Czy ja przypadkiem nie zwariowałem?

 

Ostatnimi czasy jakoś tak się składa, że coraz to na nowo ktoś pyta o Zen. Czasem za pomocą ankiety, czasem za pomocą tekstu jakiegoś, czasem wprost podczas świąt. A czasem zupełnie jakoś inaczej. Podczas tych pytań i rozmów mam różne kłopoty. Po pierwsze trudno mi coś opowiedzieć, chętnie zagoniłbym osobę pytającą na poduszkę. Wtedy sam może by coś niecoś pojął, albo i nie. Przy czym nie ma to w zasadzie żadnego znaczenia. Ważniejsze jest to, że brak mi słów do w miarę prostego i prawdziwego opisu tego, czym jest dla mnie Zen. Po drugie, owe pytania, w najlepszym razie, niosą podskórnie komunikat, że jestem dziwakiem. Nie sposób pojąć jak można oddawać się tajemniczym, egzotycznym, niezrozumiałym rytuałom, będąc przy zdrowych zmysłach. A z reguły za taką osobę, czyli będącą przy zdrowych zmysłach, jestem brany. W innym wypadku, uznany bym został za ofiarę sekty. A tak tylko dostaję łatkę „lekko zdziwaczałego” inteligenta. Po trzecie, wreszcie, niejaką konsternację wzbudza fakt, że Zen, nie wierząc w Boga, jest jednak religią. Jak może być religią skoro Boga w niej nie ma? Mówienie o religii pomijając Stwórcę jest dziwaczne i niezrozumiałe. W najlepszym razie, parafrazując słowa aktualnego papieża, uprawiam „duchową masturbację”, a nie religię. Jak na to wszystko odpowiedzieć? W tym tekście spróbuję sobie poukładać w głowie, żeby coś, na własny użytek, mieć pod ręką jak jakieś pytanie się pojawi.  Spróbuję sprawdzić czy przypadkiem nie oszalałem, czy to wszystko ma sens jakikolwiek. No i spróbuję przygotować kilka alternatywnych scenariuszy odpowiedzi. Nigdy nie wiadomo, na kogo trafię. Może na słuchacza Radia Maryja?

 

Odpowiedź pierwsza  - dla intelektualisty, katolika, słuchaczy rozgłośni radiowych (ewentualnie, jeśli będzie bardzo chciał). Albo jak się chce poszpanować. Lub żeby podtrzymać dyskusję po trzecim kieliszku wina.

 

Studiowanie Zen, to studiowanie siebie.

 

