Nie bać się życia

 

Mowa Roshiego Jakusho Kwonga

Sonoma Mountain Zen Center, 18 grudnia 2010 roku

 

Dostałem tę tabliczkę, która jest na ołtarzu. Jest na niej wykaligrafowane słowo „zazen”. Trudno wyobrazić sobie jak wielką jest praktyka. Jest największa na świecie, ale nie wiemy tego, bo jest tak prosta, tak blisko nas, tak nie do wiary. Każdy z nas, wszyscy tu w ośrodku i poza nim mamy tę wewnętrznie przypisaną jakość. To wielka szkoda, że ludzie nie widzą tej jakości w sobie, że nie mają z nią kontaktu.

 

Jest powiedzenie: „już to wiesz”. Czyli pierwotna, wrodzona wiedza. Na tym poziomie nie ma podmiotu i przedmiotu. Wiedza, która przenika przestrzeń i czas zanim pomyślimy, przed myśleniem. Roshi Deshimaru (nieżyjący już mistrz Zen z Francji) mówił, że to niemyślenie pochodzi z bardzo głębokiego miejsca w nas. Nie myślimy. Niemyślenie. Nie zdajemy sobie sprawy, że zawsze jesteśmy połączeni z tym głębokim, wewnętrznym aspektem siebie. Jeśli to sobie uświadomimy, to przestajemy myśleć rozróżniająco. Obawiamy się, że jak będziemy mieli kontakt z tym, to stracimy wszystko co mamy, ale tak się nie dzieje. Myślenie - myślenie dyskursywne - również pochodzi z tego głębokiego miejsca, z naszej pierwotnej natury. I w gruncie rzeczy chodzi nam o to, żeby też w którymś momencie wróciło do tego głębokiego miejsca. Jest zdumiewające, że mamy tę jakość w sobie, że potrafimy to zrobić.

 

Mam trochę notatek - pomieszanych, tak jak się miesza jajka na jajecznicę. Trochę tego, trochę tamtego. Umysł konceptualny jest bardzo ograniczony. Kiedy borykasz się z czymś, zadaj sobie pytanie, z czym tak naprawdę się borykasz? Czy masz trudność z młotkiem, którym masz wbić gwóźdź? O co to chodzi? Młotek i gwóźdź też mają swoją wewnętrzną naturę. To nie one są problemem. Kiedy zdasz sobie sprawę z tego, kim jesteś, twój stosunek do  przedmiotów  będzie  inny, twój stosunek do tego młotka będzie zupełnie inny. Również twój stosunek do życia będzie zupełnie inny. Jak masz trudność, to ona jest najważniejsza - tego nauczyłem się z mojej choroby. Nie uczestniczę w programie ośrodka od marca.

 

Rak, którego miałem w 1978 też był dla mnie wielkim darem. Tak jak ten półpasiec. Wygląda na to, że niełatwo się uczę. Karma mojego ciała, jakby musi wracać do mnie. Każdy z nas inaczej się uczy, ale cel uczenia jest ten sam. Dlatego mówię, że choroba była wielkim darem, mimo że tak mnie bolało. To dzięki temu, że praktykowałem zazen mogłem doświadczyć choroby jako daru. Zazen nie polega na tym, że siedzi się ze skrzyżowanymi nogami, to jest stan umysłu.

 

Piętnaście lat temu zdarzyła mi się taka sytuacja: jechałem zatłoczonym pociągiem, był bardzo gorący dzień, jechałem z Gdańska do Warszawy, nie było miejsca w przedziale i musiałem stać, stałem. Jak przejeżdżały pociągi w przeciwną stronę, to się przestraszałem. Nie myślałem jak długo ta podróż będzie trwała, nie zastanawiałem się ile będę tak stał przy oknie. Stałem, widziałem piękne krajobrazy, ludzie machali, różne widoki, zniszczenia, zniszczenie lasu, zmieniające się krajobrazy, znowu przejechał pociąg w przeciwną stronę, chyba podmiejski… (Nie było tak, że Roshi musiał stać, miał wtedy miejscówkę, byliśmy zmęczeni i chciał sobie pobyć sam. - komentarz tłumacza).


