|
Pisząc te słowa odczuwam jeszcze różnicę czasu pomiędzy Polską a Kalifornią – jest to w końcu nie mało, bo aż 9 godzin. Więc i wspomnienia moje są bardzo żywe, a nawet trudno mówić, że to wspomnienia, bo ciągle jeszcze wszystko jest blisko. Pobyt w Kalifornii był bardzo ciekawy, zachwycający, rozwijający, barwny (m.in. z powodu kwiatów, które kwitły o tej porze roku), urozmaicony (bo miałam czas na tzw. normalne turystyczne zwiedzanie), słoneczny i deszczowy zarazem, ale też wyczerpujący (głównie z powodu długiej podróży). Ośrodek w Sonomie podobny trochę do Wilgi – pełen śpiewu ptaków, wysokich drzew, a wśród nich drewniane domki i także długie marsze do zendo. Samo zendo bardzo piękne, proste, surowe deski dawnej stodoły tworzą ciepłą i dostojną aurę, a pośrodku majestatycznie stoi piękna Great Compassionate Avalokitesvara Bodhisattwa.

Silnie też odczuwałam w Sonomie obecność roshiego Suzukiego. W zendo jest jego ołtarzyk ze zdjęciem, które znamy od lat (np. z okładki książki „Umysł zen …”), ale jednak inne, jakoś bardziej jest uśmiechnięty, trochę jakby kpiący, czy ironiczny, ale jednocześnie z wielkim współodczuwaniem. Roshi i Shinko przyjęli nas ciepło, serdecznie, z wielką miłością i radością. W tym roku na sesshin w Sonomie było aż 10 Polaków i widać było, jakie to ważne dla Roshiego, że z tak daleka ludzie przyjeżdżają. Były też dwie osoby z sanghi z Islandii. Ja pełna rozmaitych zachwytów, np. pięknem doliny księżycowej, stawem lotosowym, który w tym roku jest w kolorze ceglasto czerwonym (z powodu jakiegoś zielska), swobodą i czułością Roshiego, długimi dokusanami, słodkim uśmiechem trzymiesięcznego wnuka Ejo, prawdziwą ciszą, wielogodzinnym czasem na powolne Kanzeon Bosatsu, no i last but not least wspaniałym bathhouse’m, gdzie krótkie chwile na relaks. Tematem Ango był fragment Genjo Koan Dogena: "Studiować buddyzm, to studiować siebie. Studiować siebie, to wykroczyć poza siebie. Wykroczyć poza siebie, to być w jedności ze wszystkim. Być w jedności, to być oświeconym, to wyzwolić swoje ciało i umysł oraz ciała i umysły innych. Nie pozostaje żaden ślad oświecenia i ów "nie-ślad" trwa w nieskończoność." Sziuso, którym był Amerykanin John Suikyo, czytał także wybrane fragmenty z Not always so Roshiego Suzukiego, które często brzmiały bardzo przejmująco i głęboko, długo jeszcze było je słychać. Więc nabyłam egzemplarz po angielsku i studiuję, żeby jeszcze dłużej i dalej płynęły.
Ewa Kai An Luty 2008 |