Pierwszy pomysł na Zen wynika wprost ze słów, jednego z ważniejszych tekstów buddyjskich, a mianowicie „Sutry Serca”. Słowa te, to: „Forma jest pustką. Pustka jest formą”. Jest to Zen intelektualny. Jest to Zen przynęty pojęciowej, w tym sensie, że może być zachętą do eksploracji czy nawet praktykowania Zen. Intelektualnie jest to łatwe do zrozumienia, jako ogólna idea. Idea ta sprowadza się do konstatacji, że wszystko jest zbudowane z tej samej substancji. Cały przejawiający się naszym zmysłom świat stanowi jedność na głębszym poziomie. Wszystko wynika ze wszystkiego, jest ze sobą związane. Thich Nhat Than podczas jednej ze swoich mów pokazał białą kartkę papieru i powiedział, że widać w niej las, deszcz, który użyźniał ten las, wysiłek drwali, fabryki wytwarzające papier – słowem widać cały świat. Roshi Uchiyama daje przykład poletka, na którym rośnie mnóstwo dyń, a wszystkie połączone jednym pędem. Willigis Jaeger mówi o grzybni, z której wyrastają różne rośliny, będące jednak tak naprawdę, na głębszym poziomie, przejawem jednej i tej samej rzeczy. Wszystko jest, zatem jednym, choć naszym oczom i mózgom zdaje się różne, a nawet jest różne. Wszystko z pustki wychodzi i do pustki powraca. O ile dość łatwo pojąć, czym jest „forma”, a więc cały widzialny i odczuwalny świat, o tyle trudniej pojąć, czym jest „pustka”, czyli tego świata „podszewka”. Intelektualnie rzecz biorąc „pustka” jest tłem zdarzeń, nieustanną ciszą, z której powstają wszystkie dźwięki. Roshi Kwong mówi: „pustka, mądrość, świadomość, pradźnia to różne nazwy tego samego”.  Anthony De Mello daje mnóstwo przykładów wskazujących, że wszystkie rzeczy są zbudowane z jednego budulca, którym to budulcem jest „Pustka” właśnie. Żadna rzecz nie ma swej własnej substancji, ale jest zbudowana z tej uniwersalnej właśnie, substancji. Najbliższą „rzeczą”, która jest niesubstancjalna sama w sobie, jest nasze „Ja”. Ken Wilber w książce „Jeden smak” daje proste ćwiczenie prowadzące do odkrycia „pustki Ja”. Polega ono na kierowaniu uwagi na różne oddalone rzeczy i próbie odpowiedzi na pytanie: „Czy to, co słyszę, widzę jest mną?” Rzecz jasna, odpowiedź brzmi: „Nie.” O ile jednak, dość łatwo nam to zrozumieć w odniesieniu do chmur, dźwięków, to jednak podobna odpowiedź powinna paść na pytanie dotyczące naszych myśli, uczuć, czyli tego wszystkiego, co zwykle za „Ja” uznajemy. Koniec tego ćwiczenia, ma zdaniem autora, doprowadzić do odczucia własnej „bezjaźniowości”, faktu, że ja nie ma. Wilber zresztą mówi, że Zen wpuszcza nas w kanał każąc nam szukać odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”, w kanał w tym sensie, że w końcu dojdziemy do przekonania, że „Ja” nie ma.
Jednocześnie jednak „ja” i wszystkie inne rzeczy istnieją, a nawet więcej, są przejawem wspólnej wszystkiemu „siły życiowej” (za Roshim Uchiyamą).
Przypomina mi się rozmowa z moim synem, kiedy miał około 4 lata. Przed snem zadał mi pytanie: „Tata, a po co są ludzie?”. Prawdę mówiąc zatkało mnie, zacząłem nerwowo w głowie szukać odpowiedzi dostosowanej do jego wieku, ale wyprzedził mnie i sam sobie odpowiedział: „Ludzie są po to, żeby Bóg mógł widzieć, czuć i słyszeć. Bo przecież sam nie oczu, uszu i tylko przez ludzi może słyszeć i widzieć.” Pomyślałem sobie: „O kurcze.” A Łukasz tymczasem kontynuował swoje pytania: „A jak to jest, że ludzie się ruszają?”. Wtedy zacząłem mówić coś o nerwach, mięśniach, że przez nerwy jakby prąd przepływa. Przerwał mi i powiedział lekko drwiąco: „Prąd w ludziach?” Miał rację, to nie prąd, ale jakaś siła życiowa, która jest źródłem, początkiem i kresem wszystkiego, choć sama nie ma początku ani końca.  Dialog prawie jak odpowiedź Bodhidarmy na dociekliwe pytania: Wielka pustka, nic świętego. Bóg istniejący tylko poprzez ludzi. „Forma jest pustką. Pustka jest formą”. A nie ma jednego bez drugiego.
Można, zatem, jeśli się nieco wnikliwiej naturze zjawisk przyjrzymy, dostrzec wszechobecną Pustkę, Pradźnię, Pierwotną Materię, która nie ma początku ani końca. Z której w każdej chwili wyłania się na nowo świat.  Pustka istnieje poprzez swoje przejawy, poprzez „Świat form”, czyli tego wszystkiego, co widać.  Kilka prostych przykładów:
• Michael Roach w książce „Diamentowe ostrze” daje przykład kłótni. Jeśli kłócimy się z np. szefem, to w zależności od tego, z jakiej perspektywy tę kłótnię oglądamy, inaczej ją będziemy odbierać. Jeśli jesteśmy podwładnym, możemy odebrać ją, jako zawalenie się naszego świata. Z pozycji szefa, możemy mieć poczucie dobrze rozegranego konfliktu, poczucie zadowolenia z siebie, że w końcu wygarnęliśmy temu buńczucznemu człowiekowi. Jeśli kłótnię ogląda żona szefa, może odczuwać coś na kształt dumy z małżonka. Żona podwładnego – coś wręcz przeciwnego.  Wniosek zdroworozsądkowy, jaki się nieuchronnie nasuwa, jest taki, że kłótnia nie ma swej własnej natury. Jest „Pusta”. Jak i każde inne zdarzenie czy rzecz. Jednakże kłótnia istnieje i jest jak najbardziej realna. Czasem nawet bolesna. Jednocześnie jest pusta. Pustka jest, zatem wszędzie, na wyciągnięcie ręki. Tylko trochę skrobnąć powierzchnię zjawisk.
• Dalajlama mówi o współzależności i nietrwałości form tego świata. Gołym okiem widać, że „Rzeczywistość” nie ma przerw czy podziałów (jak pięknie podczas jednej ze swoich mów powiedział Jurek Kuun). Zatem wszystko jest ze sobą jakoś powiązane. Owo powiązanie to rzeczona „Pustka”. Jeśli dołożymy do tego przemijalność, Pustka pokaże nam się w swej krasie. Weźmy taki (wyświechtany przykład, wiem, ale zawsze obrazowy, a poza tym lubię go, bo nie rozumiem) przykład ognia świecy. Patrzymy na ogień, jak go dotkniemy to poparzy, pachnie, migoce, jest żywy. Przede wszystkim – JEST. Jednak wystarczy lekkie dmuchnięcie i ogień znika. Dokąd poszedł? Gdzie jest wtedy, kiedy go nie ma? Gdzie był zanim zapaliliśmy świeczkę? To są pytania kierujące moją uwagę do „Pustki” właśnie. Wygląda na to, że świat zjawisk nie ma trwałej natury. Że jest „pusty”. Jednocześnie z różnych szczelin rzeczywistości wychyla głowę coś. To coś to Pustka.
• Albo medytując w ciszy wsłuchajmy się w otaczające nas dźwięki. Jednocześnie usilnie poszukujmy tego, co jest poza tymi dźwiękami. Po jakimś czasie być może uda się usłyszeć ciszę. Tak, właśnie ciszę, właśnie usłyszeć. Wtedy świat pojawi się, jako olbrzymia przestrzeń, bez końca, z której wszystko wychodzi, a potem do niej powraca. Tak się odkrywa źródło dźwięków. Wszystkich dźwięków, jak zresztą i wszystkiego innego.
• Albo zastanówmy się przez dłuższy moment nad fenomenem tak trywialnym, tak wszechobecnym, że aż niezauważalnym, a jednocześnie niezwykle ciekawym – własnej świadomości. „Ja jestem” zacznijmy od tego prostego sformułowania i idźmy dalej, kto mówi „Ja jestem”, kto jest świadomy sam siebie? Taka wycieczka, jeśli uparcie i konsekwentnie w nią się wybierzemy, doprowadzi nas – a sam nie wiem, dokąd. Doprowadzi do odkrycia, być może, że nasza świadomość to ekran, na którym wszystko się rozgrywa. A ta świadomość nie ma miejsca, czasu, początku, końca, istnieje wszędzie, sama z siebie. W niej się wszystko pojawia. Jest źródłem i kresem. Naszego świata i całego świata.
• Albo poczytajmy trochę poezji, najlepiej poezji mistycznej. Zacytuję ze dwa wiersze Anioła Ślązaka (żeby było bliżej naszej umysłowości „zachodniej”), a jest tego znacznie więcej nie tylko zresztą u niego:


