Recenzja książki „Żywy Zen, nic niezwykłego” Charlotte Joko Beck

 

Oświecenie jest zdecydowanie przereklamowane.
 
Kiedy Pitagoras odkrył, że przekątną kwadratu o długości boku 1 stanowi pierwiastek z dwóch (czyli √2), to trzymał odkrycie w tajemnicy. Uczniowie i sam Mistrz obawiali się zamieszek społecznych. Zamieszki te miały, ich zdaniem, wybuchnąć, kiedy gawiedź dowie się o istnieniu liczb niewymiernych, bo taką jest właśnie rzeczony pierwiastek. Byli pewni, że jeśli ludzie poznają prawdę, że można obliczyć coś, czego nie ma, wtedy wpadną w szał. Zacznie się rewolucja. Stąd byli dyskretni w informowaniu publiki o swoich dokonaniach. Ta historyjka śmieszyła mnie dość długi czas, zwłaszcza, od kiedy odkryłem, że, nazwijmy to, „Prawda”, nie jest dostępna poprzez dyskusję czy intelektualne rozważania. Zen jeszcze wzmocnił we mnie przekonanie, że pojęcie czegokolwiek zaczyna się od osobistego doświadczenia, nie dialogu, wiedzy czy słów. Tak powstał rodzaj niechęci do książek. Choć z drugiej strony lubiłem i lubię czytać. Trudno to wszystko było pogodzić.
Teraz wiem, że są książki, które zmieniają czytelnika. Wiem, że są książki, które jak się czyta, to życie dalej nie może być takie samo. Że są książki, które są pisane jakby specjalnie dla mnie. Taką książką jest „Żywy Zen, nic niezwykłego” autorstwa Charlotte Joko Beck.
Najpierw kilka słów o autorce. Charlotte Joko Beck urodziła się w 1917 roku w New Jersey w USA. Zawodowo była pianistką, a następnie nauczycielką gry na pianinie. Zaczęła praktykę Zen po  czterdziestce (co jest dodatkowo promykiem nadziei dla mnie). Początkowo studiowała pod kierunkiem Roshiego Maezumiego, a następnie Roshiego Yasutaniego i Roshiego Soen. Przekaz otrzymała od swojego pierwszego nauczyciela, czyli Roshiego Taizan’a Maezumiego. W 1983 roku stworzyła San Diego Zen Center. W 1995 roku stworzyła szkołę Zen „Ordinary Mind Zen School” co na polski można przełożyć jako „Szkoła Zen Zwykły Umysł”. Jej polscy uczniowie są do znalezienia w necie pod adresem: www.zwykly-umysl.org. Jeśli kto ciekawy niech poszuka w necie informacji o Joko Beck choćby w wikipedii (http://en.wikipedia.org/wiki/Joko_Beck). „Żywy Zen, nic niezwykłego” to jej druga książka, pierwszą była „Zen, na co dzień. Miłość i praca”.
Przymierzając się do tego tekstu w głowie miałem zasadniczą wątpliwość: czy ja mam jakiekolwiek prawo do komentowania słów Mistrzów? Albo, innymi słowy, co ma napisać ktoś, kto niewiele klei, o słowach tego, kto klei bardzo dużo albo wszystko? Doszedłem do wniosku, że jeśli wyniknie z tego choćby u jednej osoby chęć przeczytania tej książki, to warto przysiąść i, pomiędzy różną robotą, znaleźć czas na napisanie tej zachęty. I tak niech zostanie, chodzi o to, żebyście sami, zgodnie z duchem Zen, spróbowali i sprawdzili czy Wam pasuje czy nie.
Mam trzy ogólne refleksje o książce, zachęcające mam nadzieję do lektury. Po pierwsze język, po drugie tematyka, po trzecie wreszcie, spustoszenie w moim życiu, jakie ta pozycja wywołała i wciąż wywołuje.
Treść książki stanowią Mowy Dharmy wygłoszone przez Joko Beck, zebrane i zredagowane. Autorka używa chętnie języka z pogranicza psychologii. Pewno z tego powodu wielu jej uczniów stanowią psychologowie i psychiatrzy. To, co mnie w tym języku urzeka to fakt, że jest on bardzo współczesny, jasny, zrozumiały, przepełniony przykładami z codziennego, ale dzisiejszego życia. Okazuje się, że o Zen można mówić poprzez całkowicie nowoczesny sposób myślenia i rozumienia świata. Zen w jej mowach jest bardzo, ale to bardzo aktualny, dzisiejszy. Jest on do tego stopnia współczesny, że stanowiło to jeden z zarzutów wobec jej rozumienia Zen. A mnie ten sposób bardzo odpowiada. W innym miejscu, w innym artykule, a już nie pomnę gdzie dokładnie, przeczytałem, że naukom buddyjskim można zarzucić brak nowo-czesności, ignorowanie faktu, że nauka o człowieku ma zdecydowanie więcej do powiedzenia niż 2500 lat temu. Na pytanie: „Czego Budda nie wiedział?”, odpowiedź: „Nie wiedział jak prowadzić jeepa.” daje do myślenia, że może rzeczywiście dzisiejszy świat jest radykalnie inny niż ten, w jakim żył i nauczał Budda. Że wszystko jest inne, więc i nauczanie inne być powinno. Książka Joko Beck pięknie i z gracją pokazuje, że tak naprawdę niemal nic się nie zmieniło. Może oprócz języka, metafor, przykładów. Wszystko to jednak odnosi się do tego samego, co za czasów Buddy czy Dogena. Tyle, że ubrane jest w inne słownictwo. Sama autorka zauważa, że celowo używa takiego języka, jako bliższego współczesnym ludziom. Ale to jest jedyna zmiana. Reszta trwa niezmiennie od 2500 lat. I to jest piękne. Przy tej okazji naszła mnie refleksja, że projekt budowy ośrodka dla naszej Sanghi, to sprawa wielkiej wagi. Musi się wpisać w tę dwu i półtysiącletnią drogę i tradycję. Zadanie niełatwe. Zadanie odpowiedzialne. Sonoma to ma. Ta książka też.