Czyli to myślenie to jest po japońsku ishida. To, co ja w tym pociągu, możesz robić też w czasie zazen. Cierpimy dlatego, że przywiązujemy się do myśli, że traktujemy je poważnie. To jest bardzo proste. Więc odzwyczajajmy się. To jest poza oceną, czy praca z myślami jest dobra, zła czy neutralna. Po prostu odzwyczajamy się od przywiązywania się do myśli. Myśli pojawiają się i znikają. Niech sobie odpłyną. Jak tak praktykujesz, twoja natura Buddy, pierwotny umysł może zacząć się przejawiać bez przeszkód. I idziesz głębiej, głębiej, głębiej. Nie ma żadnych pytań, żadnego pytania i odpowiedzi, to jest przed wszystkim. Więc jak ktoś mnie wita: fajnie, że wróciłeś, to ja mówię: nigdy stąd nie odchodziłem.

 

Pytacie mnie, co przez te miesiące robiłem? Było bardzo dużo bólu. Siedziałem z Shinko, moją żoną, przy stole i zwijałem się z bólu. Bolało głównie rano i wieczorem, ale też nieraz w ciągu dnia kurczyłem się z bólu. Shinko to wszystko widziała i po trzech pierwszych dniach mojej choroby zaszczepiła się na ospę. Bardzo dużo jej zawdzięczam, opiekowała się mną. Cały ten reżim brania dużej ilości leków… Ja się w tym gubiłem. Nigdy wcześniej nie brałem opiatów, może kiedyś czasem marihuanę czy to co się nazywało kiedyś w przeszłości…, nie LSD, może pejotl, może trochę. Kiedyś poczęstowali Roshiego Suzukiego ciasteczkami z haszyszem. Wszyscy czekali, co się stanie. Mnie tam wtedy nie było. Roshi wcześnie wyszedł ze spotkania, a potem powiedział: „Jak ja biorę haszysz, to mam pełen obraz, z dystansem, który wy tracicie, jesteście bardziej zanurzeni w tym, co się dzieje". Więc zrozumiałem, że jak jest taki ciężki stan i bierze się tyle leków, wpływa to na psychikę. Można nawet popełnić samobójstwo; miałem przyjaciółkę na Islandii, która się zabiła. Bierzesz jeden lek, następny, żeby go zrównoważyć i tak w nieskończoność. Żeby przeciwdziałać skutkom ubocznym, rujnujesz system immunologiczny. Po sterydach miałem tyle energii, że przez trzy dni posprzątałem cały dom. Któregoś wieczora zdałem sobie sprawę, że jestem na haju - po opiatach. Wydawało mi się, że jestem taki szczęśliwy, ale to krótko trwało. Ktoś mi powiedział, że jakbym nie był zły na chorobę i to, co się z nią wiąże, to ból byłby mniejszy. Zacząłem się zastanawiać i zdałem sobie sprawę, że wcale nie byłem zły. Ta choroba okazała się wielkim darem dzięki mocy zazen. Dzięki mocy zazen możesz zaakceptować cokolwiek ci się w życiu przydarza. W skrócie sprowadza się to do akceptowania wszystkiego, co spotykasz w życiu. Zarówno to, co dobre i pozytywne ale też to, co trudne. Więcej będzie tych trudnych rzeczy. I trzeba te trudne przemieniać. Musisz umieć je przyjąć, musisz przyjąć, każdy z nas. Musimy przyjmować to co nas spotyka. Kiedy możesz wszystko przyjąć, to niczego się nie boisz. Nawet śmierci, nawet życia. To jest wspaniałe. Nie boisz się nawet życia.

 

Więc zacząłem dostrzegać różne rzeczy, wzór na papierze toaletowym… Nigdy wcześniej tego nie zauważałem. Miałem nadzieję, że może będę więcej studiować, czytać, że będę robić kaligrafie, że będę siedział w zazen, ale nic nie byłem w stanie robić. Nie robiłem nic. I nie czułem się z tego powodu winny. Oglądałem turnieje koszykówki NBA. To było moje odosobnienie. Zawsze zazdrościłem lamom z Tybetu, że mogą mieć takie długie odosobnienia pojedynczo. A ta choroba wyjęła mnie z trybów rutyny życia w ośrodku. Nie musiałem nic robić, nie czułem się odpowiedzialny. Thich Nhat Hahn napisał 100 książek. Jestem leniwym mnichem i nie czuję się winny.