12. Trzeba się wzbić
Gdy duchem wzlecisz, człecze, nad miejsce i nad czas,
To możesz w każdej chwili wieczność poczuć wraz.


183. W środku widzi się wszystko
W środkowym punkcie stań, obaczysz wszystko razem,
I tutaj i w niebiesiech, co jest i co się stanie.


„Forma jest pustką. Pustka jest formą”. Voila. Jedyny kłopot jest taki, że nie wystarczy intelektualne zrozumienie tej kwestii.  Trzeba tę kwestię, jak mówi Mistrz Seung Sahn, „pochwycić”. Przeżyć, odczuć, doświadczyć. Stąd tyle wysiłku w tym całym Zen. Stąd tyle medytacji, stąd tyle walki.  Mistrz Zen Hakuin mówił o trzech filarach praktyki, która do pochwycenia „Pustki” może doprowadzić:
1. Mocny korzeń wiary w słowa Nauczyciela, który bezustannie na Pustkę wskazuje, poprzez swoje zachowanie i mowy. Wiara w to, co Nauczyciel mówi, bo z reguły opowiada on o sprawach niedostępnych zwykłym umysłom. Jest też to przekonanie o własnych możliwościach poznania odpowiedzi na wszystkie pytania. Zuchwałość uczniów Zen jest zaiste Absolutna.
2. Wielki kłąb zwątpienia, czyli podejrzliwość do własnych poglądów, opinii, ogólnie własnego „ja” i tego, co nam podpowiada.
3. Szalony upór w dążeniu do celu, tak, aby w jakimś momencie praktyka przestała mieć jakikolwiek cel poza samą sobą.
I tyle. I można, jeśli trzeba, nazwać „Pustkę” Bogiem. Może być to Bóg panteistyczny albo inny, osobowy. Przejawiający się w swoich stworzeniach. Można, bo nie o słowa tu chodzi. Można, bo są nawet pewne powody, aby to zrobić. Pierwszy powód – obecność. Doświadczenie Pustki jest pewno oświeceniem, czyli czymś, co można uznać za cel praktyki.  Jednocześnie wiele osób opisuje moment oświecenia mówiąc, że jest to taka chwila, jakby wszystko wokół patrzyło na Ciebie, jakby było żywe, jakby było intensywnie obecne. A Bóg jest rozumiany i opisywany, jako podmiotowa obecność. Być może, zatem Pustka jest obecna jak Bóg? Powód drugi – neurologia. Uczeni odkryli, że za myślenie o Bogu odpowiadają najmłodsze rejony kory mózgowej, te same, które związane są z empatią, rozpoznawaniem emocji.  Może, zatem jest tak, że w przypadku wszechpotężnej obecności, wszechobecnej Pustki jej przeżywanie ułatwia nam pojmowanie jej w kategoriach ludzkich, osobowych?

Po trzecie i ostatnie, podczas warsztatu Big Mind, prowadzonego przez Roshiego Genpo uczestnicy zadziwiająco łatwo docierają do niezwykłych poziomów własnego umysłu. Jeden z nich, to poziom „Wielkiego Umysłu”. Roshi Genpo, wznosząc nas na te wyżyny, przygląda się „Wielkiemu Umysłowi” i mówi, że jego drugą stroną jest „Wielka Miłość”. A jak przeżywać miłość bez osoby? Nie można kochać całego świata. Tak ot. Chyba, że ten świat przybierze formę jakiejś osoby. Miłość zresztą powinna być odwzajemniona.
Adepci Zen, nie wierząc w Boga, mają lekko pod górkę, jak widać. Stąd muszą sporo tyrać.

