Wizyta Mistrza

 

 

przeczyszczam szyby promieniem słońca

złudzenia w wodzie spłukuję

zapis wykładu

 

 

kim jestem

rwącą rzeką

strumieniem słońca

 

jaśmin koło ust

się zawinął

 

w oparach marihuany

umieram

 

jestem trelem skowronka

martwą naturą

wyrzuconą do kloaki

 

w oparach buddyzmu

znikam

 

Szczęść Boże

You Are Welcome

wyciśnięty sok z cytryny

 

(…)

 

wolna jak powietrze

jak ptak szybujący w przestworzach

 

a to że umrę

zapomniałam

 

 

Rozpada się mój świat

na 1000 części

 

Cała moja konstrukcja

z żelazobetonu pada

 

Wybuch galaktyki

erupcja wulkanu

to nic

przy moich odczuciach

 

Rozpada się mój świat

na strzępy

 

 

gdyby tak można było wszystko cofnąć

wrócić do punktu zero

tam gdzie zaczyna się czas

nie byłoby rozstań i powrotów

nieszczęść wojny i głodu

 

 

tam gdzie morze styka się z horyzontem

pół na pół

fale biją o brzeg

S.O.S.

w rytmie hip-hopu

 

 

Jak dobrze

 

jak dobrze mieć mnicha

nie rozpieszcza

zabezpiecza

urzeka

 

uczeń doktora Kwonga

czy to przedłuża

życie

 

 

morze się przede mną otwiera

oddaje swe tajemnice

runął mur

między bogami a Ziemią

 

 

Extra Virgin

 

EXTRA VIRGIN

panowie

na kolana

 

do jaj

i od Święta

na Wielkanoc

 

Jana Sebastiana Bacha

 

 

szminka

 

szminka

złoty wiek mi zabezpiecza

gody

 

nie umrę w starej zmurszałej

sukience

chytra sztuka

 

pod powłoką klowna

przyjmuję

pokłony

 

 

Inspiracje i zapożyczenia luźne

 

wyzbądź się swego ja

nie zwlekaj

co wtedy zostanie

 

gliniany Budda

 

 

utopić moją miłość

do siebie

w głębokiej studni rozpuścić

 

 

coś się odblokowało

popłynęła rzeka

wzruszeń

 

Szymborską nie zostanę

Miłoszem również

 

Oświecenie nie mnie pisane

koń by się uśmiał

 

a żyć

trzeba

 

bez złudzeń

 

nie w marzeniach

swój nos chować

jak strusie

 

 

Piosenka

 

a jak mnie już nie będzie

jak usnę

zaśpiewam Ci piosenkę

przyślę mój uśmiech

 

bo kochać się bać

kochać się bać

uczono

odwlekać na później

odkładać na potem

w nieskończoność

 

aż będę miała mieszkanie

kluczyki od samochodu

i 20 lat

środki antykoncepcyjne

i męża

i pracę najlepiej

bo miłością żyć się nie da

 

dopiero teraz to widzę

dopiero teraz to wiem

 

kapelusze przymierzam co chwila

i butów ile mam

i biegam do fryzjera

paznokcie maluję i usta

a myślałam

że będzie p u s t k a

 

a więc

 

nie uśnij

miły mój

nie uśnij

 

nie pogrąż się w żałobie

nie płacz

ŻYCIE jest cudem

nie nirwana

dopiero teraz to wiem

 

więc

 

gdy mnie już nie będzie

gdy całkiem się rozpuszczę

to … przyślę Ci całusa

żebyś wiedział też

 

 

list do samobójcy

 

co z Tobą będzie

jak Cię już nie będzie

co po Tobie zostanie

 

jakie ubranie włożą Ci

do trumny

jaki testament

 

 

Niebo w gębie

 

chciałam bujać w obłokach całe życie

a On – Buddyzm Zen –

sprowadza mnie na Ziemię

 

bez tego bujania

nic nie napiszę

 

posadzę ogródek

posprzątam

ugotuję obiad

zjem jak człowiek

powoli i z rozmysłem

nie śpiesząc się

 

jak Roshi

Niebo w gębie

 

 

Romeo i Julia

 

Romeo i Julia zakochani

umarli w Weronie

razem

 

nie żebym była zwolenniczką

ale coś w tym

jest

 

 

oświeceni

w promieniach buddyzmu

zakochani

razem giniemy

tu i teraz

 

 

mróz zelżał na jeziorze

w 1 dzień

gatha skruchy

 

...

 

wpatrzona jak

w krajobraz z tęczą

widzę chmury

 

 

Jak huragan

 

jak huragan

chmura gradowa we mnie

rozpacza

 

przyglądam się z boku

 

nic to

przemija ból

i miłość

 

zostaje coś

(wbrew poglądom buddyzmu zen)

trzymając się za ręce

idziemy w nieznane

 

deszcz wypłakał

ostatnie liście