 

Dziękuję wszystkim za kontynuowanie praktyki. Moja nieobecność była też swego rodzaju próbą - co będzie, kiedy mnie zabraknie? Co się z wami stanie? Jak mnie nie będzie, ktoś musi pomagać wam wejść na drogę, praktykować. Nie ma nic ważniejszego w całym życiu niż praktyka. Nie tylko dla was ale dla wszystkich ludzi, całego waszego otoczenia.

 

Nyoze (najmłodszy syn Roshiego – przypomnienie tłumacza) zaprosił do ośrodka Roshiego Issho Fujitę. W zeszłą sobotę poprowadził tu warsztat. W zendo zawiesił linę do chodzenia. Ludzie próbowali chodzić po tej linie. Im bardziej się starali, tym szybciej spadali. On ma praktykę. Więc to było ciekawe, jak on to robi. Ludzie byli zdumieni, że robimy coś takiego w zendo. Chciał nam pokazać, że jak siedzi się w zazen, to nie chodzi tylko o to, żeby pozostawać nieruchomo, prosimy nasze ciało o zgodę na to, żeby się uspokoiło. Pracujemy ze swoim ciałem. Kiedy wstajesz po zazen, to nie wstawaj, tylko pomału przechodź do stania. I stoisz. To jest proces. Nie zmuszasz ciała, żeby coś robiło. On mówił, że ciało to przede wszystkim woda. W ciele jest równowaga. Ciało utrzymywane jest mięśniami, więzadłami. Ale ważna jest równowaga, pozycja ciała, prosta głowa. Jesteś wyprostowany, głowa do góry. Bardzo dużo można mówić o ciele, o tym jak dbać o ciało. Trungpa - tybetański nauczyciel - mówił, że to tak jak dwa w jednym - Head & shoulders – jak w szamponie. Trungpa świetnie używał angielskiego. Wielu jego uczniów miało depresję. Jak masz depresję, to się pochylasz. A on mówił: bądź pełen energii. On mówił head & shoulders. Bądź pełen energii, wybij się z tego. Z głęboką depresją nie możesz w ten sposób pracować, ale z mniejszą tak. Depresja powoduje, że zmieniamy postawę ciała. Więc to sformułowanie zaprasza nas, żebyśmy przestali myśleć. Wyszli z tego wzorca myślenia, który nie jest dla nas dobry.

 

Przeczytam coś na temat poznania - Poemat Zazen Shin. Owo poznanie, wiedza jest bardzo subtelna. A jak on mówi, że subtelna, to naprawdę znaczy subtelna. Bardziej niż możesz pomyśleć. Zanim cokolwiek się pojawia. Tak subtelna. Zanim włączasz świadomość. Wiedza jest bardzo subtelna. To jest myślenie bez rozróżniania. Ta wiedza, to poznanie jest przed rozróżnianiem. Myślenie bez rozróżniania, bez oddzielenia. Wskazuje na żywą rzeczywistość, świadomość, która jest w zaraniu każdego naszego działania. Poprzedza każde działanie. Można żyć zgodnie z myśleniem rozróżniającym, ale to myślenie i tak pochodzi z nierozróżniającego. Po prostu nie jesteśmy świadomi myślenia nierozróżniającego. To nie chodzi o to, że mamy być doskonali, że siedząc na macie mamy się nie ruszać. Doskonałość zawiera w sobie niedoskonałość. Czy nie musimy być doskonali na macie? Rozróżniające myślenie w istocie jest pierwotnie nierozróżniające. Czy to jest możliwe? Czy to rozumiecie? Nie kiedy śpisz, bo wtedy masz sny – to też forma myślenia. Pierwotnie i zawsze masz umysł niemyślący. Jak coś się dzieje, jak cię ma przejechać samochód, to uskoczysz. Czyli to nie jest tak, że nie wiesz co się dzieje. To nie jest pustka. To jest nawet przed pojęciem pustki, przed pustką. Czy to nie jest wspaniałe? Patrząc na was, to nie wygląda, żeby było wspaniałe. To jest trudne do zrozumienia. Ja rozumiem, że to jest trudne do zrozumienia, ale jest możliwe do zrozumienia. Możliwe jest, żeby to osiągnąć. Jeśliby nie było możliwe, żeby każdy z nas to osiągnął, to dharma umarłaby dawno temu. Ta nauka by umarła. Ta praktyka by umarła. Żywe trwanie dharmy stanowi dowód, że można to osiągnąć.