 

Odpowiedź druga – jeśli wyczujemy niejakie zainteresowanie kwestią. Przydatne zwłaszcza dla zwolenników New Age. Niezrozumiałe, tajemnicze, może się nadać do pisma kolorowego. Po tej odpowiedzi pytania raczej ustaną.

 

Studiowanie siebie, to zapominanie o sobie.


Drugie rozumienie Zen, górnolotnie nazwijmy je, Zen Tathagaty (za Mistrzem Seung Sahn’em), to Zen sprzed słów. Tak rozumiejąc Zen, na pytanie:, „Czym jest Zen?”, odpowiedź mogłaby przybrać kształt uderzenia kijem o podłogę. Pierwsza mowa Buddy, na Górze Sępów, polegała na tym, że Budda podniósł do góry kwiat, nic nie mówiąc. Nikt nic nie rozumiał, bo i mowa była o tym, co jest przed rozumieniem pojęciowym, przed myśleniem. Koany odnoszą się do tego właśnie, jak sądzę, aspektu Zen. Wszelkie gesty, nauki, zachowania, które ucinają nasze myślenie, nakierowują nas jednocześnie na ten aspekt rzeczywistości, rzeczywistości sprzed nazwy, sprzed języka, sprzed myślenia. Podczas jednego z wykładów Mistrzyni Zen Bon Shim, na pytanie:, „Czym jest Zen?” odpowiedziała: „Ściana jest biała”.
„Nie ma Pustki, nie ma formy” – Zen milczenia, demonstracji, ewentualnie dziwacznych zachowań.
Ten Zen pokazuje nam nasze uwarunkowania myśleniem pojęciowym, logiką arystotelesowską, uwikłaną w przeciwieństwa. Wydaje mi się, że obrazowe przykłady podaje Alan Watts w książce „Droga Zen”. Weźmy dwa. Zacznijmy od bardziej racjonalnego. Alfred Korzybski (amerykański filozof polskiego pochodzenia) był twórcą semantyki zwracającej dużą uwagę na odróżnienie słów i znaków pojęciowych od tego, na co one wskazują. Podczas jednego z wykładów, uczeń Korzybskiego, Profesor Irving Lee pokazywał uczniom pudełko zapałek i pytał: „Co to jest?”. Studenci zwykle odpowiadali „Pudełko zapałek”. Wtedy Profesor rzucał w kogoś pudełkiem i mówił: „>>Pudełko zapałek<< to dźwięk. Czy TO jest dźwiękiem?”. Świat, który nas otacza jest niepomiernie bardziej skomplikowany od naszych możliwości zrozumienia go poprzez słowa. Wszelka próba nazwania „niewypowiadalnego” świata za pomocą słów jest niemożliwa. Nie ma sensu takiego wysiłku podejmować.
Drugi przykład, jaki znalazłem w tej samej książce. Mistrz pił herbatę z uczniami. Nagle rzucił jednemu w twarz swój wachlarz i zapytał: „Co to jest?”. Uczeń otworzył wachlarz i zaczął się wachlować. Mistrz odparł: „Nie najgorzej”. Następnie podał wachlarz kolejnemu. Ten złożył wachlarz i podrapał się po szyi. Potem otworzył go, położył na nim kawałek ciasta i podał Mistrzowi. Ta odpowiedź spodobała się Mistrzowi jeszcze bardziej.
Czemu Mistrz był zadowolony z odpowiedzi znacznie bardziej absurdalnej? Być może, dlatego, że odpowiedź ta pokazywała, iż uczeń ma umysł całkiem wolny od pojęć, całkiem wolny i przestronny. Gdzie nawet pytanie Mistrza nie ma znaczenia i sensu. Umysł bez myśli. Robił coś, co mu przeszło przez ciało/umysł. Nawet nie starał się zaprząc pojęć, logiki, myślenia do odpowiedzi na pytanie.
Opowieści Zen są pełne Mistrzów wygłaszających mowy w milczeniu, pokazujących palec, jako naukę, zachowujących się, oględnie mówiąc, w sposób niekonwencjonalny. Dzikich Mistrzów. „Czym jest Budda?” a odpowiedź „Gówno na patyku” – bo akurat patyk z gównem Mistrz trzymał w ręku. Taki całkowicie nieracjonalny Zen. Dlatego zresztą wróżę mu zainteresowanie wśród wszystkich brzydzących się racjonalnością, a więc u osób wierzących w energie kosmiczne, pola napięć w ziemi czy gdzieś, słowem wśród zwolenników New Age oraz czytelników pism z życia wróżek. Jednocześnie ten Zen jest chyba, że nieco buńczucznie powiem, nie tyle „nieracjonalny”, co „ponad racjonalny”.
