Wspomnienia z Ango 2007

 

1. Jakieś gęste było to Ango, intensywne. Po snach to widziałem. Pierwsze sny agresywne były: wojna, walka, zabijanie, konflikty. Mocne i krwawe. Potem były sny przerażające. Jeden z nich z grubsza pamiętam, że płynę na stateczku po sinym oceanie, a wokół sztorm, a pod nogami woda i nagle tuż przed dziobem wyrasta wielka jak wieżowiec sina fala; za chwilę pochłonie malutki stateczek. W ostatniej chwili łapię jakąś barierkę na łódce i w ostatniej chwili potężna fala rozdziela się na dwie i robi nam przejście, a my płyniemy obok ściany grzmiącej wody. Przeżyłem. Potem były sny interpersonalne, znaczy, z ludźmi, jakieś z nimi flirtowanie, podrywanie, ale też i animozje i konflikty. Aż na koniec ze dwa sny – filmy, w których byłem Jamesem Bondem i ratowałem ze strasznych opresji piękne kobiety. Jak to w filmie. Niechętnie z nich się budziłem na pokłony poranne. Mój pobyt na Ango wydał mi się skróconą metaforą mojego życia od dzieciństwa aż do teraz, dojrzewania w dwa tygodnie. (Prawdę mówiąc nie jestem Bondem, ale mniejsza o to. Może zostanę jeszcze? Może w końcu?). Począwszy od przeżyć archaicznych, lękowych, niezrozumiałych – jak u dziecka małego. Przez adolescenckie próby kontaktów z płcią przeciwną, próbowania zakazanego owocu, pierwszych uniesień międzyludzkich. Po realizację mitu dorosłego, spełnionego mężczyzny – wojownika – Jamesa Bonda. Swoje życie w dwa tygodnie ścieśniłem, a raczej ono samo się ścieśniło. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Bo co może być lepszego od bycia Jamesem Bondem?

 

2. To Ango było dla mnie jakoś inne od poprzednich. Prawdę mówiąc wielkiego doświadczenia w tym nie mam, ale zawsze. W poprzednich latach jakoś tak się działo, że Ango i Sesshin odczuwałem jak coś w rodzaju powrotu do domu, jak powrót do starych dobrze znanych miejsc i zachowań. Dziwne, bo wtedy wszystko to było dla mnie raczej nowe. Tym razem - dokładnie odwrotnie, wszystko co się działo, odbierałem jakby przydarzało mi się pierwszy raz w życiu. Niemal wszystko budziło we mnie lekkie zdziwienie i zaskoczenie. Niezależnie od tego na ile rzeczywiście było to nowe. Szczególnie podczas orioki za każdym razem odkrywałem na nowo, gdzie co i jak się układa, co po kolei podnosi i śpiewa. Zauważyłem dwie konsekwencje tego stanu. Po pierwsze: ilość błędów utrzymywała się na stałym poziomie. Małym pocieszeniem jest fakt, że błędy te były co i raz inne. I to była konsekwencja mniej sympatyczna. Po drugie, pomimo wykonywania tych samych rytuałów strasznie mnie to ciekawiło, jak w teatrze, podczas sztuki, z zaciekawieniem czekałem, co będzie dalej, w jakim kierunku rozwinie się akcja. I to była konsekwencja miła. Żadną jednak miarą nie rozumiałem czemu służy Ceremonia Koła.

 