 

Teraz wszystkie teksty są dla mnie takie świeże, ponieważ tak długo nie czytałem. Jak się dużo czyta, jak czyta się nawykowo, to słowa tych tekstów wydają się martwe, ale naprawdę są żywe, pełne treści, bardzo świeże. Ponieważ to jest niemyślenie, to znaczy, że masz naturę Buddy. Nie masz natury Buddy, jesteś naturą Buddy. Jesteś. Jest opowieść o żebraku, synu bardzo zamożnego kupca, starożytna opowieść. Całe życie żebrał. Ojciec czy przyjaciel wszył mu perłę w ubranie. Żebrak nie wiedział, że ma tę perłę, więc dalej żebrał. Perła jest bezcenna. I to dotyczy nas. Jeszcze dwa krótkie akapity. „Wiedzenie” to nie jest subiektywna aktywność człowieka. To nie jest subiektywna świadomość. To jest prawdziwa rzeczywistość istnienia wszystkich rzeczy. Dokładnie rzeczywistość. Rzeczywistość, nic więcej, istnienia całego wszechświata. O taką wiedzę tu chodzi. O takie „wiedzenie”, takie poznanie. „Wiedzenie” to nie jest subiektywna świadomość ani działanie człowieka. To nie jest nasza aktywność. To, jak mówił Roshi Suzuki, wykracza poza bycie człowiekiem. Dlatego jesteś prawdziwym człowiekiem. Poza człowiekiem, przed człowiekiem. Poza tym, kim myślisz, że jesteś. Wszystko jedno - jesteś zła, smutna, szczęśliwa - to jest poza tym. Albo przed tym. Nie ogranicza się do tego. Kiedy nie jesteśmy świadomi, to pojawia się pomieszanie, wszystkie śmieci. A więc konkretny, pragmatyczny aspekt „wiedzenia”, nie jest obiektywizmem, ani nie jest dualizmem. Jest raczej formą, czyli egzystencją. Jest istotą gór i rzek. Ta egzystencja, istota, to nic innego niż trwanie w formie, istnienie w formie. Istnienie gór i rzek pokonuje koncepty języka. Nie ma już słów, to jest poza słowami. To wszystko pochodzi z zazen.

 

