Apetyt na życie

 

Apetyt na życie, czyli Sesshin 2010 Wilga

 

Kolejne, coraz bardziej upalne dni sesshin przypomniały mi wakacje na wsi u dziadka i babci. W sierpniu zaczynały się żniwa. W tych zamierzchłych czasach dziadek używał maszyny, którą nazywano młockarnią. Do młockarni wkładało się ścięte zboże, które poddawane było torturom, tak, że z jednej strony maszyny wylatywały plewy, a z drugiej oczyszczone ziarna. W środku urządzenia był cały zestaw ruchomych sit, o coraz mniejszych oczkach, przez które przecedzane były kłosy. Młockarnia była głośna, buczała, trzęsła się, sita rytmicznie podrygiwały, wkoło niemiłosiernie unosił się kurz. Ale efektem były worki czystego ziarna i słoma na kupce.

Na sesshin było podobnie. Na początku w głowie, ciele pojawiały się różne pomysły, koncepcje, odkrycia, emocje, przeżycia, idee, przemyślenia i co tylko się pomyślało i poczuło. Jednak z każdą rundą, z każdym dniem to wszystko wypluwane było przez młockarnię – sesshin, a tylko część z tego spadała dalej i zostawała. Kolejne rundy odsiewały jednak także to, co pozostało. Cały proces zachodził, jak to w młockarni, w upale, kurzu, w spoconym i zbolałym ciele. Tylko hałasu było mniej. I worek z ziarnem raczej pusty niż pełny pozostał. Za to plew całe mnóstwo. Ale i one uleciały. Sesshin jest fascynujące, ponieważ przemieli niemal wszystko. Jak walec, jak młockarnia właśnie. Proces ten zachodzi powoli, ale widocznie. Wystarczy tylko usiąść pod ścianą, a tego akurat na sesshin nie brakuje.

Ciekawe, że jeśli w ogóle można mówić o jakimś efekcie sesshin, otóż efektem jest nie tyle zbiór odkryć, przemyśleń, idei, koncepcji czy czegokolwiek takiego. Wszystko to odpada. A jeśli nie odpada, to warto zadbać, aby odpadło. Efektem jest raczej specyficzny, otwarty stan umysłu. I tyle.

Z trudem przypominam sobie, co mi się w głowie i gdzie tam jeszcze roiło. Z trudem pamiętam odkrycia, które odpadły. A te, co pamiętam zapisuję poniżej.

 

Hipoteza pierwsza – Zen jest oszczędny.

 

Zen nawet na pierwszy rzut oka wygląda na tradycję oszczędną i minimalistyczną. Dowodów jest pełno. Forma praktyki jest prosta i oszczędna – cóż prostszego można wymyśleć niż siedzenie bez ruchu, a do tego pod ścianą? Chyba tylko leżenie może być prostsze, ale wówczas jest pewność zapadnięcia w drzemkę, a nie praktykowania. Pamiętam dowcip jak to ktoś włamał się do zendo i zobaczywszy, co w Zendo się znajduje, stwierdził, że nie ma tu nic do ukradzenia, że zdaje się, że ktoś już obrabował to pomieszczenie. Przyznać trzeba, że wystrój Zendo nie powala przepychem. Ludzie w zendo, tacy sami, cisi, niewyróżniający się. Nazwać adeptów zen mało kolorowymi, będzie eufemizmem. Sztuka zen też do barokowych nie należy. Wystarczy poczytać Haiku – 17 sylab, trzy wersy. Dość oszczędnie trzeba przyznać. Jeden obraz, jedna chwila.

Jaka zatem, może być najbardziej minimalistyczna i oszczędna wizja świata i samego siebie? Taka mi się hipoteza sama z siebie odkryła: otóż nic nie ma sensu, poza samym sobą. Moje życie, świat i wszystko, co się dzieje, jest samo dla siebie sensem, znaczeniem. Nie jest tak, iż świat powstał w jakimś celu, np. jako emanacja Boga czy wyraz jego woli, Absolutu czy czegokolwiek. Poza światem nie ma Absolutu, raczej (minimalistycznie rzecz biorąc) świat i wszystko, co się tu dzieje to Absolut właśnie. Nie ma Nieba i Piekła – przynajmniej poza tym światem. W tym świecie i owszem jest Piekło i Niebo, ale są one teraz, a nie kiedyś tam. Nie ma czasu przyszłego i przeszłego, jest tylko Tu i Teraz.