Czy wobec tego taki „bezsensowny” Zen ma jakikolwiek sens? Chyba jednak ma, ponieważ myślenie racjonalne i logiczne samo siebie w kozi róg zapędza. Przytoczę metaforę, jaką usłyszałem na jednym z wykładów mojego nauczyciela na studiach. Gdyby porównać ludzką wiedzę do wyspy na oceanie niewiedzy, to brzeg tej wyspy wyznacza nasze rozumienie świata, naszą wiedzę właśnie. I paradoksalnie im większa nasza wiedza, im więcej wiemy o świecie, im większa, zatem, wyspa, tym jej brzeg dłuższy, tym dłuższe pole styku z niewiedzą i tym więcej pytań, tym, więcej niezrozumienia, tym większa niewiedza i świadomość naszej niewiedzy. Sensowny kierunek poszukiwania, to nie tyle powiększanie wyspy, ile jej zmniejszanie. Bowiem kiedy osiągnie wielkość punktu, wyspa wiedzy zniknie, to i niewiedza zniknie.
Sokrates potrafił udowodnić niemal każde twierdzenie stosując żelazne reguły logiki. W tym twierdzenia doskonale sprzeczne ze sobą.  Doszedł wreszcie do przekonania, że wszystko, co wie, to mniej więcej tyle, że nic nie wie. Historia filozofii to wachlarz, całkowicie sprzecznych ze sobą, a jednocześnie solidnie uzasadnionych poglądów. Zatem nasze zwykłe myślenie ma swoje granice. Zen te granice przekracza, przeskakuje i czuje się świetnie po drugiej stronie. Tym jest wolność jak sądzę. Wolność tę widać dosadnie w koanach. Zgodnie z klasyfikacją koanów, czy nauk Mistrza Linji w koanach są cztery możliwości rozbicia logiki. Jak je wymienia Mistrz Linji:
1. Czasem zabieram człowieka i nie zabieram otoczenia (znika podmiot, zostaje przedmiot).
2. Czasem zabieram otoczenie i nie zabieram człowieka (znika przedmiot zostaje podmiot)
3. Czasem nie zabieram ani jednego ani drugiego (zostaje i podmiot, i przedmiot)
4. Czasem zabieram i człowieka, i otoczenie (znika i podmiot, i przedmiot)
A wszystko po to, żeby wyjść poza ciasne i jednoznaczne kategorie myślowe dzielące świat na podmiot i przedmiot.
W ten sposób docieramy do punktu, gdzie myślenie i słowa wygasają. Nie mają sensu, bo jakże mówić o niewypowiedzianym? Im mniej pojęć, opinii, poglądów, tym lepiej. Im bardziej wygasa nasze myślenie tym lepiej.
A teraz na moment zawitajmy na podwórko religii z Bogiem. Jednym ze sposobów myślenia o Bogu jest teologia apofatyczna. Tak jak ją rozumiem, o Bogu nie można powiedzieć nic twierdzącego, Boga można opisywać tylko za pomocą języka negacji, można mówić tylko, jaki Bóg „nie jest”. Tak, więc można tylko powiedzieć, że nie jest śmiertelny, nie jest skończony. Inne słowa wobec Boga tracą swoje znaczenie. Nawet stwierdzenie „Bóg jest” nie jest uprawnione, bo zakłada, że słowo „jest” rozumiemy na ludzki sposób, a Bóg nie „jest”, nie istnieje jak człowiek. Myślę, że coś w tym duchu miał na myśli Anthony De Mello pisząc opowieść, kiedy do Mistrza przychodzi uczeń i pyta o Boga. Mistrz odpowiada: „Dobrze opowiem Ci o Bogu, ale najpierw postaw krzesło po lewej stronie” Uczeń pyta: „Po lewej stronie, czego?”. A Mistrz na to: „Opowiedzieć Ci, o czym?” Jakoś bliskie Zenowi bez słów się wydaje. Różnica wobec teologii apofatycznej jest jednak i taka, że Zen dość radykalnie uznaje, że nawet otwarcie ust to grzech śmiertelny.
A teraz trochę nauki. Skoro zmagam się z racjonalnością i nieracjonalnością. Wykażmy, że nasza maszynka do myślenia ma swoje wady.
Potocznie uważa się, że ludzki mózg jest czymś w rodzaju superkomputera. Naszą pamięć, postrzeganie traktujemy, jako wierne odbicie rzeczywistości. Jednak naprawdę jest nieco, a nawet, zupełnie inaczej. Ludzki mózg jest „urządzeniem” aktywnym, co między innymi oznacza, zniekształcającym rzeczywistość. Tezę tę ilustrują chociażby popularne tzw. złudzenia optyczne. Czasami widzimy coś, czego nie ma, czasami nie wiemy, co widzimy, czasami, tło na tyle zaburza postrzeganie, że widzimy coś inaczej niż w rzeczywistości. Poniżej przykład.
Na poniższym obrazku widzimy czarne kropki pomiędzy kwadratami. Rzecz jasna, nie tam żadnych kropek.

