Z Lubinia

 

 

W tym roku, podobnie jak w latach poprzednich, Roshi Kwong odwiedził Klasztor Benedyktynów w Lubiniu. Odbyła się tam wspólna praktyka zarówno w kościele, jak i w zendo. Poza tym Bracia Benedyktyni przygotowali wspaniale posiłki, przy których toczyły się ciekawe rozmowy. Poniżej relacja Jarka Chybickiego:


Lubiń
Ango 2009 to straszliwe nudy, o czym wszyscy dobrze wiemy, choć czasem udajemy, że jest inaczej. Gdzieś słyszałem rozszyfrowanie skrótu: „Zen”, otóż jest Związek Entuzjastów Nudy. Więc, żeby się nieco rozerwać podczas Ango, kilka słów z ostatnich wydarzeń. A mianowicie z wizyty w Lubiniu, w której miałem niekwestionowany zaszczyt uczestni-czyć. Sam pomysł był dość szalony. 400 kilometrów w jedną stronę z Trójmiasta po zatłoczonych polskich drogach. Parę godzin w Lubiniu, a potem powrót niemniej egzotyczny. Ale możliwość spotkania Roshiego, odwiedzenia klasztoru Benedyktynów wynagrodziły, lekko licząc, 12 godzin za kierownicą.

 

Po pierwsze – ekumenizm
Podczas pobytu w Lubiniu oddychaliśmy pełną piersią ekumenizmem. Kilka przykładów.
W Lubiniu, na strychu domu jest sala do medytacji. Siedliśmy tam na dwie rundy. I tak siedziało tam dwóch mnichów benedyktyńskich, Mistrz Zen, dwóch mnichów buddyjskich oraz dwójka uczniów Roshiego Kwong’a. W siedzeniu w jakimś sensie uczestniczyli robotnicy tłukący się po dachu i rzucający obficie mięsem, co dodawało szerszego oddechu (oddechu ekumenicznego) naszej medytacji. Po podwórku wałęsały się koty, które wyszły na chwilę ze swojego schronienia, czyli KOTłowni (choć nazwa tego miejsca raczej kojarzy się z terenem łowieckim niż mieszkalnym). Wśród kotów jeden z nich zwracał szczególną uwagę, piękny, wypłowiało-rudy (o ile taki kolor występuje w przyrodzie, choć w tym wypadku taki właśnie był). Kot ten nosił dumne imię zaczynające się na R., a będące nazwiskiem jednego z księży, szeroko znanych w Polsce, przewodnika milionów ludzi, właściciela stacji radiowej. No, w ogóle znanej osoby. Zatem byli tam wszyscy. Lub niemal wszyscy buddowie poprzez czas i przestrzeń. Co więcej, wszyscy Ci Buddowie w przedziwny sposób ze sobą współpracowali, podtrzymywali ducha praktyki, wymieniali się doświadczeniami i wspierali. Znaczy im bliżej środka, tym mniej różnic, albo niemal w ogóle brak różnic.
Odbyła się też uczta nazwana „Braterską kolacją”. Czytając informację o tym wydarzeniu, niemal popłakałem się ze wzruszenia. Oto, w sercu chrześcijaństwa, ktoś nazywa mnie „bratem”, a nie jak zwykle dziwolągiem, odszczepieńcem, sekciarzem. Zasiedliśmy razem z rodziną benedyktyńską do uczty. Mnisi z Lubinia są rzeczywiście rodziną. Jedyne, co jest nieco odmienne od innych rodzin, to fakt, że w rodzinie benedyktyńskiej przeważają (i to zdecydowanie) ojcowie. Reszta to bracia. Z naszej strony też był Nasz Ojciec, jego pierworodny, dwie siostry i jeden brat w Dharmie (piszący te słowa).
W czasie kolacji udało się ostatecznie rozstrzygnąć kwestię wyższości jednej religii nad drugą. Wygrali Benedyktyni wynikiem 111 do 108. Otóż okazało się, że różaniec, jaki noszą Benedyktyni zwiera 111 (lub nieco więcej) paciorków, podczas gdy mala Roshiego ma ich tylko 108, o czym donosi nieutulony w żalu Wasz Reporter sportowy KAI IN. Cóż, czasem się przegrywa. Na pocieszenie okazało się, że zajęliśmy zaszczytne drugie miejsce.
Wzięliśmy też udział w Nieszporach. Ponieważ nabożeństwo odbywało się po łacinie, nic z niego nie zrozumiałem. Za to dźwięk skrzypiących ław, na jakich siedzieli mnisi, zapadnie mi na zawsze w pamięć. To skrzypienie pochodziło sprzed kilkuset lat, jak niemal wszystko w kościele. Tak mi się objawił duch świętego Benedykta, który zakładał swój zakon mniej więcej wtedy, kiedy Dogen kombinował z Zen w Japonii. Obydwaj wpadli do nas na chwilkę. Podali sobie ręce, ale nic nie mówili, nic nie kazali przekazać. A może coś mówili, ale nie zrozumiałem?