3. Przez długi czas myślałem, że studiowanie Zen jest podobne do zwykłego studiowania zwłaszcza w pewnym momencie. Otóż na studiach, naukowcy prowadzący zajęcia bardzo dobrze przygotowują studentów do pracy, ale do dość specyficznej pracy. Sądzę, że przygotowują najlepiej do pracy naukowca. Nieco gorzej do innego typu pracy zawodowej. Jest to dość logiczne, skoro naukowcy prowadzą zajęcia, to i stanowią wzór dla studentów, wzór także zawodowy. Na wielu zresztą studiach, a z pewnością na moich, program jest tak ułożony, że przygotowuje bardzo dobrze do kariery naukowej. Wydaje się, że logiczną drogą po studiach, jest pozostanie na uczelni. W Zen wydawało mi się, że jest podobnie. Że najlepszą drogą Zen jest bycie, w jakiejś przyszłości, tak jak Roshi, nauczycielem Zen, a przynajmniej mnichem. Że realizacja tej drogi musi prowadzić do odrzucenia świata, do wstąpienia do klasztoru. Wręcz w jakimś sensie byłem przekonany, że jest to jedyna droga dająca pełną realizację „ideałów” Zen. Podążanie drogą Zen było stawaniem się „jak” Roshi, aż wreszcie staniem się Roshim. Aż tu nagle, no może nie nagle, bo to wszystko jakoś, gdzieś czułem czas jakiś temu, aż tu nagle doszło do mnie, że niekoniecznie. Ślubowanie Bodhisattwy mogę realizować na mojej własnej ścieżce, świeckiej drodze. Co więcej, że być może zrobię to znacznie sensowniej, lepiej i skuteczniej (cokolwiek te słowa znaczą), właśnie w moim zwykłym życiu. Wykorzystując do tego moje, skromne, bo skromne, ale jednak, talenty. Otworzyła się przede mną przestrzeń całego mojego życia, które wreszcie mogę docenić i nie traktować go jako etapu na drodze do wstąpienia w szaty mnisie. Drobne odkrycie, ale zawsze cieszy. Że może mogę być „Mistrzem” w tym co robię. Że jeszcze tyle odkryć przede mną. Pozostaje drobna rzecz: odkryć co to znaczy „być mistrzem” w tym co robię. No i zostać mistrzem. Odkryć swoją drogę. I pójść nią do końca. A najlepsze, że już tą drogą idę, że cały czas leży pod moimi nogami. Sporo luzu zyskałem, takiego mniej napinania się.

 

4. W połowie Ango dopadło mnie silne uczucie absurdalności, nienaturalności, sztuczności tego, co tam robimy, zwłaszcza formy. Przecież w życiu „zwykłym” nigdy nie chodzę z rękami splecionymi na brzuchu, nie stawiam kroczków jak w kinhin, nie robię ofiary dla głodnych duchów w czasie jedzenia, nie jem pałeczkami, nie wstaję o 4:30 i niewsypany nie lecę na pokłony. Wszystko to, co tam powszechne i normalne, wydało mi się nienormalne i wręcz śmieszne. Co gorsza komletnie odjechane i nieprzystające do zwykłego życia. W ten sposób i Zen od życia się oddalał. Trochę to trwało. Najpierw udawałem, że nie czuję tego wszystkeigo. Ale nie dało rady ukryć. A potem puuuufff i odleciało. I zacząłem lubić i cenić formę. Po pierwsze dlatego, że całkowicie zwalnia mnie z podejmowania decyzji jak usiąść, co zjeść, jak się zachować, co robić. Wszystko co robię, to wykonuję przewidziane ruchy i gesty. Z całkiem wolną głową. Umysł nieco zwariował z tej wolności i w pewnym sensie nieprzydatności, czy też braku zajęcia. A potem, po drugie, zaczął się koncentrować na precyzyjnym wykonywaniu pięknych, płynnych i zawsze takich samych gestów. Miarą mojej koncentracji stały się popełniane błędy, odstępstwa od formy. Jak co i rusz nawalałem, to wracałem do koncentracji, do oddechu, do formy. Precyzyjnie wiedziałem czy jestem „tu i teraz” czy nie. Inaczej leżąca pałeczka, łyżka nie tam gdzie trzeba, dyndające ręce, zgarbiona głowa wszystko to otrzeźwiało mnie i przywracało światu. Po trzecie, patrząc na Roshiego, patrząc na siebie, zacząłem odkrywać, że forma to nie tylko palec wskazujący na księżyc, to nie tylko droga do Umysłu. Wyraźnie poczułem, że palec i księżyc są jednym, że droga i Umysł są jednym. Forma wskazuje na Pustkę, ale sama w sobie jest Pustką. I forma przestała być absurdalna, stała się czymś pożądanym, pięknym i chciałbym wypełnić nią całe życie. Forma to życie absolutne. Tylko wciąż nie wiem jak to zrobić w restauracji.