 

(tu powinien być obrazek)

 

Jednym z zastosowań opisywanych mechanizmów, a więc faktu, że ludzki mózg aktywnie wpływa, na (czyli zniekształca) rzeczywistość, jest psychologia sądowa. A zwłaszcza problem tzw. naocznych świadków. Wiadomo, że to, co widział świadek to jedno, a to, co się zdarzyło naprawdę, to drugie. Weźmy jeden przykład z branży ubezpieczeń. Załóżmy, że w sądzie odbywa się rozprawa dotycząca wypadku samochodowego, podczas której to rozprawy mamy osądzić, z jaką prędkością jechał samochód przed wypadkiem. Jedynym, nam dostępnym, źródłem wiedzy w tej materii są zeznania naocznych świadków. W zależności od tego, w jaki sposób zadamy świadkowi pytanie, otrzymamy różne odpowiedzi. Jeśli spytamy: Z jaką prędkością samochód uderzył w drzewo? otrzymamy prędkość średnio o 12 kilometrów na godzinę mniejszą niż w przypadku pytania: Z jaką prędkością samochód roztrzaskał się o drzewo?.
Kultura, w której dorastamy, wpływa na sposób postrzegania świata. I to wręcz dosłownie. Jak dowodzą badania prof. Johna Gabrielego z McGovern Institute for Brain Research w Massachusetts Institute of Technology, mózgi osób pochodzących z różnych kultur w odmienny sposób przetwarzają te same informacje. W największym skrócie można powiedzieć, że mózgi Amerykanów łatwiej, szybciej koncentrują się na informacjach znajdujących się pierwszym planie. Niejako ignorując informacje znajdujące się w tle, kontekst sytuacji. Odwrotna zależność występuje w mózgach osób pochodzących z Azji. Do tej pory myślano, że różnice w postrzeganiu są uwarunkowane wyłącznie kulturowo. Kultura zachodnia, amerykańska, jako bardziej indywidualistyczna, uczy nas koncentrować się na pierwszym planie. Kultury wschodnie, akcentujące interes wspólny, zbiorowość, kładą większy nacisk na kontekst, otoczenie zdarzenia. Badania te pokazują jednak, że te różnice uwidaczniają się nawet na poziomie mechanizmów neurologicznych. Prawdopodobnie nasza kultura, trening, jaki przechodzimy żyjąc w danej społeczności, modyfikuje nasze reakcje neuronalne.
Mam nadzieję, że po tym wywodzie uznamy, że nielogiczność i bezsensowność Zen, nie jest taka całkiem nielogiczna i bezsensowna. A przynajmniej przestaniemy być tak bardzo dumni z naszych mózgów. Możemy uznać, że milczenie bywa rzeczywiście najlepszą odpowiedzią.
„Ani pustki, ani formy”, bo kiedy coś powiem wszystko stracę.
Taki nielogiczny Zen ma jedną ważną zaletę. Nic nie klejąc z Zen możemy wszakże wykonać jakiś gest, a następnie dorobić do tego ideologię, choćby taką, jaką dorabiam w tym tekście. Albo jeszcze lepiej można milczeć, głębią milczenia. Patrząc w oczy. O ile dobrze pamiętam, takie zachowanie było na tyle popularne, by nie powiedzieć „nadużywane”, przez adeptów buddyzmu, że w średniowiecznych Chinach zmuszono mnichów, cesarskim edyktem, do udzielania odpowiedzi „ustnych”.
Zen nie ufa naszym mózgom (i słusznie). Milczy, podskakuje, pokazuje palec. Wreszcie chwyta za nos, aby przywrócić nas sobie. Albo zabrać nas nam samym. Albo wymazać wszystko, czy wreszcie wszystko przywrócić. A po to, aby zyskać wolność niepojętą. I zrozumieć, czego zrozumieć nie można. Przerwać koło zapętlonej samoświadomości. Gdzie całkiem pięknym stanem umysłu jest „Nie wiem”.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy absolutnie wolni od różnych przekonań, opinii, posiadania zdania. Co więcej, już od dawna jesteśmy od tego wolni. Wyobraźmy sobie, zatem absolutną wolność od:
• Przekonania, że życie ma sens, musi mieć sens, może mieć jakiekolwiek znaczenie, ma znaczenie, które muszę odkryć, że są rzeczy wartościowe i bezwartościowe,
• Przekonania, że życie może być wartościowe lub bezwartościowe, że mogę życie zmarnować, mogę je spożytkować dobrze lub źle,
• Przekonania, że jestem kimś wartościowym lub bezwartościowym, mądrym, głupim czy jakimkolwiek innym, wyobraźmy sobie, że da radę żyć nie mając żadnego zdania o sobie, przekonując się o sobie z chwili na chwilę lub w ogóle nie przekonując się o tym,
• Od wszelkich innych przekonań i opinii. Wyobraźmy sobie, że wszystkie te (czasem nawet bardzo skomplikowane) myśli i tezy są rodzajem baniek mydlanych, które się mienią kolorami tęczy. Są piękne do oglądania, ale po chwili znikają. Możemy się spierać, dyskutować, walczyć ze sobą. A wszystko to słowa, które za chwilę znikną i odlecą w ciszę. Rzeczywistość pozostaje nieporuszona, a my mamy fajną zabawę.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że to już mamy w sobie, wokół siebie, wszędzie. Rzeczywistość jest wolna od słów i przekonań. Rzeczywistość jest. I tyle. Przypomina mi się w tym miejscu rodzaj manifestu poetyckiego Miłosza, który postulował, aby poezja była jak najbliższa opisywanych rzeczy. A tern stan najlepiej osiągnąć, kiedy obserwator zejdzie ze sceny. Kiedy opis jest wolny od obserwującego podmiotu.
Wydaje mi się, że w tym kontekście lepiej rozumiem to, co zrobił, Roshi Kwong podczas wizyty w Eiheiji. Otóż Roshi podniósł dachówkę i napisał na niej: ”To jest dachówka”. Co za perfekcyjne użycie słów!