Idąc dalej tropem minimalizmu i oszczędności poznawczej odrzućmy wszelkie miary, porównania i oczekiwania. Wówczas znikną także pojęcia dobrego i złego, sukcesu i porażki, udanego i nieudanego, trudnego i łatwego. A nawet, co jest bardzo zaskakujące, zniknie pojęcie gorąca. A było to szczególnie przydatne podczas 40 stopni w cieniu. Jeśli znika miarka przykładana do życia, świata czy samego siebie, nie sposób popaść w niezadowolenie. Wszystko staje się idealne takie, jakie jest. Ból kolan, pleców, pot na twarzy i całym ciele, niewyspanie, zmęczenie, dzięki minimalizmowi, stają się powodem do szczęścia. Świat nagle robi się zachwycający i niezmiernie ciekawy. Wygląda także na to, że niezmiernie kreatywną i ciekawą czynnością jest siedzenie pod ścianą. Po co robić cokolwiek innego? Można iść walczyć o lepsze jutro. Można też usiąść pod ścianą, a ten wybór wygląda atrakcyjniej.

Z innej strony wszystko, co się dzieje, zwłaszcza z ludźmi, staje się najważniejsze na świecie, ponieważ nie ma nic ważniejszego, ponieważ nie ma nic poza tym, co się dzieje. W związku z tym można posunąć się do górnolotnego stwierdzenia, że wszystko ma „naturę Buddy”. Można też zanurzyć się w świat, taki, jaki jest, nie szukając niczego poza nim i docenić to, co się wydarza. A że wydarza się jednokrotnie, tym większą ma wagę. Każda chwila jest ostatnia, więc zachciewa się zadbać o nią jak o najcenniejszą rzecz w życiu. Minimalizm daje też sporo spokoju, uwalnia energię, która do tej pory pożytkowana była na różne „starania się”. Daje więcej swobody, bo przecież wszystko naprawdę jest w porządku. Minimalizm czyści też pojęcie samego siebie. Myje je tak dogłębnie, że „ja” staje się przezroczyste.

Pojawia się rodzaj apetytu na życie.

Sesshin też jest minimalistyczne, co między innymi oznacza, że i ta hipoteza odpadła, któregoś dnia. Z trudem ją sobie teraz przypominam.

 

Hipoteza druga – tożsamość.

 

Odosobnienie, a w tym rzecz jasna i sesshin, ma fascynującą cechę polegająca na zanikaniu wyróżniania się ludzi. Można to chyba porównać do zupy, w której są różne warzywa, początkowo kolorowe: marchewki, buraczki, kabaczki, cukinie, bakłażany i co tylko do zupy wpadło. Warzywa są wyraźnie różne, każde ma swój charakterystyczny smak, wygląd i zapach. Jednak w miarę upływu czasu, w miarę postępu gotowania, warzywa tracą swój kolor i przestają się między sobą różnić. Powstaje jedna, średniokolorowa, albo wręcz bezbarwna zupa.