 

5. W trakcie Ango przeżywałem całe „tłumy” różnych emocji. Spektrum dość spore: od niepohamowanej wręcz agresji, przez smutek zapierający dech i wyciskający łzy, poczucie kompletnej przegranej, odrzucenie, niechęć do ludzi i wiele innych. Aż do ekstazy religijnej tak dużej, że zakochałem się w podłodze. Myślałem, przez pewien czas, że powinienem zmienić sektę, na taką, gdzie oddaje się ekstatyczny hołd Bogu. Wreszcie czułem wybaczenie sobie i innym, czułość tak wielką, że mieszczącą cały świat. Długo mógłbym jeszcze pisać co mi tam w duszy grało. Litania mogłaby być pokaźna. Dwie rzeczy jednak poruszyły mnie naprawdę mocno. Po pierwsze to, że smakowałem tych uczuć do końca, nie uciekałem przed nimi, zresztą i tak za bardzo nie miałem gdzie. Jakoś tak świadomie i do końca je przeżywałem, choć czasami naprawdę bolało. W sumie było jakoś tak, że nie kłamałem przed sobą. Odkryłem za to, że na co dzień to całkiem sporo sam przed sobą udaję i kręcę. Po drugie, dziwnym odkryciem był fakt, że uczucia, myśli, przekonania, opinie, stany, które przeżywałem, które czasem na dno piekła mnie zrzucały lub na szczyty szczęścia wznosiły, że wszystko to po prostu mija, rozpływa się w pustce. Chciałoby się powiedzieć „wraca do źródła”. Jak chwilę przytrzymałem, nie od razu rzucając się do wyrażania rozpaczy lub powalającej radości, wtedy to wszystko co takie silne i realne było, roztapiało się zwolna. Znikało. A świat trwał nieporuszony i to było najpiękniejsze. A ja czułem coraz więcej i intensywniej. A nawet miałem wrażenie, że nie boję się oglądać świat, a przynajmniej coraz mniej się boję. I wtedy właśnie siedziało się najlepiej. Jakby nie mnie się siedziało, tylko komuś innemu się siedziało, jednym z oddechem się było. Nawet ból kolan był miły. Chogyam Trungpa pisał, że nasz mały umysł wytacza w walce o swoje przetrwanie „żołnierzy – emocje” żeby zamącić, żeby nas do siebie przywiązać. Co ciekawe te wszystkie przeżycia były zarówno realne i nierealne. Realne, bo powodowały różne sensacje w ciele, różne decyzje skłonny byłbym podejmować pod ich wpływem, ból lub przyjemność jakie powstawał były zaiste realne. Jednak po chwili odpływały jak chmury i pozostawało czyste niebo. Wtedy czułem, że są nierealne. I wtedy przypomniało mi się, a już nie pamiętam skąd: „Niebu nie przeszkadzają sunące po nim obłoki”.

 