Podczas tej tak zwanej choroby miałem wrażenie, że coś się zmienia. Kiedy rozglądałem się, na świecie wielkie zmiany, wielkie wydarzenia, wyciek ropy, tsunami, trzęsienia ziemi, więcej przemocy, wojny… System penitencjarny w Stanach jest największy na świecie. Mamy najwięcej więzionych ludzi na świecie. Ameryka jest naszą ojczyzną. W Georgii był strajk w więzieniu - więźniowie usiedli na podłodze. Zrobili strajk siedzący dlatego, że byli źle traktowani. Za swoją pracę nie dostawali nawet dolara za godzinę. Byli źle karmieni, nie mieli dostępu do edukacji. Więc zastrajkowali. Pomyślałem, że to jest rzeczywiście fantastyczne. Jest jakaś zmiana. Przemoc, lęk, lęk przed terroryzmem… Zaczynamy się bać, zaczynamy czuć się ograniczeni. Zmienia się paradygmat. Obama został wybrany. Następują kolejne zmiany. Poprzednia chwila jest różna od tej i od następnych. Wszystko się zmienia. A ja byłem wtedy chory. Nie możesz niczego się uchwycić. „Nie zawsze tak” - mawiał Roshi Suzuki. Nie będzie tak zawsze. To jest tajemna nauka, podstawowa dla buddyzmu. Ulubione powiedzenie Roshiego Suzukiego – „nie zawsze tak”. Musimy być przygotowani. Kryzys ekonomiczny w istocie jest kryzysem pożądania. Ta lista nie ma końca. Dużo zmian, a jak jest zmiana, to jest opór przed zmianą. Obserwuję to również w ośrodkach Zen. Widzę to patrząc na starszych ludzi, na przykład naszych rodziców, moich rodziców. Kiedy starzejemy się, chorujemy, to chcemy wszystko kontrolować. To jest bezradność wieku starszego. Dokładnie wtedy powinniśmy się otworzyć, żeby otrzymywać, żeby akceptować, żeby być miękkim. Starzy ludzie chcą mieć wszystko pod kontrolą, ale to jest ślepa uliczka. W ten sposób zanim umrą, już są nieżywi, jeśli tak mocno się trzymają ustalonego porządku. Ja też czuję opór przed zmianą. Są różne telefony, iphony, zetaphony, facebook, youfaces… Kiedy pojawiła się telewizja, miałem przed nią opór. Nie pozwalałem, żeby dzieci oglądały „Ulicę sezamkową” – mogły oglądać raz w tygodniu. A potem zaakceptowałem. Teraz patrzę na telewizję. Ale te urządzenia dają nam jakby narkotycznego kopa. Są wszechobecne. Odpuść sobie urządzenia. Spróbuj poczytać. Jak jestem w sklepie, to odruchowo zastanawiam się, czy ta kobieta mówi do mnie czy rozmawia przez telefon? Następuje inwazja naszej prywatności. Ludzie nie są tu, gdzie się znajdują, są gdzieś indziej, są gdzieś tam w grze. Gdy rozmawiają przez telefon, nie są obecni. Życie zaczyna być rozrywką. Jak się źle czujesz, to angażujesz się w rozrywkę i przestajesz czuć. Ludzie jeżdżą samochodami i nie widzą co jest na zewnątrz. Pewnie w sandze też będziemy zmieniać formę komunikacji. Być może nasz newsletter będzie w różnych wariantach elektronicznych, ponieważ młodzi tego oczekują. Jak mamy się komunikować z młodymi? Jestem otwarty na te zmiany. W liście, który napisałem do Sanghi kiedy zachorowałem, mówiłem o zmianie i mówiłem, że to jest przejście, moment przejścia, rytuał przejścia. Poprzez to przejście może pojawić się zmiana. I to nie jest ani dobre, ani złe, ani neutralne. Tak jak zima, zimno, ludzie, drzewa, góry – następuje czas zmiany. Czas przed odrodzeniem. Nie możemy dłużej postępować tak, jak dotychczas. Musimy zmieniać sposób działania, musimy się odnowić, musimy działać inaczej. Niekoniecznie zakładać sobie jakieś postanowienia noworoczne, bo znowu cię wtedy złapie, że nie dałeś rady wykonać tych postanowień. Chodzi o to, żeby po prostu w nowy sposób działać. Staś Bartmański opowiadał mi w liście o pielgrzymce, na której był w Hiszpanii. Pielgrzymkę zaczynasz robiąc pierwszy krok. I to jest cała podróż. Krok, krok, krok. I tak żyjemy. W danej chwili jeden krok. I to wystarczy - pełen krok. Nie cofaj się. Zrób ten jeden krok bez względu na to, jak się czujesz.

 

Saturn i Rak, to jest ciekawa przepowiednia astrologiczna. Nawet bez tej przepowiedni czuję dokonującą się zmianę. Może dlatego, że są takie trudne czasy, to będzie jakby powrót do energii, jaka była w latach 60. Żeby się coś zmieniło, musi być bardzo źle. Saturn jest w Raku. Ryokan (najstarszy syn Roshiego – przypomnienie tłumacza) ma teleskop. Patrzyliśmy razem w niebo. Rzeczywiście Saturn był w koniunkcji z jakimiś gwiazdami, nie planetami. Coś takiego dzieje się co 37 lat. Co 37 lat zdarza się ta koniunkcja. Taki układ gwiazd był, kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy na tę ziemię i teraz jest znowu. To coś bardzo wyjątkowego – super gol.

