z tobą, chłopie, nigdy się nie rozstaję. I wszystkim wędrowcom polecam:

 

http://www.suryn.procinema.pl/wiersze.htm