6. W książce „Nie zawsze Tak” Roshi Suzuki (cytuję z pamięci, posiłkując się swoim rozumieniem tego akapitu) opisuje przygodę z kąpieli na plaży. Otóż w pewnym momencie Suzuki dość niefrasobliwie wszedł do głębszej wody, pomimo tego, że nie umiał pływać, nie przejmował się potencjalnym zagrożeniem. Był przekonany, że z pewnością któryś z jego uczniów, obecnych na plaży, w razie czego rzuci się na ratunek. No i stało się. Suzuki zachłysnął się wodą i zaczął się topić. Nikt nie przyszedł mu jednak na ratunek, nikt po prostu nawet nie zauważył, że Roshi wpadł w poważne kłopoty. Roshi rozwija tę myśl w kierunku konkluzji, że nie brał poważnie zagrożenia, że za bardzo liczył na czyjąś pomoc. Podobnie jest z Zen, nie można  liczyć na kogokolwiek poza samym sobą, że jeśli się sprawę traktuje poważnie, to trzeba się naprawdę praktyce oddać całym sobą, całym swoim życiem. Inaczej się utonie. W pierwszym momencie rozumiałem ten fragment książki jako wezwanie do poważnej, rzeczywistej i wypełniającej życie praktyki. Coś w rodzaju: „Nie traćcie czasu nocą i dniem”. Rzuciłem się w praktykę, w uczynienie z niej osi mojego życia. No i trwało to jakiś czas. Jeździłem na wiele weekendowych seshin w trakcie roku, czytałem sporo o Zen. Nawet chciałem nawracać innych, bo przecież Zen był w moim mniemaniu naturalną i najlepszą drogą dla każdego człowieka. Nie zauważyłem, że dzięki tym wszystkim zabiegom czy, precyzyjniej mówiąc, przekonaniom, wcale, ale wcale nie byłem sam. Miałem bardzo poważną pomoc w postaci dwóch i pół tysiąca lat tradycji, wielu patriarchów, nauczycieli, wskazówek i tego wszystkiego. Co więcej, coraz bardziej oddalałem się od słów Buddy: „Bądźcie sami dla siebie światłem”, oddalałem się od rzeczywiście poważnego traktowania mojego rozwoju jako zadania dla mnie i tylko dla mnie, przeze mnie. Tym bardziej zagrożenie, że Roshi przestanie przyjeżdżać do Polski stało się dla mnie powodem do przeżywania trudnych stanów emocjonalnych w rodzaju: jak ja teraz sam dam sobie radę? Czułem się tak jakbym do chodzenia potrzebował kul, a pojawiło się zagrożenie, że ktoś może mi te kule zabrać. Głównie bałem się. Sanga się rozpadnie, a moje życie ułożone w taki sposób, że Zen dawał mu sens, znacznie się pogorszy. I przeżyłem przerażenie możliwością, że moja praktyka się skończy. I trwałem w tym przerażeniu czas jakiś, a sam nie wiem jak długo. I minęło, odeszło, zniknęło. Na tym Ango. Po obiedzie kiedyś. Zostałem sam, bez pewności praktyki, bez pewności, że Zen zawsze będzie ze mną, że ktokolwiek czy cokolwiek mi pomoże. I mam wrażenie, że dopiero teraz traktuję sprawy poważnie. Nie mam w nikim i w niczym oparcia, jestem całkowicie sam. I tak to jest. Ale nie boję się. Jestem sam dla siebie światłem. No, przynajmniej malutkim ogienkiem. Gdzieś we mnie powstało krzesełko, na którym sobie siadam i jest OK. I to krzesełko mam zawsze ze sobą. Nawet jak znikną z powierzchni ziemi wszystkie książki o Zen, nawet jak Zen to będzie szwindel w rodzaju „Matrixa”. Teraz czuję wielką wdzięczność do Roshiego, że tyle lat tu jeździł, że tyle zrobił, że w ogóle miałem okazję go spotkać. Jakoś tak realniej się Zen w życiu osadza. Malutko się osadza, ale naturalniej. Mam przynajmniej taką nadzieję. Żeby tylko nie zostać narcyzem.

 