 

Kiedy umarł Roshi Suzuki, to był dla nas bardzo smutny czas dlatego, że byliśmy tak mu oddani. Jednocześnie jednak śmierć Roshiego wiązała się z odnowieniem, przywróceniem energii i dedykacji praktyce. Kiedy Roshi umarł, to nasze oddanie, nasza energia spowodowała, że chcieliśmy tutaj zamieszkać i stworzyć ośrodek. Minęło 37 lat i ponownie następuje odnowa, ponowne oddanie, dojrzalsze ze względu na naszą dojrzałość. Mamy za sobą dobre czasy i złe czasy. Mamy więcej doświadczenia, jesteśmy dojrzalsi i bardziej otwarci, żeby przyjmować jasne, ciemne i neutralne aspekty życia. Regeneracja to jest pojęcie, które dotyczy energii, powstaje więcej energii. Energia Roshiego Suzukiego przejawia się jako wiatr. Podczas różnych ceremonii, kiedy była mowa o Roshim Suzukim, pojawiał się jako wiatr.

 

Po śmierci Roshiego Suzukiego odbyła się w Tasajarze ceremonia rozsypania jego prochów. Uczestniczyła w niej żona Roshiego - pani Suzuki. Można powiedzieć, że to była ceremonia religijna. Ale nie wiecie tak naprawdę co to znaczy. To nie jest uroczystość, o jakiej się zazwyczaj myśli. Dzieje się coś rzeczywistego. Wymyśliłem, że będziemy rozsypywać popioły Roshiego na górze, przy pełni księżyca, śpiewając Sutrę Serca. Zaproponowałem pani Suzuki, że pomogę jej wejść na górę. Wszystko sobie wyobraziłem i zaplanowałem. Czy to nie byłoby miłe? Ale zupełnie nie wyszło. Stało się całkowicie inaczej. Weszliśmy na górę i nagle zaczął wiać wielki wiatr. Rosły tam krzaki kojotów, niskie. Wiatr był tak silny, że musieliśmy się trzymać tych krzaków. Było bardzo zimno. Na dodatek zgubiłem latarkę. Przeprosiłem potem panią Suzuki. To są drale. Trungpa mówił o koniach wiatru. Zaczynam rozumieć Trungpę, który mówił o energii, czym jest prawdziwy duch, prawdziwy Zen. (W każdym razie Roshi kojarzy ten bardzo silny wiatr z Roshim Suzuki właśnie – komentarz tłumacza).


Czytałem trochę Jeremiego Howarda o królu wojowników w tradycji Shambala. Kami to słowo japońskie - oznacza boga, w tradycji tybetańskiej mówi się drala, drale. Miałem nadzieję, że uda mi się nauczyć Lakersów o tej jakości, o dralach, duchach. Ki ki, so so… – nasze zawołanie… Ale zawodnicy nie zrozumieli tego, to było dla nich zbyt „odjechane”. Jednak Philowi, czyli ich trenerowi, naprawdę podobał się ten koncept. W tobie, w każdym z nas jest pole energii, tak samo na zewnątrz nas. Mocą zazen, która to moc jest przed myśleniem, zapraszasz to pole energii. Musisz wsłuchać się w nie. Tak, jak zapraszać ukochanego wujka, czy kuzyna. Zapraszasz tę energię, żeby przyszła. Ona jest w tobie, teraz. W tobie i na zewnątrz. Jest wszędzie. Przenika wszystko, otwierasz się na tę energię, zapraszasz ją. Kiedy otwierasz się na nią i zapraszasz, to daje ci siłę. Drala w dosłownym tłumaczeniu znaczy ponad, czyli wykraczając poza wroga. A w tym przypadku wróg to jest agresja. Daje ci to siłę, żeby przezwyciężyć agresję. A Phil mówi, że o to chodzi w koszykówce. Ego zwraca uwagę na terytorium, myśli w kategoriach mojego terytorium, obcego terytorium, agresji. Ale w istocie ego nie ma. My w nie wierzymy, ale go nie ma. Im bardziej w nie wierzymy, im większe uwarunkowania, tym realniejsze się ono staje. Ale tak naprawdę to jest nic, nie ma ego. Nie ma ego. Nie możesz go znaleźć w sobie. Nie ma w co wierzyć. Z powodu jednak naszych uwarunkowań, z powodu tego, jak cały czas myślimy, ego trwa. Ten pozorny byt ma ciągłość. Rozkwita na naszych ciałach i umysłach. Żywi się nimi.