 

Odpowiedź trzecia – moja ulubiona. Nie wiem, dla kogo. Dla lekkoduchów? Nieco naiwna. Może nawet bardzo naiwna. Ale co tam.


Zapominanie o sobie to oświecenie przez tysiące dharm.


„Pustka jest Pustką, forma jest formą” albo jak powiedział Roshi Kwong: „Dwa jest równie ważne jak jeden”. Co między innymi znaczy, że jest różne. I tożsame zarazem.
Trzecie rozumienie Zen, stawia, jak sądzę, znak równości pomiędzy samsarą i oświeceniem. Między zwykłym życiem, a życiem świętym. „Zwykłe życie pasuje do absolutu, jak skrzynia i jej wieko” jak głosi wiersz Sandokai. Nawet więcej, zwykłe życie nie tyle PASUJE, co JEST Absolutem.
Parafrazą tego rozumienia może być opowiastka, a już nie wiem skąd ją wziąłem, jak ktoś spytał Mistrza: Co to jest miłość?. Mistrz odrzekł: Ty mnie pytasz, ja Ci odpowiadam, to właśnie jest miłość.
Dogen w jednym ze swoich pism mówi: „Nie bądźcie tacy pewni, że będziecie wiedzieć, że jesteście oświeceni”. No tak, bo przecież nie o oświecenie chodzi. Ale o życie. O odkrycie tego jedynego, niepowtarzalnego życia. O nie samo. A nie o oświecenie, które dopiero to życie pięknym uczyni. Tak powstała herezja Mahajany, która nie szuka oświecenia gdzieś i kiedyś tam, ale właśnie TU i TERAZ. Na miejscu. W tej chwili. Taka jest moja obsesja, od kiedy siedzę. Zen jednego słowa: TERAZ. To jest chyba intymność, jaka widnieje w podtytule książki Roshiego Kwonga „Intymne serce Zen”.
Roshi Genpo opowiadając o drodze do oświecenia mówi o kilku etapach. Jeden z nich to „Oświecenie”  (co rozumiemy samo przez się), kolejny jednak, po oświeceniu, to  „Upadek”, powrót do świata relatywnego. Jednak ten etap Roshi Genpo nazywa „Wielkim urzeczywistnieniem”. Dopiero potem człowiek staje się Wielkim Mistrzem, takim, który posiada „Ja” odradzające się na nowo w każdej chwili, wiele tysięcy razy na dobę. Stan ten jest nieopisywalny, można nim tylko być. Można nim być tylko w TERAZ. W moim pojęciu dopiero pełne zanurzenie się w świecie relatywnym otwiera drogę do Wielkiego Oświecenia.
Może i ładnie brzmi, ale jest kilka kwestii do rozważenia. Zacznę od najbliższej, tej, w której aktualnie przebywam, a przebywam na dość nudnej konferencji. Trzymam komputer na kolanach i piszę. Wygląda jakbym pilnie notował słowa prelegentki. Nawet ktoś mi zdjęcie zrobił, mam nadzieję, że tytuł będzie: „Pilny uczestnik” albo coś podobnego. Zatem czy nudne zebranie, konferencja czy inny sposób tracenia czasu jest oświeceniem? Czy może tylko samsarą oddzielającą mnie od życia? Co jest, zatem pięknego w tej konferencji? Roshi Kwong podczas jednej ze swoich publicznych mów w Trójmieście, wygłaszanej na dość podłej sali, powiedział mniej więcej coś takiego, rozglądając się po sali urządzonej w stylu późnego „gierka”: „Możecie sobie nie zdawać z tego sprawy, ale ta sala jest perfekcyjna”, a w jego oczach pojawił się ogień zachwytu. Na czym polega perfekcyjność tej konferencji? Może na tym, że:
• Jest doskonałą okazją do medytacji, siedzącej medytacji. Przekształcania słów prelegenta w dźwięk. Neutralny dźwięk, śledzenia jak słowa te wracają do swego źródła – ciszy.
• Stanowi piękny nawóz, bagno, z którego wyrasta lotos, nie od razu, co prawda, ale może kiedyś? Im więcej nawozu, tym piękniejszy lotos z niego wyrasta. Zatem niech konferencja trwa następne kilka dni!
• Można znaleźć w tej konferencji dużą wartość dodaną, wystarczy wziąć ze sobą notes i skupić się na zupełnie czymś innym. Cisza, spokój, ogólna atmosfera wysiłku umysłowego pozwolą na napisanie czegoś, przemyślenie czegoś. Normalnie w bieganinie codziennej nie mam na to czasu. A tu proszę, specjalnie dla mnie zaaranżowany wolny czas, telefon wyłączony, ja sam niedostępny, nikt nie może się dodzwonić. Gdyby nie ta konferencja, nie miałbym ani chwili wolnej, a tu voila!
• Można odkryć w sobie różne uczucia i smakować je jak dojrzałe, cierpkie lub słodkie owoce. A uczucia te rozpościerają się szeroką paletą: od pogardy dla idiotyzmu wykładu (co podnosi moją własną wartość), przez współczucie wobec drżącego z nerwów głosu (dzięki czemu bliżej jestem wyzwalaniu czujących istot), do radości poszukiwania, choć jednej ciekawej informacji w tym, co jest pokazywane na ekranie (co zbliża mnie do zrealizowania podstawowego sensu mojej tu obecności). Albo milion innych uczuć, pomysłów, przeczuć. No super.