Kiedy pojechałem na sesshin po raz pierwszy i kilka kolejnych byłem dość ciekawy ludzi, których tam spotkałem. Czym się zajmują, kim są, co u nich słychać, jakie mają poglądy, co myślą o zenie? Pytań zresztą miałem znacznie więcej. Zasadniczą była kwestia: kim oni są? Było to etap zainteresowania ludźmi, jako istotami społecznymi, poszukiwania kontaktu społecznego, zrozumienia ich i siebie w tej grupie. Z czasem to zainteresowanie bledło. Coraz mniej mnie obchodziło, co kto robi, na co dzień, kim jest w życiu społecznym, aż wreszcie wszystko to zaniknęło niemal całkowicie. Pojawiło się za to zainteresowanie ludźmi, jako istotami „praktykującymi”. Co kogo boli, co komu się w głowie roi; jak kto przeżywa sesshin; jak daje, albo nie daje rady, czym jest, dla kogo Zen? Po jakimś czasie nawet i to odeszło. Za to pojawił się jakiś dziwny rodzaj związku. Związku z tymi wszystkimi, dziwnie ubranymi ludźmi, który to związek obywa się bez słów, bez interakcji. Każdy gra jakąś rolę, lepiej lub gorzej; wkłada coś do ogólnego organizmu sesshin. I w zasadzie bez znaczenia jest czym się zajmuje, kim jest w tzw. „życiu”. Po prostu robi coś i tyle. Nie trzeba za wiele wyjaśniać, za wiele rozmawiać. Związek ten odbywa się na dziwnym poziomie, który chyba najlepiej oddać słowami: „wszyscy jesteśmy ludźmi”. A jeszcze być może bardziej „czującymi istotami”, a nawet po prostu jesteśmy przejawem „Natury Buddy”, by tak górnolotnie powiedzieć. Tak jak drzewa, kamienie, termosy i poduszki. I co tu gadać, co tu szukać, dowiadywać się?

Na sesshin zachodzi proces odpadania kolejnych tożsamości. W życiu wydawać się może, że sprawą pierwszorzędnej wagi jest nasza tożsamość: zawodowa, etniczna, narodowa, miejska i co tam jeszcze. Na co dzień ważne wydaje się, że na czymś się znamy; mamy rodzinę albo nie mamy; mieszkamy gdzieś; skończyliśmy jakieś szkoły; mamy jakieś poglądy polityczne; coś osiągnęliśmy. Na co dzień wydaje się to ważne. Wygląda nawet na to, że sporo wysiłku wkładamy w budowanie tych tożsamości; że bez tożsamości żyć się nie da. Spotkania z ludźmi oświeconymi mogą być o tyle trudne i kłopotliwe, że ich wzrok przenika te tożsamości; że stoimy przed nimi niejako nadzy. Co więcej w momentach ostatecznych możemy mieć przebłyski, że te wszystkie identyfikacje składające się na nas samych nie mają znaczenia. Można powiedzieć, że dowiadujemy się namacalnie, że do grobu nic zabrać nie zdołamy. Nawet samych siebie. Wszystko to łuszczy się i odpada jak stara farba od ściany. Zostaje coś jakby „nagość” bez żadnych dodatków.

Na sesshin taka „nagość’ pojawia się i zupełnie nie przeszkadza. Staje się nawet ożywcza, odkrywcza i twórcza. Wszystkie tożsamości idą sobie gdzieś. Wiem wtedy, że mogę umrzeć dokładnie w tej chwili, że nic ze sobą nie zabiorę, bo nic nie mam. Ale też nie mam ochoty nic zabierać, bo przecież i tak wszystko mam, czyli nic. Nie muszę się o nic starać. Zachodzi dziwny proces jakby wzajemnego przenikania mnie i świata. Prawdopodobnie możliwe jest to dzięki temu, że rzeczone tożsamości przestają przeszkadzać. I do przenikania może dojść. Relacja międzyludzkie się upraszczają: ktoś podstawia miseczkę, ktoś do miseczki wlewa zupę. I tyle. Prościej nie można. Zen znowu okazał się bardzo oszczędny. Nie ma zasług, dawania, brania. Jest wlewanie zupy do miseczki. W ciszy.

 

Hipoteza trzecia - Praktyka, jako taka, to jest KTOŚ.

 

Praktyka bez Mistrza jest specyficzna. Nie ma stróża rytuału, nie ma kogoś, kto poprawi, wszystko spada na biedne plecy mnie samego. I przez to objawia się praktyka sama w sobie; praktyka, jako taka. Się mi przypomniało jak o praktyce myślałem, jaki do niej stosunek miałem przez czas ostatni.