 

Trungpa miał świetny pomysł, żeby zaprosić duchy, kami czy drale. Zaprosić tę energię do naszego życia. To był świetny pomysł, dla nas jako wojowników. Jesteśmy duchowymi wojownikami, musimy używać miecza – to wyciąć, to odciąć, to przeciąć. Miecz jest jak sekator, którego używasz do przycinania zimą winorośli w winnicy. Z winoroślą jest tak, że im więcej przytniesz, tym więcej wyda plonów. Na początku się boisz, tniesz mało, ale wytnij całkowicie. Wtedy będzie duży plon. Jesteśmy wojownikami, musimy o tym pamiętać. W naszych umysłach cały czas toczy się wojna, na tej wojnie potrzebny jest miecz. Lubię to, nie lubię tego – cały czas coś się dzieje w głowie. Wytnij to. Praktykuj z tym podczas zazen. Cechą doskonałego wojownika jest łagodność. Łagodność, to chcesz osiągnąć.

 

Trungpa był w Japonii, nie wiedziałem kogo dokładnie tam odwiedzał, był w jakichś świątyniach, brał udział w różnych uroczystościach. Ale głównie chodziło mu o to, żeby odwiedzić świątynię w Ise. Ta świątynia odzwierciedla związek shintoizmu z naturą (shintoizm to przedbuddyjska tradycja). W świątyni znajduje się święty pokój, a przed nim są trzy podwórza; do głównego podwórza (ogrodu) wejść nie można. Zamieszkuje na nim właśnie kami, drala. Istnieje poemat japoński napisany w XVIII wieku przez jednego z naszych patriarchów, który był czczony właśnie jako kami. Każdy z nas musi stać się prawdziwym człowiekiem. Kiedy staniemy się prawdziwym człowiekiem, to jesteśmy kami, jesteśmy buddą. To właśnie jest wyjaśnienie kami, drala. Shibata - uczeń Trungpy, który był osobistym wytwórcą łuków dla cesarza, był bardzo związany z Trungpą. Przez powiązania rodzinne umożliwił Trungpie wejście na podwórze, gdzie zamieszkiwał drala. W komnacie jest jeszcze małe pomieszczenie, na samym końcu i w tym małym pomieszczeniu jest duże lustro. Bardzo ciekawe. Jedno duże lustro. Amaterasu-ōmikami zamieszkuje w tym lustrze. To lustro reprezentuje Dharmakaję. Lustro jest puste i odzwierciedla wszystko, wszystko, co się przed nim znajduje. Odbija bezwzględne uwarunkowanie. Odbija tak, jak jest, dobre, złe, duch czy cokolwiek. Wszystko jest odbijane. Amaterasu-ōmikami zamieszkuje tam. Trungpa poprosił, żeby Amaterasu-ōmikami przyjechała do Stanów. Kami już tu jest. Dharma już tu jest, bo jak inaczej mogłaby przyjechać. Nie jest tak, że przywozimy kogoś z zagranicy, on już tu jest. Przenika wszystko. Ta jakość tu jest. To ciekawe. Kami, drala i shintoizm - wszystko się łączy. Kami jest przodkinią, pramatką całej Japonii. Tyle o tej idei. Może to jest trudne do zrozumienia. Poza agresją. Trungpa nalegał, żebyśmy mieli relację z dralami, bo da nam to siłę, żeby przezwyciężyć agresję w sobie i w otoczeniu. To stało u podstaw założenia ruchu Szambali, mówiąc w skrócie. Dzięki tej praktyce rozwijasz funkcjonowanie bez ja, co znaczy brak agresji, łagodność dla siebie i w stosunku do świata. Na tym polega dojrzałość duchowego wojownika. Carl Jung nazwałby to synchronicznością. Synchroniczne wydarzenia - jednoczesne a pozornie nie powiązane - powodują, że budzisz się. Te wydarzenia budzą nas. Chociaż pewnie drala to jest trochę co innego, głębszy poziom. Synchroniczność to już jest objaw, gdzieś poszedłeś, coś się wydarzyło, potem tam wracasz. Zdajesz sobie z czegoś sprawę. Coś zmieniło twoje życie. To może być coś takiego, jak to, co było przyczyną, że przyjechaliście do ośrodka Zen, coś zmieniło wasze życie. Też stworzenie tego miejsca, to może nie synchroniczność, ale energia drali.