7. Były różne siedzenia, co dość oczywiste. Były więc takie, że siedziałem zalany potem, przepełniony intensywnymi emocjami, zakręcony galopem myśli, z bolącymi nogami, plecami, szyją i rękami, senne, trwające nieskończoność. Były i takie, że miło się siedziało, wygodnie i przyjemnie, z dumą się siedziało. Były też takie, że nie ja siedziałem tylko za mnie ktoś siedział, a ja byłem z boku, albo wręcz w ogóle mnie nie było. Była cisza, nieruchomość,  świat jakiś przestronny się robił wokół i jakiś taki jeden ten świat był. A w tym świecie mnie nie było. Wtedy rozumiałem słowa Roshiego, żeby za bardzo nie przywiązywać się do idei, że to „ja siedzę”, że to Budda za mnie siedzi. Wtedy podczas kinhin nic nie szło, wszystko stało w bezruchu, co więcej, ze zdziwieniem odkrywałem, że świat tak naprawdę cały czas jest nieporuszony, stoi. Wydaje mi się, że odkryłem pewną sekwencję zdarzeń. Najpierw siedzenie „okropne”, zakręcone, emocjonalne, trudne fizycznie i psychicznie. Potem siła wstępowała we mnie, aż wreszcie czyste siedzenie beze mnie, czyste, aż boję się powiedzieć, samadhi. Co więcej im mniej walczyłem z tym trudami, tym szybciej przychodziło, to co potem, samadhi. Dwa odczucia mi się pojawiły. Po pierwsze, że tego spokoju i nieporuszenia nijak sprowokować sam z siebie nie daję rady, że przychodzi ono kiedy chce, nie kiedy ja chcę. Ale też, że wystarczy czekać bez nadziei, że się pojawi, a przyjdzie samo z siebie. Zobaczyłem Buddę, który chodził po Zendo i co jakiś czas siadał to na jednej, to na drugiej macie. Ale logiki tego siadania nie jestem w stanie pojąć. Wiem, że Budda tam był. Po drugie, że te trudności, te emocje, ten mętlik, to wszystko to jest „błoto, z którego wyrasta lotos”. Wtedy zacząłem lubić te moje trudności i kłopoty, bo im większe były, tym większe wyzwolenie zwiastowały. W jakimś sensie były tożsame z tym co potem.

 

8. Zadanie karkołomne, a może nawet niewykonalne – znaleźć odpowiedź na pytanie – kim jestem? Przyłożyłem się do zadania jak umiałem i oto co mi z tego wyszło. Nic. Znaczy przekonałem się naocznie, że za moimi myślami, emocjami opiniami, niechęciami i chęciami, że za tym wszystkim jest jakby nic. Co więcej - stałem się jak gdyby podwójny. Miałem dwie świadomości, przez czas jakiś. Jedną świadomość mnie samego, taką zwykłą świadomość, że jestem, że jestem w jakimś sensie realny. To było dziwne odczucie, bo jakiegoś konkretnego „ja” nie znalazłem. Był tylko strumień wciąż zmieniających się myśli, emocji. I ten strumień to było „ja”, które udało mi się odkryć. Co więcej to „ja” nie było stałe, wciąż się rodziło i umierało, w rytmie oddechu, albo znacznie szybciej. Ale była i druga świadomość, jakby z zewnątrz mnie obserwująca, świadomość bez podmiotu, świadomość nie moja, zaiste niczyja; patrząca na mnie jak na drzewo, kamień czy innych ludzi. Ta druga świadomość była widzem w kinie, na filmie, w którym grałem główną rolę; ta świadomość z kolei była absolutnie nieporuszona; z dystansem do wszystkiego; spokojna; jedyne co mi do głowy przychodzi to: była jak matka, cierpliwa i kochającą; stale dająca do zrozumienia, że wszystko jest bardzo, ale to bardzo OK. A co gorsza obydwie świadomości: ta świadomość „strumienia” i „obserwatora” były jedną świadomością. A ta podwójno – pojedyncza świadomość, choć odczuwana realnie, nie była rzeczą, istniała w dziwny i niezrozumiały sposób. Tak jakby była niczym, albo pustką jakąś. Brzmi to jak brednie szaleńca czy schizofrenika. Trudno. I w ogóle bym o tym nawet sam sobie nie wspomniał gdyby nie fakt, że było to niezwykle przyjemne. Swoją drogą strasznie to fajne, że taka rzecz jak „bycie” czy „świadomość”, tak oczywiste i banalne, że o nich zapominamy na co dzień, że owo  „bycie”, a raczej studiowanie „bycia swego”, może być źródłem sporej frajdy. Co więcej można to robić na co dzień, bo przecież „bycie” jest zawsze pod ręką. Teraz patrzę na moje ręce klikające w klawisze komputera i kurcze nie wiem jak to jest, że się ruszają, kto je rusza. Łoł, ale jazda. Bo przecież się ruszają. A już kompletnie nie wiem skąd przychodzą myśli, co się potem na ekranie zapisane robią. Bo powiedzieć, że z pustki, to niehonorowo jakoś. No, ale przecież zwariowałem więc mi wolno.