Najpierw praktyka, rytuały, pokłony, orioki wydawały mi się dziwne i niezrozumiałe. Nawet przerażające lekko. Wszak zen marzył mi się, jako wzniosła droga ku duchowości, a tu każą dziwne śpiewy śpiewać; dziwne pokłony uskuteczniać. A mnie chodzi tylko o „duchowość czystą”, o spotkanie Absolutu. Ale jak trzeba to robić, to robię, licząc po cichu, że może praktyka jest po to, żeby bałaganu nie było, żeby sprawy do przodu się posuwały z wolna, a cała „kwestia duchowości” niejako obok, przy okazji wydarzać się będzie. Ale co gorsza z czasem praktyka przesłaniać zaczęła cały obraz, nawet „duchowość, jako taką” samą w sobie. Może, zatem „duchowy człowiek” to taki właśnie jak na obrazku z oriokami?

Drugim pomysłem na praktykę była fascynacja. Orioki zdawały mi się wydarzeniem teatralnym, pełnym głębi i piękna. Pokłony, siadanie na poduszkach, wchodzenie do zendo i co tam jeszcze, zdawało się fragmentem spektaklu. Tyle, że bardzo pięknego i fascynującego spektaklu. Doszedł do tego jeszcze jeden walor – pomiar koncentracji. Popełniane błędy pomagały wrócić do prawidłowej formy, do skupienia. Błąd stawał się sygnałem pobudki, do kontynuacji tego fascynującego widowiska. Bardzo wtedy pragnąłem robić zdjęcia, aby te egzotyczne i (jak mi się zdawało) piękne zachowania i sprawy uwiecznić. Nie rozumiałem jak można nie dostrzegać tego piękna. Zachłyśnięcie się wzmacniały powiedzenia w rodzaju tego o jedności drogi i oświecenia. Znaczy się, że droga ta piękna taka, bo i oświecenie wzniosłe i piękne jest. Jakby ze trzy centymetry nad ziemią się wtedy unosiłem. Ach jak pięknie być uczniem Zen! Ach trzeba by wszystkich na tę drogę nawrócić! Obudźcie się! Takie hasła mi się w głowie kołatały. A podobne do tych w rodzaju: „Obudź się Polsko”, że strach. Wtedy zacząłem coś tam popisywać o zen, za serdecznie przepraszam.

Trzeci moment w praktyce, to przeraźliwa nuda wyzierająca z każdego kąta praktyki i z ca-łego zendo, z całego tego, nudnego jak flaki, siedzenia. No, bo cóż nudniejszego może być niż siedzenie pod ścianą? Nie jestem w stanie wymyślić nudniejszej aktywności. A tego siedzenia pełno było, prawdę mówiąc całe dnie siedzenia. Co gorsza nic z tego nie wynika. Siedzę i siedzę, śpiewam i śpiewam, pokłony za pokło-nami biję. I całkiem całkowicie nic z tego nie wynika. No nuda do zabicia się. Praktyka się opróżniała ze znaczeń, jakie jej uprzednio nadawałem, jakie w nią wkładałem. Z tym, że nic nowego się nie pojawiało. Pozostała pustka. I nuda. Oraz praktyka dla praktyki. Powoli też zaczęły znikać oczekiwania, że z niej coś wyniknie. Oczekiwania zaczęły znikać, bo oczywiste stawało się, że nic nie wyniknie, choćbym nie wiem jak długo czekał.

Teraz jest jeszcze inaczej. Kiedy praktyka podczas sesshin została sama, jakieś dziwne odczucie się pojawiło. Dziwność jego polega na tym, że praktyka zdaje mi się czującą istotą. I to jest tak, że praktykując jakbym się z ową istotą łączył, stawał się praktyką właśnie, a nie sobą. Jakbym znikał w tym od paru tysięcy lat trwającym procederze. I ta czująca istota – praktyka sobie żyje zasilana milionami oddechów, pokłonów, dźwięków. Obejmuje cały świat. A żeby to pojąć – trzeba siedzieć. To, co piszę – blade jakieś takie, jak się siedzi zupełnie inaczej sprawy się mają. Sprawy się mają tak, że siedzenie pod ścianą rzeczywiście jest jedną z najbardziej twórczych i sensownych aktywności do zrobienia. Praktyka daje samą siebie, o ile ja też to zrobię. Taka jakby, bo ja wiem, miłosna relacja się tworzy. Głupio to brzmi, ale tak jakoś jest.