 

Coś, wydarzenie za wydarzeniem… Nie byłbym w stanie 37 lat temu zaplanować, że tak to się rozwinie. Wyobrazić sobie. To jest poza spodziewaniem się i wyobrażaniem sobie. To, że siedzę tu przed wami, że mówię do was, to było wtedy poza moim najśmielszym wyobrażeniem. Cud, to naprawdę jest niezwykłe. Mówi się o takich znaczących zbiegach okoliczności.

 

W taki sposób też spotkałem Roshiego Suzukiego. Najpierw czytałem o nim. Wtedy nie mówiło się o Zen. Jak w gazecie pojawiało się słowo Zen, to było niezwykłe. A kiedyś wziąłem gazetę do ręki i tam było o Roshim Suzukim. Przeczytałem, że w San Francisco mieszka mistrz Zen. Poszedłem do miejsca, o którym pisała gazeta… pokolenie beatników - byłem w glanach, cały na czarno (cały czas noszę się na czarno)… Zobaczyłem Roshiego Suzukiego. Układał kwiaty w wazonie na ołtarzu. Pomyślałem sobie, że to nie jest żaden mistrz, to takie skostniałe, pozbawione wartości. Wyszedłem. Wyobrażałem sobie, że mistrz Zen będzie pełen życia, ktoś z większą energią, coś, co bardziej błyszczy, co można dotknąć, a to co on robił przy ołtarzu, było tak subtelne, że wykraczało poza moją świadomość, poza moje rozumienie. Podszedł do ołtarza i układał na nowo kwiaty w wazonie. To wszystko. Kiedy wracałem do domu, znalazłem na ulicy wielkie zdjęcie Buddy z Kamakury. Pomyślałem: co za szczęśliwy przypadek. Przyniosłem zdjęcie do domu i powiesiłem w przedpokoju. Nie schowałem do schowka, tylko powiesiłem. Patrzyłem codziennie na tego Buddę i to spowodowało, że po jakimś czasie znowu poszedłem do ośrodka Roshiego Suzukiego. Drala, kami, synchroniczność, znaczący przypadek.

 

Jeszcze jeden przykład. Było tutaj odosobnienie dla Shambali, praktykowało 50 osób, 50 wojowników. Nie znam tak dobrze tradycji wadżrajany. Byliśmy w jadalni i był jakiś posiłek. Z jednej strony stali ludzie z Shambali, z drugiej ludzie Zen - moi uczniowie. W gruncie rzeczy my się nie różnimy.

 

Poprosiłem Jeremiego Howarda, czyli człowieka, który prowadzi ruch Shambali w Stanach, żeby wyjaśnił co to znaczy drala. Wtedy przybiegł Mikołaj i powiedział: "Chodźcie zobaczyć, bo jest niezwykła tęcza." Trzeba było zejść 50 metrów w dół, ponieważ zasłaniały drzewa. Szybko zbiegliśmy, bo tęcza nie trwa długo. Wybiegliśmy na otwartą przestrzeń i zobaczyliśmy wielką tęczę. Nie była w łuku, ale pionowa!, tak jak symbol, który się rysuje podczas odosobnień Shambali. Rysuje się jednym pociągnięciem pędzla. Wiedziałem, że łuk od tęczy musi gdzieś być. Na drugim krańcu nieba był jeszcze kawałeczek, a obok tej tęczy widać było zamgloną, błyszczącą, niewyraźną drugą tęczę. Była okrągła. To był Roshi Suzuki. To jest drala. Drala jest tutaj. Dharma już tu jest. Wszędzie jest.

 

Spotkałem Roshiego Haradę, wielkiego mistrza Zen, przenosi się teraz do Waszyngtonu. Pewnie musiał poprosić o zgodę jakieś władze. Nazwał swój ośrodek TAHOMA. TA znaczy więcej, więcej sal do nauczania dharmy, więcej dharmy. Powiedziałem, jak możesz dać więcej dharmy, dharma jest wszędzie. Potem szybko się odwróciłem i wyszedłem. Wyszedłem tak szybko, że nie mógł mi odpowiedzieć.

 

tłumaczył z DVD na spotkaniu w zendo warszawskim Uji, Hoshi


z taśmy tłumaczenie spisała Ania Gwóźdź


zredagował Kuun