Ango, Wilga, 2009

 

      To, co nas spotyka – powinno nas spotkać.
      Celem naszej praktyki jest uzyskanie tego rodzaju absolutnego spokoju.

                                                                                          Roshi Shunryu Suzuki


Jadąc na Ango nigdy nie wiemy, co się wydarzy – powiedział ongiś Jurek Dmuchowski. Prawdę tę szczególnie mocno poczułem tego, kończącego się właśnie lata. Teraz, niedługo po nagłej śmierci Oskara, czuję to jeszcze wyraźniej.
 
Tegoroczne Ango zaczęło się trochę po wariacku. Bez kilku dni „pionierki” - od razu praktyka, mnóstwo pracy, ustalanie funkcji i zmienianie ich w ostatniej chwili, dowożenie zapodzianych gdzieś, a potrzebnych rzeczy... Ufff...

 


 
Bum! Sesshin, jest nas ponad 60 -a, prawie wszyscy w szatach, chyba tylko 2 osoby, co to pierwszy raz... Jest Roshi, Darek-Shiuso, mnogość Kochanych Twarzyczek. Acz chwilami wyraźniej majaczą mi twarze tych, których nie ma, bo nie mogą, nie chcą, znudziło się, zabrakło czasu lub pieniędzy, wyjechali, umarli,...,...
 
Zakończenie sesshin też nie było typowe. Dorota i Tomek podarowali Sandze ziemię pod mający powstać Ośrodek. Roshi postanowił to miejsce poświęcić i zakończyć sesshinową ciszę dopiero po tej  ceremonii. Zatem kilkadziesiąt czarnych, milczących postaci w kilkunastu samochodach udało się na piękną, leśną polanę. Były dzwonki, kadzidełka, Buddam saranam..., Ki Ki So So, karteczki z życzeniami, które każdy mógł powiesić na drzewie, śpiew ptaków, mnóstwo mrówek, uśmiechów, drzew, słońca...
 
Po sesshin większość ludzi wyjechała, przyjechało trochę „nowych”, zrobiło się kameralnie. I znów okazało się, że „nie znamy dnia ni godziny”- przyszło mi pełnić funkcję dzisi. Ktoś zapytał, jak to możliwe, skoro nie znam angielskiego. - Będziemy się z Roshim porozumiewać w języku swahili – odparłem. - O, yes, swahili! - cieszył się Roshi. I bywało naprawdę wesoło. Nieustający dokusan. Mój dzisia, piesek Ciapek, dreptał zwykle za nami. Bywało i smutno, kiedy przyszła wiadomość o tragicznym wypadku w rodzinie Małgosi.
 
Na zakończenie kawalarz Mikołaj, nasz dharma holder, zachował niespodziankę: obwieścił, że za rok wyświęci Roshi trzech mnichów – Wieśka, Kazika i mnie.
 
Z Warszawy Dorotka wywiozła nas w stronę Gdańska, na autostopa. Po paru minutach dość daleko od nas zatrzymało się auto i wybiegła zeń cudna dziewczyna, machając ku nam zapraszająco. Pognaliśmy z Ciapkiem i ... - my się chyba znamy? - Byłam u was wolontariuszką przy hipoterapii, nosiłam wtedy dredy... Poznałam cię po Ciapku... No tak.  Dzięki pieskowi załapałem się na karetę prosto do domu. „Teraz już wiadomo, kto tu jest czyim dzisią”, podsumował Tomek, gdy opisałem mu tę przygodę.
 
Powiem wam w tajemnicy: Ango nigdy się nie kończy – powiedział ongiś Roshi Kwong.

 


 
Piszę to to na komputerku i tak naprawdę nie wiem, co się wydarzy za chwilę. Nie mam pojęcia, co to znaczy być mnichem. Być może przyjdzie nam z Ciapkiem rozbić tipi na poświęconej polance, w spokojnej krainie łosi, saren, ptaków, drzew, kwiatów. Pewnie trzeba będzie przypilnować budowy naszego Ośrodka. I nie popsuć za bardzo owego absolutnego spokoju – celu naszej praktyki.

A może Wszystko układa się jeszcze inaczej? Ahoj, przygodo!

Moc pozdrowień.
 
Jacob