Treść książki – to druga zachęta do jej przeczytania. Wątków, tematów, ścieżek jest mnogość. Trudno wybrać coś z tej obfitości. Trzeba zastosować jakiś filtr. Tym filtrem niech będzie moja pamięć, moje zinternalizowanie albo zaanektowanie tego, co w książce do mojego życia, mojego rozumienia. Nie będę sięgał do książki pisząc ten akapit, co może spowodować, że jest tam tak naprawdę napisane coś innego niż zrozumiałem. Takie ryzyko. Ale za to może tym bardziej Was zachęci do przeczytania i zweryfikowania. Jeden z wątków tematycznych odnosi się do dość banalnego stwierdzenia, że to my sami, poprzez różne zabiegi zakłócamy Rzeczy-wistość. Przypomina mi się tu akapit z „Genjokoan”, cytuję z pamięci, więc pewno niedokładnie, że patrząc na brzeg jeziora z łódki, człowiek ma wrażenie, że to brzeg się rusza, a to tylko łódka płynie. Takie przeżycie, proste, ale dość a propos, miałem podczas ostatniego sesshin. Otóż pewnego dnia coś mi się takiego zrobiło, że zachciało mi się iść na dokusan, jakieś pytanie, spostrzeżenie wymagało natychmiastowej rozmowy z Roshim. W trakcie rund kolejne osoby były zapraszane na dokusany. Ja siedziałem ze dwie rundy jak na rozgrzanych węglach, czekając na spotkanie z Roshim. Mój dokusan odbył się parę dni później, co spowodowało, że całe poruszenie rozwiało się jak we mgle. Jednocześnie zauważyłem, że cały zamęt, poruszenie, niecierpliwość wzięła się „ze mnie”, z moich oczekiwań, z poruszeń, jakie sam sprawiłem. Bo wszystko inne trwało w kompletnym bezruchu. Wracając do książki, wiele mów dotyczy opisu tego, w jaki sposób staramy się zmienić rzeczywistości świat wokół nas, jak na przykład stawiając sobie jakieś cele budujemy oczekiwania, które z kolei zaburzają nas, a nie świat, który jest, jaki jest. Jak niezgoda na to, co się dzieje, zwodzi nas, żeby dostrzec to, co jest. Jak jedynym wyjściem jest znaleźć spokój na „lodowym łożu”, wygodę pośród niewygody, spokój w samym środku nieustannego kryzysu, szczęście w morzu nieszczęść. Bo innego spokoju nie ma.
Inny wątek to w zasadzie zniechęcanie do podejmowania praktyki Zen. Powodów, dla których warto starannie rozważyć decyzję o praktyce jest pełno. Bo spotka nas bardzo wiele rozczarowań; bo stracimy większość albo wszystkie miłe wyobrażenia o sobie samych; bo praktyka jest trudna, długotrwała i nudna; bo poleje się sporo łez; bo nie wiadomo, dokąd nas praktyka zaprowadzi. Joko Beck pisze coś mniej więcej takiego, że ludzie zaczynając praktykę mają wyobrażenie, dokąd za jakiś czas dojdą, a najczęściej mają nadzieję na jakiś rodzaj błogostanu, impregnacji na wszelkie bolesne doznania, rozwiązanie palących konfliktów wewnętrznych lub inne. Tymczasem praktyka może zawieść nas pod most, do życia bardzo prostego, czemu nie żebraczego. Nie wiadomo, dokąd, być może do tego, co teraz wydaje się nam okropne. Lepiej nie spodziewać się niczego lub spodziewać wszystkiego. Co gorsza, zejście z tej drogi bywa niemożliwe. Zen, parafrazując słowa Chogyama Trungpy, to pojazd tylko z biegami do przodu, bez biegu wstecznego. Pewną pociechą jest fakt, że sama praktyka dostarczyć może sporo gratyfikacji, sama stać się zabawą, a nie wysiłkiem – ten rodzaj doznania Joko Beck nazywa religią, czyli robieniem czegoś dla tej rzeczy właśnie. Zresztą zwykłe życie, bez praktyki też nie za bardzo się nadaje do życia.