• Można poddać się sytuacji i płynąć z jej nurtem, jaki by on nie był. Jak tylko pogrążę się w tym, co jest TERAZ, otwierają się wrota do pełnego zachwytu oglądania tego, co jest. Tej przepięknej scenerii życia, ludzi, którzy jak i ja cierpią, przepięknych i zachwycających form świata. Defilady pokoleń, mielenia idei, ogólnie zachwytu nad życiem, ludźmi, salą. A wszystko zaiste perfekcyjne i piękne. Wystarczy tylko otworzyć się na to, co się dzieje TERAZ. A dzieje się dokładnie tylko to, co się dzieje.
Inna kwestia. Wracając z konferencji autem zostałem przyłapany na przekroczeniu prędkości. Powstaje, zatem zasadne pytanie czy i w tej sytuacji wszystko jest na swoim miejscu? Zanurzywszy się w wysupływanie z portfela ostatnich pieniędzy, licząc przesadną liczbę zebranych punktów odkrywam, co następuje:
• Mogę zacząć się litować nad samym sobą, co jest wspaniałą okazją do odczuwania pełni życia, także w jego aspektach mniej pozytywnych. Zacząć obserwację własnych reakcji, własnej rozpaczy, buntu. Ogólnie przypatrzeć się mechanizmowi swojego automatyzmu. Odkryć mechaniczność mojego działania. Mogę wreszcie się wkurzyć, negocjować, robić cokolwiek. Wypuścić dziką krowę, jaką jestem na wielkie i przestronne pastwisko. I niech sobie skacze. A ja z boku się jej poprzyglądam.
• W zakamarkach głowy czają się rozważania na temat winy i kary, odpowiedzialności i wolności, ponoszenia konsekwencji za własne uczynki. Cały świat pokazuje się jako wielka matryca współzależności. Na wschodnim wzgórzu wieje wiatr, na zachodnim wzgórzu pada deszcz. Wszystko jest powiązane – jadę za szybko – dostaję mandat. Co za nauka! Zaczynam nawet odczuwać wdzięczność do panów w białych kapeluszach za tak doniosłe nauki. Zaiste Mowa Dharmy trwa na okrągło, 24 godziny na dobę.
• Mogę wreszcie urządzić manifestację polityczną, przyczynić się do podniesienia poziomu moralności w naszym steranym kraju. A wystarczy, że nie zaproponuję łapówki, tylko jak porządny obywatel zapłacę za mandat, taki jak się należy. W ten sposób przyczynię się do poprawy kondycji moralnej naszego społeczeństwa, a milicjantów uratuję przed wykroczeniem. Jakbym ze trzy (w tym i siebie) malutkie istotki czujące wyzwolił. I znowu wdzięczność się pojawia, że taka możliwość była mi dana.
• Mogę rozejrzeć się wokół, spotkać niezwykłych ludzi, albo przynajmniej niezwykłe miejsca, odpocząć chwilę w podróży. Poczuć delikatny wiaterek na twarzy, zobaczyć delikatną, wiosenną zieleń malutkiego zboża na pobliskim polu. A może uratowali mnie od czegoś wielokrotnie okropniejszego?
• Albo też, powoli, medytacyjnie wyjąć dokumenty, wolno sprawdzić prędkość na radarze, z uwagą zobaczyć, że to 145 kilometrów na godzinę, wysłuchać pouczeń, odpowiedzieć, czemu jadę tak szybko. Wolno usiąść na fotelu w milicyjnym aucie, posiedzieć, zapłacić. Wreszcie podziękować niebieskim Buddom za ich trud. Wsiąść i pojechać dalej.
W realizacji takiego podejścia do Zen pomaga mi mała sztuczka. Polega ona na tym, że czasem oglądam siebie i swoje życie jak film w kinie. Jakby nieco z boku. W tym filmie akcja czasem się zagęszcza, czasem staje śmieszna, czasem dramatyczna. Jak to w filmie. I stosuję się do rady Georga Bernarda Shaw, który zalecał, że jeśli akcja dramatu staje się nudna, należy zwolnić akcję. Ja staram się zwolnić akcję przy innych okazjach także. Tak, więc jeśli coś zaczyna być nudne, nieciekawe, ale też pełne goryczy czy rozpaczy, wtedy należy zwolnić akcję, przystanąć i spowolnić ruch. Zanurzyć się w TERAZ. A wtedy zaczyna się dziać ciekawie i w pełnym rozkwicie. Tylko jednego nie mogę opanować, czemu po poniedziałku jest tak szybko następny poniedziałek.

 

W zanadrzu mam jeszcze jedno rozumienie Zen – popkulturowe, a więc nadające się do telewizji i przemówień na masowych wiecach. Ale o tym innym razem, o ile będzie mi ten inny raz dany.