Gałąź śliwy

 

Straszne wichury i deszcze szalały nad miastem w ostatnich dniach, prawie huragany. Drzewa wyginały się niebezpiecznie na wszystkie strony, traciły liście i owoce w tempie jak na przyspieszonym filmie.
W moim ogrodzie też nastąpiło spustoszenie w ciągu zaledwie kilku godzin. Niewiele drzew w nim rośnie, raczej stare, trochę zdziczałe, wymagają przycięcia. Jednym z nich jest stara śliwa, wysoka i chuda, rośnie w dziwnym miejscu, więc jest podejrzenie, że to dziczka – samosiejka. Już kilka razy zamierzałam ją wyciąć, mało śliwek i bardzo wysoko, i tak nikt ich nie dosięgnie. Tego roku wiosną przycinałam starą jabłoń i przy okazji tę chudą śliwę, żeby jakiś kształt jej nadać. Chyba dzięki przycięciu bardzo obficie obrodziła, ale niestety równie wysoko. Śliwki duże, okazałe, ale nieosiągalne. Te, które same spadają widać słodkie, bo już mniej lub bardziej nadgryzione.
Dzisiaj, gdy wróciłam po pracy do domu, zastałam ogromny konar śliwy odłamany! Leżał na trawniku razem z dorodnymi śliwkami i połamanymi gałęziami w wielkiej kotłowaninie. Byłam zmęczona, głodna, ściemniało się, nie było na co czekać. Wzięłam kosze i zaczęłam zbierać te aksamitno-słodkie śliwki, co same spadły z nieba. Zbierałam też gałęzie, liście, sprzątałam cały ten bałagan. I muszę przyznać, że to było bardzo miłe zajęcie, jak powiem, że to było to, to aż mi się śmiać chce. Po prostu tylko zbieranie śliwek do koszyka, gałęzi małych i dużych osobno na kompost.
Nazbierało się tych śliwek tyle, że sporą część zamroziłam, a wielki gar stoi na piecu i smażą się powidła z wanilią i cynamonem – pachnie cudownie. Jeszcze będzie kruchy placek ze śliwkami, a może nawet knedle.


Jeżeli o to chodzi w życiu, to mi się podoba.

 

Kai An