Najważniejszy dla mnie wątek zostawiłem sobie na koniec. Sprawa dość wstydliwa, ponieważ wielokrotnie o niej słyszałem, czytałem, a mimo to jakoś pomijałem. Co więcej, uparcie w Zen szukałem czegoś innego. Podczas wykładów Dalajalamy w Dharamsali padło stwierdzenie, że tym, co zdecydowanie różni Buddyzm od innych religii to przekonanie o pierwotnej bezjaźniowości osoby ludzkiej. Roshi Kwong wielokrotnie zwracał uwagę na zasadniczą praktykę, czyli szukanie odpowiedzi na pytanie „Kim jestem?” w różnych odsłonach tego pytania. Klasyczny cytat Dogena, czyli „Studiowanie Zen, to studiowanie siebie, itd.”, znałem na pamięć. Jednak uparcie walczyłem o zrozumienie świata, innych ludzi, szukanie na zewnątrz, gdzieś tam gdzie sławne „oświe-cenie” na mnie czeka.  Aż wstyd. Jedyne, co na pocieszenie mam, to tyle, że nie pierwszy i nie ostatni to zwodniczy trop. Zresztą niemal na pewno, ten, który aktualnie podejmuję, też będzie ślepą uliczką. Joko Beck nieustannie szarpie mnie za mój własny nos! Klepie po głowie, ramionach i gdzie tam jeszcze i mówi: „To tutaj”. Autorka pisze mniej więcej coś takiego: „Czemu umierają małe dzieci? Któż to może wiedzieć”. A ja miałem nadzieję, że na takie pytanie znajdę odpowiedź. Na trudniejsze też. A tu coś całkiem innego. Kompletna wolność od wiedzy, od pojmowania, czysta afirmacja życia takiego, jakie jest. Nie ma żadnej wiedzy do zdobycia, oświecenie to nie coś, co się zdobywa, co jest do osiągnięcia kiedyś, gdzieś i tam. W ogóle oświecenie jest zdecydowanie przereklamowane. Jest tylko absolutna pustka, też nie tam, ale tu, w środku. Jakoś tak kleję podtytuł książki naszego Roshiego „Intymne serce Zen”, czyli podstawowa łączność z życiem, możliwa w momencie braku „Ja”. Joko Beck nazywa to przejściem od życia opartego o doświadczenia do życia opartego na doświadczeniu. Doświadczeniu czystym, ciągłym, krysta-licznym, bo pozbawionym kogoś, kto poznaje. Etapy praktyki, jakie opisuje Joko w książce, to etapy odkrywania tej podstawowej, pierwotnej pustki własnego „Ja”. Pięknie. Nigdzie nie trzeba jeździć, nic specjalnego nie trzeba robić, niewiele się uczyć, tylko siedzieć w pustce. Voila.
Teraz o tym, jak ta książka na mnie działa. A działa tak, że czasem boję się ją czytać. Są tu, co najmniej dwa wątki. Pierwszy magiczny, drugi zaś nazwę „koanem życiowym”. Wątek magiczny polega na tym, że parokrotnie zdarzyło mi się, że w jakimś sensie to, co czytałem potem, niemal następnego dnia zdarzało mi się w życiu. Weźmy przykład rozdziału o kryzysach. Jak tylko go przeczy-tałem, to w ciągu kolejnych dni wpadłem na dno różnych kryzysów od finansowego począwszy, przez śmierć koleżanki, aż do poważnego rozedrgania związanego z nazwijmy to „kryzysem wieku średniego”. Albo jak czytam rozdział o lęku, to w ciągu paru dni przeżywam jeden czy dwa napady panicznego lęku, wraz z poceniem się, kołataniem serca i innymi objawami paniki. No cholera, aż strach czytać! A w tej książce niemal wyłącznie takie kwestie są omawiane. Żeby, chociaż o jakiejś błogości przejrzystości było, ale gdzie tam. Tylko lęk, kryzysy, stres, zaburzenia. No nie jest to zdecydowanie lektura do poduszki.
Koan życiowy zaś, to, jak sobie to definiuję, taki problem do rozkminienia, który się rozkminia sam w życiu, w wydarzeniach życiowych, nie zaś w głowie poprzez jego rozumienie. Nadal można go nie rozumieć na poziomie intelektualnym, ale problem jakby się rozpływa, znika, albo przestaje być problemem, czasem wręcz przeciwnie, narasta i nie daje się nie zauważyć. Polega to na przykład na tym, że jak coś przeczytam, to już nie da rady udawać, że jest inaczej, lepiej, błyskotliwiej. Jest jak jest.
Dobra, to tyle. I tak za długo jak sądzę. Jak ktoś przeczyta tę książkę to na własną odpowiedzialność. A gdyby jednak ktoś zechciał to przykładowy adres:
http://pomaranczowa108.pl
Jarek Chybicki