 

Po drugie – Mistrz
Jak wszyscy wiedzą Słowacki wielkim poetą był. Zaś Roshi Kwong jest Wielkim Mistrzem. Podczas kolacji bracia odbywający nowicjat zadawali Roshiemu bardzo, bardzo wiele pytań. I to pytań ciekawych. Jest to być może objaw wagi instytucji nauczyciela duchowego. Zwłaszcza na początku drogi. Z drugiej była to fenomenalna okazja posłuchania odpowiedzi Roshiego. Z bogactwa dyskusji tylko dwa przykłady.
W jakimś momencie jeden z braci, nowicjusz, zapytał czy laska, jaką podpiera się Roshi jest symbolem władzy, prestiżu czy też funkcji. Przez chwilę pomyślmy, co każdy z nas by odpowiedział na to pytanie. Dodam, że rzecz jasna laska, jakiej używał Roshi, służyła mu tylko w związku z kontuzją kostki. Otóż, jak sądzę większość z nas odpowiedziałaby krótko i węzłowato, że nie jest to symbol znaczenia w hierarchii religijnej. Jednak Roshi, upewniwszy się, że to nie żart, odrzekł: „Patrz na człowieka, nie na laskę”, po czym dodał: „Oczywiście nie jest to żaden symbol, podpieram się nią żeby chronić kostkę.” Aż mnie zatkało, kiedy pomyślałem ile w tej odpowiedzi było treści! Roshi wyczuł, że mnisi na początku drogi mogą przywiązywać spore znaczenie do oznak statusu, kierować się nimi w swoim myśleniu i postępowaniu. Być może jest to charakterystyczne zwłaszcza dla religii chrześcijańskiej, z jej wyraźną hierarchią, aż do papieża. Roshi pokazał, żeby nie szukać oznak prestiżu i władzy, ale prawdy w ludziach, rozpoznawać Mistrza nie po wyglądzie, ale zachowaniu. Wskazał, jako drogę rozwoju nie awans i zdobywanie kolejnych szczebli hierarchii, ale wewnętrzną przemianę. Jednocześnie odpowiedział na pytanie, a przy okazji zrobił malutkie przedstawienie, śmiejąc się i dopytując czy to nie żart. Każdy znalazł coś dla siebie. Na tym przykładzie, Roshi pokazał, moim zdaniem, niezwykłą umiejętność, trafiania dokładnie w punkt. Ale takiego trafiania, że każdy dostaje to, na co jest gotowy: od zabawy, przez informacje, aż po pokierowanie duchową drogą. Pięknie. Ale żeby to umieć trzeba być lustrem. I widzieć umysł pytającego jak na dłoni. I Roshi to z pewnością ma.
Druga sytuacja. Jeden z braci opowiadał o swojej wizycie w pewnym klasztorze. Powiedział, że ta wizyta zrobiła na nim wielkie wrażenie. Roshi zadał chyba tylko jedno pytanie: „Co takiego, zrobiło na Tobie wrażenie?”. Po odpowiedzi: „Cisza”, Roshi rzecz jasna milczał dłuższy czas. Co się, moim zdaniem zdarzyło. Po pierwsze precyzyjnie, jak laser, jednym zdaniem Roshi przeszedł do sedna. Pamiętam ile sam czasu spędziłem ucząc się zadawania pytań, aby dochodzić do tego, co najważniejsze. Właśnie między innymi poprzez tego typu pytania. A Roshi robi to sam z siebie. Dzięki temu z powierzchni zjawisk, „opowieści krajoznawczych” lądujemy prosto w sercu Rzeczywistości. Ponadto Roshi natychmiast pokazuje, że Cisza nie przynależy tylko do miejsca, ale i do człowieka. Jego Cisza wypełniła salkę. Krótkie zdanie i znowu wielka nauka.
Żałujcie, że Was tam nie było. Za to będzie okazja Go posłuchać podczas sesshin. Z czego już się cieszę.


KaiIn

 


Foto: O. Jan Bereza